Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Morze Bałtyckie – toksyczna zupa rybna

Morze Bałtyckie – toksyczna zupa rybna

Kręcę się wokół tego tematu dobre dwa lata. Kilka osób pytało dlaczego do tej pory nie poruszyłam go na blogu? Z jednej strony nie chcę strzelać polskim rybakom w kolana, a z drugiej zdrowie jest najważniejsze, więc w końcu zdrowy rozsądek wziął górę. Dlaczego uschną Wam ręce, jak będziecie jeść za dużo ryb z Bałtyku? Już odpowiadam.

Powoli, jeszcze nieśmiało, zaczyna się mówić o zanieczyszczeniu Bałtyku. Co ciekawe, jest to wiedza ogólnodostępna, ale nie powszechna. Pierwszy raz na dokument na ten temat trafiłam kilka lat temu w telewizji i nadal jest dostępny na YT pod tym linkiem. Ok, fragmenty z kreskówką są może trochę niepoważne, ale obrazowe. Nasz piękny Bałtyk, cudowne plaże i nieśmiertelna „rybka prosto z kutra”. I żeby była jasność: kocham Bałtyk szalenie, więc jest to dla mnie smutny temat.

Bałtyk, połączony z Morzem Północnym tylko wąskimi przesmykami cieśnin Kattegat i Skagerrak potrzebuje kilkudziesięciu lat, aby dokonała się pełna wymiana wód. Sprowadza się to do tego, że właściwie wszystko, co wrzucimy do Bałtyku w nim zostaje. Wokół Bałtyku żyje ponad 80 milionów ludzi, a za nimi idzie przemysł i rolnictwo odprowadzające do morza zanieczyszczenia zawierające fosfor i azot. W teorii oba te pierwiastki są potrzebne organizmom żywym, ale ich nadmiar jest szkodliwy. To z kolei prowadzi do nadmiernego kwitnienia glonów, a tym samym powstawania obszarów pozbawionych tlenu. „Pozbawionych tlenu” znaczy to samo, co „pozbawionych życia”, nie licząc bakterii. Według przytoczonego wyżej dokumentu obszar Bałtyku całkowicie pozbawiony tlenu odpowiada obszarowi Danii. To tylko jedna strona medalu i jedno źródło zanieczyszczeń.

W roku 2007 ministrowie środowiska krajów nadbałtyckich podpisali porozumienie zakładające dość kosztowne, ale skuteczne oczyszczanie Bałtyku. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie istniały inne źródła zanieczyszczeń. Tu dochodzimy do drugiej strony medalu.

W krajach będących nieco bardziej frontem do narodu, takich jak Szwecja, ostrzega się przed nadmiernym spożywaniem tłustych ryb z Bałtyku. W tłuszczu gromadzi się najwięcej toksyn, więc to doprecyzowanie jest zasadne. Zaś kobietom w ciąży zaleca się całkowitą rezygnację z takich ryb. Ostatni raz byliśmy w Szwecji jakieś trzy lata temu i rzeczywiście – wszystko się zgadza. Jest bowiem jeszcze jedno bardzo poważne źródło zanieczyszczeń, o którym się właściwie nie mówi.

Zanim wjedzie mi tu jakiś awanturnik, który znowu ogłosi światu dobrą nowinę, że dieta nie wpływa na zdrowie i przytoczy wyniki tych badań, pragnę zauważyć tylko, że od momentu ich opublikowania, czyli przez 6 lat, nie zrobiono nic z tematem, który zaraz poruszę. Tak więc internetowi zadymiarze mogą sobie w tej chwili darować. Chcecie, to jedzcie, nie chcecie, to nie, ale chociaż przeczytajcie ten tekst do końca dla dobra Waszego i Waszych dzieci.

Trochę ogólniejszym ale ciekawym materiałem, jest ten film (jak widzicie w prawym górnym rogu także emitowany w telewizji, natomiast nie zwracajcie uwagi na drugą część tytułu, bo tak sobie podpisał ten, który wrzucał film do sieci. Część o Bałtyku zaczyna się od połowy.), drugim jest wywiad z Kamilem Wyszkowskim, dyrektorem generalnym Global Compact w Polsce. Global Compact to organizacja zajmująca się wspieraniem zrównoważonego rozwoju, ochroną środowiska czy przestrzeganiem praw człowieka, a jej korzenie wywodzą się z Deklaracji Praw Człowieka uchwalonej przez ONZ. Trzecie źródło za chwilę.

Na początek garść faktów

W czasie II Wojny Światowej do Bałtyku trafiło ok. 50 tys. ton broni, również chemicznej, w tym beczki z cyklonem B, iperytem, sarinem, luizytem i wieloma innymi. Taniej było je zatopić, niż zutylizować – zero zaskoczenia. Bałtyk jest morzem stosunkowo płytkim. Przytoczone chemikalia znajdują się na głębokości od 100 do zaledwie 10 m. Beczki przetrwały tak długo głównie dlatego, że Bałtyk ma dość niskie zasolenie, więc korodują nieco wolniej. Wiemy, że część już się rozszczelniła, a chyba najgłośniejszym przypadkiem była historia z Darłówka, kiedy morze wyrzuciło na brzeg beczkę z iperytem – ponad setka dzieci doznała poparzeń, zaś czworo straciło wzrok. Taka stara historia kolonijna. Gdyby to było dziś, a nie w latach 50. zrobiłby się z tego niezły dym. Problem polega na tym, że to właśnie może stać się dziś. Albo za miesiąc, za rok, za pięć.

