Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Jak pozbyliśmy się alergii i przeziębień, czyli kr...

Jak pozbyliśmy się alergii i przeziębień, czyli krótka historia o dobrym jedzeniu

Niespecjalnie zawracamy sobie głowę zaleceniami dietetyków, raczej kierujemy się zdrowym rozsądkiem i intuicją. Oboje mocno wierzymy, że ciało samo daje znać, jeśli mu czegoś brakuje. Ponieważ dużo jemy w restauracjach i nie zawsze mamy pewność co do produktów, na których pracują, dla równowagi staramy się jeść maksymalnie czysto w domu i wspomagać tzw. super foods, czyli produktami o szczególnie dobroczynnym wpływie na organizm. Tutaj pisałam o naszym TOP 11 super foods.

Zdrowy rozsądek

Wbrew pozorom nie kasza, a zdrowy rozsądek jest podstawą dobrego odżywiania. Czytamy etykiety (ta aplikacja jest bardzo pomocna, jeśli nie masz nerwów do drobnego druku), nie kupujemy niczego, co w składzie ma chociaż jeden składnik nadprogramowy, jesteśmy ortodoksami. Nie dlatego, że tak sobie wymyśliliśmy, tylko dlatego, że do tej równowagi dochodziliśmy latami. Jemy tak, jak nam smakuje, jednocześnie starając się minimalizować pojawianie się na naszym stole produktów potencjalnie szkodliwych.

Produkty organiczne, ekologiczne i nieprzetworzone

Wiem, w dobrym tonie jest pośmiać się trochę z tych wszystkich eko-świrów, którzy wydają krocie na torbę warzyw. A ja wam mówię: pocałujcie mnie w dupę. Jest tyle chemii, pestycydów i konserwantów w jedzeniu, że zrobię wszystko i wydam każde pieniądze, aby to, czym – uwaga – ODŻYWIAM swoje ciało, było rzeczywiście odżywcze. A do tego miało prawdziwy SMAK, który powstał naturalnie, nie w laboratorium chemicznym. Myślę i mówię o JEDZENIU, a nie o jego substytutach.

Zaufani producenci

To zajęło nam najwięcej czasu, ale znaleźliśmy ich i jestem przekonana, że zadając sobie odrobinę trudu każdy jest w stanie znaleźć w swojej okolicy dobre warzywa, owoce czy nabiał. Standardowo warzywa kupujemy u Pana Ziółko lub u Majlertów, bo ich najłatwiej jest spotkać w Warszawie. Sporo produktów przywozimy z rozmaitych imprez okołokulinarnych, tam też poznajemy dużo ludzi, którzy produkują żywność w sposób naturalny. Wielu z nich bez problemu wysyła swoje produkty. Wpadamy do Fortecy, gdzie można dostać jogurty od Mlecznej Drogi czy sery od Kaszubskiej Kozy. W supermarketach kupujemy wodę, masło i kilka innych podstawowych produktów. Jeśli są to owoce lub warzywa zawsze sprawdzamy, czy mają certyfikat. Nigdy nie zdarza nam się kupować w marketach mięsa ani wędlin.

Podróże

Zawsze przywozimy jedzenie. Oliwę, wino, dobre makarony z Włoch, oliwki czy karczochy w oliwie z Grecji. Najlepsze produkty z miejsc, w których zostały wyprodukowane. Z Salone del Gusto przyjechaliśmy z pełniuteńkim bagażnikiem, na równo. Generalnie w razie wojny naszymi zapasami żarcia jesteśmy w stanie wykarmić całą kamienicę. Na wypasie, z trzydaniowymi obiadami. Przez dwa tygodnie. Handluj z tym.

Sezonowo

Tego punktu chyba nie muszę tłumaczyć, prawda? A w razie gdyby ktoś miał wątpliwości – styczeń to nie szczyt sezonu na truskawki. Świetny kalendarz sezonowości znajdziecie tutaj.

