Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Polska gastronomia przydrożna – studium dzia...

Polska gastronomia przydrożna – studium dziadostwa

Co się dzieje, kiedy gdzieś w środku drogi z punktu A do punktu B, łapie człowieka wilczy głód i przemożna chęć na coś smacznego? Wtedy człowiek musi zdać się na łaskę i niełaskę przypadkowych barów i knajp. Czasem się wyławia perłę, jak było w przypadku Tusinka, częściej jednak nurkuje się w szambie. Bez maski.

Do napisania tego tekstu natchnęła mnie pewna podróż przez Polskę. Ciągle gdzieś jeździmy i zazwyczaj wiem, jak długo będziemy musieli radzić sobie bez jedzenia, albo gdzie po drodze da się. Tym razem jechaliśmy kiepsko nam znaną trasą, wyposzczeni i ogołoceni z zapasów. A hot doga ze stacji benzynowej nie zjem, choćbym sczezła.

Jeśli często jada się w restauracjach, to w którymś momencie zaczynają się dziać rzeczy. Jednym wysiada żołądek, drugim inne podzespoły. Co prawda nas jeszcze tak drastyczne historie nie dotknęły, być może dlatego, że od zawsze zwracamy dużą uwagę na jakość pożywienia. Nie jesteśmy eko-świrami i nie nosimy majtek z jutowego worka, po prostu staramy się być uważni i rozsądni. A skoro o siebie dbamy, czytamy etykiety i robimy inne śmieszne rzeczy, to wolelibyśmy, żeby nas te wszystkie nieprzyjemne historie nie dotknęły z powodu knajpianego rozpasania. Dlatego staramy się z rozwagą wybierać również restauracje.

W trasie sprawy wyglądają trochę inaczej – albo masz szczęście, albo nie. Na ogół nie. I tym razem mi się przelało. Z pierwszej knajpy, w której się zatrzymaliśmy, wyrzucił nas smród. Ściana smrodu. Po prostu się od niej odbiliśmy. Z drugiej wyszliśmy śmiejąc się do rozpuku, choć był to trochę śmiech przez łzy. Wirtuozeria polskich kucharzy przydrożnych sięga zenitu. Bo czy wpadlibyście na to, by żurek zakwasić… wodą z ogórków? Ja też nie.

A trzecia była bezpośrednim przyczynkiem do napisania tego tekstu, był to bowiem najgorszy posiłek w moim życiu. Choć posiłek to może za dużo powiedziane, kiedy nie zjadło się nic. Z wierzchu wyglądało to wszystko bardzo zachęcająco – klimatyczny budynek, ładnie odremontowany. Co prawda w środku odkrywamy, że w części sali odbywa się impreza, więc nie da się rozmawiać, ale za to czas umilają nam kolorowe jarmarki, żono moja jesteś szalona, a wszystko to w te letnie dni, kiedy ona tańczy dla mnie. Dla głodnego – detal. Fatalna, nieogarnięta obsługa też nie ma żadnego znaczenia, kiedy tak bardzo chce się jeść. Ot, taki folklor, więc przymykamy oko.

Na rozruch zamawiam szklaneczkę Dżeka, na talerzyku obok chcę plasterek cytryny. Niestety mam niefart, bo Dżek się skończył, więc dostaję ostatnią pięćdziesiątkę jego kumpla, Dżima. Z cytryną w środku. I rurką. Takiego drinka jeszcze nie piłam. Na razie jest zabawnie. Nie wiemy jeszcze, że zaraz przestanie być.

IMG_1691

W rybnej jest może 50 g. ryby, a śledź w śmietanie jest rozmoczony do nieprzytomności. To pewnie ten, co już trzeci raz się w perhydrolu moczył. Same pyszności. Z jakiegoś powodu nadal nie jesteśmy specjalnie zaskoczeni, ale i nadal głodni. Kelnerka mocno rekomenduje robione na miejscu pierogi. Zawsze wchodzę w pierogi, bo są pierogami i nie zadają pytań. Proszę tylko, by mi je przysmażyli na maśle. Prosta rzecz. W międzyczasie zamawiamy jeszcze pstrąga.

To, co trafia na nasz stół jest rzeczą straszną. Najpierw jadowicie atakuje nieprawdopodobnym smrodem. Później okazuje się, że pierogi polane są jakimś dziwnym, zimnym tłuszczem (Ramą do smażenia, jak później zeznała kucharka), który niespiesznie się na nich topi. Odnajduję w tym fetorze niezwykle intensywne nuty zjełczałego tłuszczu.
O.muj.borze.

Smród tego czegoś przyprawia mnie o odruch wymiotny, jest to bowiem jedna z najobrzydliwszych rzeczy, jakie kiedykolwiek dostałam w knajpie. Po minucie wjeżdża pstrąg, polany tym samym ohydnym czymś, a fetor ciągnie się za talerzem od samej kuchni. Co wrażliwsze nosy mogłyby mieć poważny problem z utrzymaniem treści żołądkowej na miejscu.

IMG_1697-001Uwaga – tak wyglądają przysmażone na maśle pierogi

Biorę więc talerz z tym gównem do ręki i idę do kuchni. Pytam te kobiety, czy tak podają pierogi w domu? Oczywiście, że nie – słyszę w odpowiedzi. Zatem drążę temat i dopytuję dlaczego dają ludziom taki gnój, dlaczego wszystko jest z mrożonki i skąd pomysł z tym… czymś do smażenia? W odpowiedzi słyszę, że tak każe właścicielka (!).