Dyskusję na ten temat na chwilę wzbudził pomysł budowy gazociągu biegnącego na dnie Bałtyku. O ile nie jest to obszar sejsmicznie aktywny, to obok broni chemicznej znajduje się również broń konwencjonalna. I tu już łatwo się domyślić jak mogłaby wyglądać reakcja łańcuchowa zaczynająca się od eksplozji któregoś z ładunków. Mówi się, że skala klęski ekologicznej może być równie duża lub większa od tej w Czarnobylu, choć tak naprawdę nikt nie jest w stanie tego precyzyjnie określić.

W ramach finansowanego przez Unię Europejską projektu „Chemsea”, w który zaangażowało się pięć państw nadbałtyckich: Szwecja, Litwa, Finlandia, Polska i Niemcy, zbadano stan wody w Bałtyku i potwierdzono skażenia m.in w Zatoce Gdańskiej i Zatoce Puckiej. Pełne wyniki badań znajdziecie tutaj. Dużo czytania, do tego po angielsku. W telegraficznym skrócie:

Houston, mamy problem!

Bałtyk, szybciej niż myślimy, może stać się morzem martwym, jest bowiem tykającą bombą. To trochę tak, jakby toczył go rak. Niby nie ma szczególnie dojmujących objawów, ale jeśli nie zaczniemy działać w porę, to w którymś momencie będzie za późno. Coraz częstsze są przypadki poparzeń rybaków, do których sieci wraz z rybami trafił gaz musztardowy. Mało kto wie, że należy omijać z daleka wszelkie podejrzane ciemne i oleiste ciecze , jeśli trafi się na takie na plaży i natychmiast powiadomić policję lub straż pożarną. Nie wolno także dotykać fosforu czy iperytu. Ten ostatni, choć jest gazem, to w kontakcie z wodą i piaskiem tworzy ciało stałe. Wyrzucony na plażę wygląda naprawdę ładnie i do złudzenia przypomina bursztyn.

To taka ładna, kolorowa, skrystalizowana substancja i ludziom się wydaje, że może być to pamiątka, którą warto zabrać do domu. Nie wiedzą, że to śmiertelnie niebezpieczna trucizna. Poparzeniom często ulegają również plażowicze. Małe dziecko, które znajdzie na plaży ładny zielony kamyczek i włoży go sobie do ust, po prostu umrze. To bardzo poważne zagrożenie dla życia i zdrowia, które będzie narastało.
– Kamil Wyszkowski, Global Compact, źródło

Choroby neurologiczne czy nowotwory to realne zagrożenia wynikające z kontaktu z przytoczonymi wyżej substancjami oraz nadmiernego spożycia ryb bałtyckich, w szczególności ryb tłustych i przydennych (ukochana przez turystów fląderka). Przestrzega nas przed tym WHO, Międzynarodowa Organizacja Morska określa Bałtyk jako jeden z najbardziej zagrożonych środowiskowo akwenów morskich na świecie, zaś rybacy są szkoleni pod kątem poparzeń. Wśród nich także odnotowywana jest największa ilość tychże oraz nowotworów płuc. A więc realne zagrożenie istnieje i nie dotyczy tylko ryb, ale też tego, co morze wyrzuca na brzeg lub co trafia do rybackich sieci. Nie wiem, jak Wam, ale mnie to bardzo przemawia do wyobraźni.

Co jeść, aby nie zrobić sobie krzywdy?

To naturalne, że nad morzem chce nam się ryb. Sama przepadam za bałtyckim śledziem czy dorszem i czasem je jem. Czasem. Raz na kilka miesięcy. Za to flądry nie dotykam od lat, bo mam świadomość czym to pachnie. Wy też miejcie. Nie okopię się w ortodoksyjnej fosie i nie napiszę, żebyście bałtyckich ryb nie jedli w ogóle, ale mając tę wiedzę, którą teraz macie, jedzcie je w naprawdę rozsądnych ilościach. Poza tym znacznie bezpieczniejsze wydają się ryby migrujące, także dostępne w nadbałtyckich smażalniach, takie jak sieje czy węgorze. Powiedziałabym, żebyście wybrali halibuta, bo można go kupić wszędzie i nie jest z Bałtyku, ale tu znowu WWF odradza, jako że jest to gatunek przełowiony, a odbudowa populacji dość trudna. Uwielbiam wędzonego halibuta, ale pozwalam sobie na niego nie częściej, niż dwa-trzy razy w roku. Cóż, życie nadbałtyckiego turysty to nie bułka z masłem.

Ogólna rada, jaką sama się kieruję wybierając ryby jest prosta: nigdy nie jem hodowlanego łososia, tak samo jak nie dotykam pangi czy innych syfeksów z Delty Mekongu. Byłam, opisałam – koszmarnie brudna rzeka. Z ryb słodkowodnych wybieram drapieżniki, głównie ze względu na smak i strukturę mięsa. Z morskich ryby żyjące dziko w takich akwenach jak Ocean Atlantycki, Morze Północne czy Norweskie. A nad Śródziemnym i tak jem wszystko, bo nie potrafię się powstrzymać.

Nie twierdzę, że od dziś nie jeździmy nad Bałtyk. Jeździmy. Pewnie nikt z Was nie trafi na „bursztyn” od którego będzie miał poparzenia III stopnia. Taką przynajmniej mam nadzieję. Problem polega na tym, że to wszystko jest i tyka. A przełyk przełyka.

Magda

foto: ytimg.com