Zero fast foodów

Dobry burger z porządnej wołowiny i na domowej bułce to nie jest fast food w tym pejoratywnym sensie. Nie jemy fast foodów w sieciówkach, pompowanych bułek spod pachy z kotletami z psa zmielonego razem z budą. Nie jemy hot dogów na stacjach. Po prostu nie dotykamy tego syfu. W trasie wolę być głodna, niż zjeść hamburgera z okienka drive sru. Znam ludzi, którzy nazywają się „foodies“, a jak zgłodnieją, to zatrzymują się pod dwoma łukami i żrą tę paszę, wraz ze swoimi dzieciątkami. A ja bym tego nawet psu nie dała, bo za bardzo go kocham. Nikt mi nie wierzy, ale nigdy w życiu nie miałam w ustach hamburgera z Maca. Serio.

Zero przetworzonej żywności

Po prostu nie. Bo to ohydne i niezdrowe. Brak czasu nie jest wymówką i mam na tę okoliczność przysłowie: „Złej baletnicy…“. Po prostu naucz się gotować i nagle odkryjesz zaczarowany świat zdrowych dań z trzech składników gotowych w kwadrans.

Mało cukru

Herbaty nie słodzimy w ogóle, kawę tylko czasem. W domu praktycznie nie jemy słodyczy, mamy gorzką czekoladę i na tym się impreza kończy. Rzadko też piekę ciasta, zwykle robię to, kiedy idziemy do kogoś z wizytą lub przygotowuję dla kogoś z przyjaciół tort urodzinowy, bo to moja specjalność. Tak więc desery zdarza nam się jeść tylko w restauracjach i zamawiamy je niezbyt często. Mam takie spostrzeżenie, że słodycze są nałogiem, jak każdy inny. Po prostu można się od nich odzwyczaić, co przetrenowałam na Jacku, który zjadał nieprawdopodobne ilości słodyczy, kiedy się poznaliśmy dziewięć lat temu. O zgrozo, miał nawet specjalną szufladę ze słodyczami. I drugą z lekarstwami. A teraz nie ma ani jednej, ani drugiej. Za żadną też nie tęskni.

Mało pieczywa

Kromka lub dwie dziennie to nasze maksimum. Nie dlatego, że nie lubimy, tylko dlatego, że tak jakoś wychodzi. Zwykle jest to śniadanie, bo najszybciej i najłatwiej. Więcej zdarza nam się zjeść jeśli upieczemy swój chleb czy ciabattę lub sporadycznie kupimy bagietkę, bo mamy smak na dobry francuski ser i wino. Pieczywo zwykle kupujemy w Grzybkach, bo mamy ich pod nosem lub na targu genialny chleb z Wilgi. Razowiec, pełnoziarnisty, nigdy zwykły z białej mąki.

Mięso w odwrocie

Jeśli czasem uda nam się kupić dobrą wędlinę, to nie ma problemu, ale ponieważ jest to stosunkowo trudne, to prawie nie jemy wędlin. Właściwie nie kupujemy też mięsa do domu. Jeśli już, to jakiś dobry stek u Grzesia Kwapniewskiego czy kawałek łopatki do długiego pieczenia/duszenia. Mięso jemy zwykle w knajpach i chętnie wybieramy dziczyznę, wołowinę/cielęcinę, kaczkę, gęś czy jagnięcinę, a bardzo rzadko wieprzowinę. Jeśli nie mamy absolutnej pewności, że kurczak miał dobre życie i nie jest naszprycowany hormonami – nie ruszamy. Co w praktyce oznacza, że kurczaka zdarza nam się jeść średnio raz na pół roku. Szok, co?

Warzywa i owoce to podstawa

Spośród wszystkich produktów warzyw kupujemy i zjadamy zdecydowanie najwięcej. W sezonie, czyli późną wiosną, latem i wczesną jesienią we dwójkę zjadamy pełną skrzynkę warzyw tygodniowo. Plus owoce, które stanowią 1/3 tej objętości.

To, co da się zamrozić lub przerobić w szczycie sezonu – zamrażamy i przetwarzamy. Mamy wielką skrzyniową zamrażarę, którą przez całe lato zapełniamy najlepszymi owocami i warzywami. Zawsze robię też kilkadziesiąt słoików przecieru pomidorowego, które wystarczają nam na całą zimę.