I tu docieramy do sedna: właściciele. Właściciele tych przydrożnych przybytków, których chętnie nazwałabym bardzo brzydkim słowem, ci szubrawcy. Bo nie śmiem za taki stan rzeczy winić kobiet, które zazwyczaj gotują w przydrożnych knajpach. Stawiam złotówki przeciwko guzikom, że zupełnie inaczej karmią swoich domowników. Całą winą obarczam właścicieli, którym się wydaje, że prowadzenie knajpy sprowadza się do regularnych wizyt w Makro oraz Biedrze i sięgania po produkty z najniższej półki. Tych osłów, którzy myślą, że wszystko przechodzi i uchodzi. Karczmarzu przydrożny, ty centusiu zasrany, nienawidzę cię za te wszystkie zgagi, niestrawności i bóle brzucha!

Kuchnia przydrożna to pierogi, schabowe, dewolaje, żurki, śledzie i bukietysurówek. To jest kuchnia polska w wynaturzonym, odartym z godności wydaniu. I na to wszystko pseudopizza, jak wulkan gorąca, jeb!

IMG_1698Nawet temu pstrągu wypadły oczy, jak zobaczył czym go polewają

A wystarczyłoby się wyspecjalizować. I tak u Wieśka przy trasie na Poznań jedlibyśmy znakomity żurek, u Zdzicha przy drodze do Gdańska schabowego, a u Grażyny ruskie. To jest aż tak proste! Wystarczy mieć jedną, flagową potrawę, którą robi się najlepiej na świecie i kilka innych na przyzwoitym poziomie. Ludzie nie są głupi i szybko węszą dobre miejsca. Ba! Czasem specjalnie dla nich nadkładają kilometrów.

Dobija mnie bylejakość, tanizna, chodzenie na skróty, sosy z proszku, zupy z proszku, wszystko, co się da z proszku, a reszta z mrożonki. Cała konstelacja syfu, którą serwują przydrożni karczmarze, plując nam wszystkim w twarz i traktując jak matołów, którzy i tak zeżrą wszystko. A jak nie zeżrą, to się zrobi mielone i zeżrą.

Kiełbasa śliska? Umyjmy, podsmażmy, jakoś to będzie. Mało kwaśny żurek? Wlejmy do niego wody z ogórków. Ruskie? Napchajmy je ziemniakami i smażmy we fryturze. Coś żylasty ten schabowy? Bo to karkówka! Gówno, kał i mocz. Poddaję się, składam broń, wywieszam białą flagę. Mam dość. Mam dość bylejakości i obrażania klientów tym śmieciem. Obowiązkowo przystrojonym liściem sałaty.

I niestety, argument mówiący o dyktacie ceny jest inwalidą. W wielu tych miejscach, m.in. w wyżej opisanym, wcale nie jest tanio, więc tym bardziej nie istnieje żadne usprawiedliwienie dla karmienia ludzi tak podłą paszą.

Pewnie chcecie widzieć gdzie nam dali te pyszne pierożki? A proszę bardzo: Stara Łaźnia w Łowiczu. Grzyb na oknach w cenie. Ta knajpa jest kwintesencją polskiej gastronomii przydrożnej i przypadkowej. Reprezentuje wszystko, co w tych klonach najgorsze. Polecam omijać bardzo szerokim łukiem.

Bez wątpienia Stara Łaźnia już teraz przebojem wchodzi do zestawienia 5 FAKAPÓW ROKU 2014 i obejmuje zaszczytne pierwsze miejsce. Detronizacja może być niezwykle trudna. A o tuzach gastronomii, których wyłowiłam w ubiegłym roku poczytacie tutaj.

Dlaczego więc godzimy się na bylejakość? My wszyscy. Dlaczego strudzonemu wędrowcowi ma się przez resztę drogi odbijać, czemu ma mieć zgagę i ból brzucha? Dlaczego, do ciężkiej cholery, pozwalaMY się truć?! Dlaczego się nie buntujeMY? Dlaczego machamy ręką, wsiadamy w samochód i staramy się zapomnieć? Martwimy się jakie paliwo lejemy do baku, a nie obchodzi nas na jakim paliwie pracuje nasz organizm? Serio?

Powzięłam bardzo mocne postanowienie: od teraz, w każdą trasę, będę zabierała własny prowiant. Skończyło się dawanie szans, skończyło się liczenie na łut szczęścia, od teraz zatrzymuję się wyłącznie w tych kilku miejscach, które znam. Nie zarobisz już na mnie ani złotówki, ty przypadkowy drobny cwaniaczku, karczmarzu zakichany. I Was namawiam do tego samego. Ci dobrzy przetrwają, jest ich niewielu, ale robią dobrą robotę i obronią się zawsze. A całą resztę niech piekło pochłonie.

Magda

P.S. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że „przydrożni karczmarze” byli tylko przyczynkiem i punktem wyjścia dla tego tekstu, bo takie wybitne kuchnie spotyka się nie tylko przy głównych trasach, ale również w miastach, miasteczkach oraz wsiach, jak kraj długi i szeroki. Lokalizacja nie ma znaczenia, to jest problem ogólnopolski. Duże miasta wykrzywiają perspektywę i tak wyraźnie się tego problemu nie widzi. A on JEST, żyje i nijak nie chce zdechnąć.

P.S.2 Jeśli znacie dobrze karmiące miejsca przy głównych trasach, takie jak Tusinek, Pazibroda, czy Stara Wędzarnia – podzielcie się nimi, proszę. Właśnie nadszedł ten czas, kiedy wysypią się weekendowe wypady w góry, na Mazury czy nad morze i te informacje się przydadzą. Niech z tego mojego totalnego, pardon le mot, wkurwienia wyniknie dla nas wszystkich coś pożytecznego.