Kasze, zboża i nabiał

Jajka mamy od zielononóżek naszej kochanej Basi, czyli mamy Jacka, której wkręciliśmy taką jazdę na ekologiczne jedzenie, że ma teraz czterdzieści kur, które żyją w luksusie i dobrobycie. W zasadzie mogłabym mieć taki domek na Mazurach, jak one mają kurnik. No i my te jajka regularnie.

Nie jemy zbyt wiele zbóż. Wciąż staramy się cisnąć kasze, ale mimo całej naszej głębokiej wiary w moc jaglanki – z nią jest nam najtrudniej. Przemycamy ją w zapiekankach warzywnych czy zupach, ale chyba oboje najbardziej lubimy niepaloną kaszę gryczaną. Oboje bardzo lubimy też dobre sery właściwie w każdej formie – twarde, miękkie, młode, stare, kozie, owcze, śmierdzące i nie. Serów jemy całkiem sporo.

Ryby i owoce morza

Ryby i owoce morza jemy średnio trzy-cztery razy w tygodniu. I jest mi dokładnie wszystko jedno, czy to pałasz w knajpie, czy wędzona makrela w ramach szybkiego obiadu zaliczonego w biegu. Jem, bo lubię. Jeśli jednak jesteśmy nad jakimś morzem, to dwa razy dziennie do oporu. Zdecydowanie mniej jemy ryb słodkowodnych, bo hodowlane są zwykle średniej jakości, a o dzikie jest dość trudno.

Nie dotykamy natomiast ryb z Bałtyku. Z najnowszych niezależnych badań wynika, że mają tak duże ilości metali ciężkich, że bardzej szkodzą, niż pomagają. Dotyczy to szczególnie ryb przydennych, takich jak ukochana przez turystów fląderka.

Oleje, oliwy

Olej rzepakowy nie jest taki zły, jak niemodny. Używamy bardzo dużo dobrej jakościowo oliwy, oleje kupujemy tylko tłoczone na zimno. Lniany mamy zawsze w lodówce i staramy się regularnie go spożywać – jeśli nie w sałatce, to z łyżki. Zwykle smażymy albo na maśle klarowanym (om nom nom), albo na oleju z pestek winogron, który jest neutralny w smaku i ma wysoką temperaturę dymienia.

Woda i napoje

Nie pijemy chlorowanej miejskiej wody. Bo nie. Albo kupujemy pięciolitrowe baniaki, albo jeździmy do jednego z ujęć wody oligoceńskiej, których w Warszawie nie brakuje.

Nie pojawiają się w naszym domu napoje gazowane ani soki z kartonu. Bo są wstrętne i są płynnym cukrem. Albo zimą wyciskamy sok z cytrusów, albo robimy koktajle warzywno-owocowe, które są wdzięczne i przyjmą wszystko, albo pijemy kompot, który zimą dosładzamy miodem, a latem świeżą stewią (u Ziółków można dostać). Do tego lemoniady i herbaty/zioła. Kawa zwykle raz dziennie, rzadko częściej.

Witaminy

Suplementujemy witaminę D3 (zimą w podwójnej dawce), K2 i do tego tran. Katar przestał dla nas istnieć.

Alkohol

Ależ owszem, czemu nie? Wino, głównie czerwone, nalewki, latem czasem piwo lub jakieś bąbelki.

Ile to kosztuje?

Na jedzenie i wino wydajemy 2500 – 4000 zł miesięcznie, nie licząc knajp. Dużo, mało? Pewnie, że można mniej. A jak powiem, że przeziębieni jesteśmy maksymalnie raz w roku? Nie pamiętam, kiedy któreś z nas brało antybiotyk – od wielu lat się nie zdarzyło. Jeśli czymś się dodatkowo wspomagamy to, to po melanżu bierzemy magnez i potas. Poza tym jesteśmy zdrowi jak konie, a Jacek pożegnał się z alergią na wszystko, która kiedyś męczyła go przez okrągły rok. I może się przytulać do psów. I pójść na łąkę. I nic. Zero kataru, zero kichania.

Poza tym jedząc czysto i bez chemii odkryjesz nieprawdopodobną plaletę smaków, a przetworzona pasza dość szybko przestanie ci smakować. Dlatego potrafię bezbłędnie rozróżnić fryturę palmową od oleju i z każdym rokiem trudniej mnie zrobić w balona. Takie czary.

Jasne, że nie napisałam wszystkiego, na przykład nie wspomniałam o miodach, których zwykle mamy na stanie przynajmniej pięć słoików. I tak wyszło długo, ale mam nadzieję, że dostaliście wystarczająco jasne tropy. Tylko na początku przestawienie się na taki rodzaj odżywiania wydaje się czasochłonne i upierdliwe. Jasne, że najłatwiej jest załadować na równo wózek w dyskoncie i tłumaczyć sobie, że trochę chemii jeszcze nikogo nie zabiło. A zdajesz sobie sprawę jaka w jednym wózku jest kumulacja tej chemii? Warto chociaż spróbować zmienić sposób odżywiania. Z czasem zaczynasz chodzić udeptanymi ścieżkami, a zakupy zajmują coraz mniej czasu. O zaletach żywego kontaktu z tymi wszystkimi wspaniałymi ludźmi, którzy wkładają całe serce w produkowanie dobrego jedzenia nie muszę nawet pisać. Dla Jacka największa przyjemność to sobotni wypad na targ i godzinna pogawędka z Ziółkami.

Wiem też, że dla wielu z Was są to oczywistości, bo mam czytelników z górnej półki, a nie z wykopu. Ale jeśli chociaż kilka osób dzięki temu tekstowi spojrzy inaczej na zawartość swojej lodówki, to już mi wystarczy do szczęścia.

Aha, i nie wyrzucamy jedzenia, nawet jeśli kupimy za dużo. Jak to robimy? Tak: #FRIDGEPOWER!

Magda

*foto Mariusz Rutkowski


  • też mam w pracy swoją szufladkę ze słodyczami <3 i jeszcze tego tematu nie przerobiłam 🙂 ale przykład motywuje

    • Magda

      Spoko, da się. Podmień na orzechy i suszone owoce. A najłatwiej jest, jak nie masz nic słodkiego pod ręką – w którymś momencie ochota po prostu mija 🙂

      • Mam i orzechy, i owoce – i nie są w stanie smakowo zastąpić (wiem, marudzę). Muszę spróbować to niekupowanie – aczkolwiek trudno się powstrzymać na widok brownie doskonałego albo sernika 🙂

      • Magda

        Ale za to jakie budujące jest każde – prawie obojętne – minięcie cukierni!

      • Jest możliwe dla łasucha pod warunkiem, że nie jest głodny 😉

      • Urszula

        Moim zdaniem cukier i słodycze to po prostu uzależnienie lub nawyk, kto jak woli. My już sto lat po prostu omijamy dział ze słodyczami, najzwyczajniej w świecie słodycze sklepowe dla nas nie istnieją, po prostu odzwyczailiśmy się. I podobnie jak Pani Magda nie jemy fast foodów, przetworzonej żywności, żywność kupujemy na targach lub ze sprawdzonych gospodarstw zamawiamy bezpośrednio do domu. I moi drodzy my nie chorujemy, nie mamy pryszczy, cellulitu, alergii, nie dotyczy nas brak energii, kawę pijemy tylko dla przyjemności. Moje dzieciaki są przedszkolakami, a jeszcze nigdy nie chorowały, na pewno czeka nas i świnka i różyczka, każdy to musi przejść, ale przychodzi jesień, zima i mamy 100% frekwencję w przedszkolu, raz na rok katar i to wszystko. Geny, wrodzona odporność, piękna skóra i włosy po babci?? Phi! tak może powiedzieć tylko osoba zazdrosna, która nie potrafi żyć zdrowo i szuka wciąż to nowych wymówek i krytykuje na lewo i prawo takie artykuły jak ten, czepiając się chociażby kwestii pieniędzy, która jest tu akurat najmniej ważna lub wypowiada się negatywnie na temat żywności ekologicznej.

    • Tomek

      Jest mnóstwo zdrowych zamienników słodyczy. Ostatnio testowałem to: http://zdrowszakuchnia.blogspot.com/2012/05/kulki-zycia.html. Świetne. W życiu nikt nie powie, że tam nie ma cukru ani innych dziwnych słodzików.

  • Aneta Pańko

    „pocałujcie mnie w dupę, gównozjady”? ludzie…., co jest z Wami?? :/

  • Piotr

    O matko, jak ja uwielbiam jak ktoś mający dużo pieniędzy uczy ludzi jak żyć. To mniej więcej poziom „coachów” mających miliony na koncie i mówiący ludziom „uda Ci się, wystarczy, że uwierzysz w siebie”. Wydajecie na samo jedzenie tyle, ile wynosi budżet całej rodziny, na cały miesiąc w 80% domostw w Polsce (licząc jedzenie, koszty mieszkania, samochodu, odłożenie czegoś na awaryjne sytuacje). Pokażcie jak jeść zdrowo i tanio, wtedy traficie do serc (i komputerów) normalnych ludzi muszących niestety liczyć się z każdym wydanym groszem. Czytam waszego bloga z zaciekawieniem i lekką fascynacją, ale takie wpisy aż skręcają mnie od środka.

    • Tomek

      Kontrowersyjnie – zdrowe jedzenie może być najtańszą formą żywienia. Jeśli kupisz na jakimś targu produkty typu kasze, nabiał, owoce, warzywa (W ODPOWIEDNIM MOMENCIE – czyli wtedy, gdy jest na nie sezon – są wtedy najtańsze) – to taki towar nie jest drogi. Problem pojawia się z wygospodarowaniem odrobiny czasu i chęci, żeby potem z tych rzeczy zrobić coś, co można nazwać obiadem. Za to czas poświęcony na domowe gotowanie „odzyskasz” nie chodząc do lekarza. Sprawdzone.

      • Jolanta

        Kupowanie na „jakimś” targu jest ryzykowne dla zdrowia 🙂 Dużo podróżuję po wsiach, widzę co rolnicy i gospodarze wyprawiają z nawozami i „randapami”. Nigdy więc nie kupuję na targach, albo od „chłopa”. Albo w pełni certyfikowana żywność ekologiczna, albo z jednej z dwóch sieci marketów (nie napiszę których, żeby nie było, że reklama), o których wiem od znajomego producenta, że bardzo pilnują norm. Przetworzonej żywności nie jemy od zawsze, bo moi rodzice byli tzw „nujejdżowcami”, też nie znam smaku burgera z mcsralda. Niestety na 100% żywności certyfikowanej mnie nie stać. W pełni zgadzam się z możliwością znalezienia czasu na gotowanie: wystarczy mniej czasu spędzać w necie, albo wstać pół godziny wcześniej. A najlepiej jedno i drugie! U nas je się 3 gorące posiłki dziennie. Dorośli normalnie pracują, dzieci chodzą do szkoły. Można? Można!

    • Magda

      Pieniądze zawsze wywołuja dużo emocji. A z drugiej strony powinnam kłamać? Napisałam jak jest i tyle. Co nie zmienia faktu, że da się to samo robić za znacznie mniej, vide komentarz Tomka.

      • Piotr

        Ale to nie chodzi o pisanie kłamstw / prawdy. Nazywasz ludzi gównojadami a potem we wnioskach piszesz, że na swoje wspaniałe i jedyne słuszne jedzenie wydajesz równowartość wynagrodzenia całego gospodarstwa domowego przeciętnego Polaka. Niektórzy pewnie chcieliby jeść zdrowo, ale za etykietkę „bio” albo „eko” płaci się teraz dużo więcej, bo zrobiło się to modne. Trzeba wcielić się w ich skórę i nie obrażać ich, bo kupują produkty w Biedronce lub Lidlu bo tam jest najtaniej.

      • Magda

        Grunt, to zrozumieć kontekst. A kontekst jest inny, niż to, co napisałeś. Nie dotyczy WSZYSTKICH POLAKÓW, jak mi próbujesz przypiąć, a tych osób, które wyśmiewają zdrowe odżywianie. I to nie ma związku z pieniędzmi.

      • Urszula

        Ze statystyk również wynika, że przeciętny Polak ma w domu dwie zgrzewki Cola-coli, bo zaoszczędził na promocji Kup 10, a 11 otrzymasz GRATIS!, pełen barek alkoholu i słodyczny, bo to bezapelacyjnie oznaka dobrobytu rodem z PRL’u, telewizor 30 calowy oraz dziennie wypala paczkę papierosów. Nie dziwne, że nie stać go na „eko”.

      • Tu nie chodzi o to, że kupują w supermarketach, ale CO kupują….bo niestety najczęściej te mega syfiaste przetworzone produkty …

    • Ludka Borkowska

      Serio? Nie wiem skád wziéło się w ludziach przekonanie, że aby zdrowo się odżywiać, trzeba na to wydawać mnostwo pieniędzy – dla mnie to słaba wymówka. Owszem, w zdrowe jedzenie trzeba zainwestować – ale nie pieniądze, tylko CZAS. Bo trzeba się tym zainteresować, troszkę poczytać etykiety, samemu przygotować jedzenie i jak najbardziej da się to zrobić niskim kosztem – z tym, że musi się człowiekowi chcieć.Nie od razu trzeba kupować wszystkie supermarketowe produkty z naklejką ‚bio’/’eko’/itp (co czyni te produkty odpowiednio droższe), ale warto wybrać się na targ i poszukać lokalnych produktów. Dobrze się również odzwyczaić od cukru i wszelkich słodkości, co często kosztuje nas całkiem sporo.

  • Anna Knitter

    artykuły są bardzo merytoryczne i ciekawe, ale nazywanie części czytelników „gównozjadami” to zwykłe chamstwo.
    po co to?
    to nie pierwszy raz kiedy dałoby się kulturalniej…i zastanawiam się czy to brak wychowania czy frustracja?

    • Magda

      Frustracja podejściem typu „dieta nie ma wpływu na zdrowie, jem w fast foodach i żyję, więc piszecie pierdoły”. Ciekawe tylko jak długo i jakiej jakości będzie druga połowa tego życia.

      • Anna Knitter

        brak wychowania niestety też. skoro ktoś tak wybiera to jego sprawa. obrażanie go to zwykły brak kultury. nie każdy może wieść tryb życia podobny do Waszego. nie każdy też chce.
        zniechęcasz czytelników do siebie. poczytaj komenatrze u innych blogerów – raczej nie mają tego problemu.

  • Helena Korniejew

    Świetny materiał! Sama jestem już po dobrej stronie mocy, ale w dalszym ciągu mam wyzwanie z Rodzicami – wydaję mi się, że pokolenie z lat 50.-60. najbardziej zachłysnęło się kulinarną rewolucją pod hasłem instant. Rosół bez kostki? Niemożliwe!;) Co do $$$ – mam Biedronkę pod domem, odwiedzam w sytuacji kryzysowej – woda lub alko. Przede mną ludzie płacą za swoje zakupy niemało. Zawsze zastanawiam się czemu zamiast najtańszej wędliny i kolorowej wody, nie mogą wziąć białego sera, jakiś rzodkiewki i czystej wody. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że świadome jedzenie ma związek przede wszyskim z wiedzą i świadomością, a nie zasobnością portfela!

  • Iza Antoniuk

    Ja zwracam uwagę na składy produktów i na tyle na ile mogę staram kupować świadomie. Chciałabym móc jakoś przemówić do mojego chłopaka, dla którego wyznacznikiem jakości jest znana marka (!) a nie skład… Kiedy mu tłumaczę, że to tak nie działa to nie traktuje mnie poważnie. Załamuje mnie to. On je swoje, ja swoje, w domu nie gotuję już w ogóle, bo jeśli nie mam się z kim dzielić tym co robię i w końcu wyrzucam pół dania to jakoś odechciewa się wszystkiego 🙁 eh musiałam się w końcu wyżalić
    Podziwiam cię za cierpliwość i zazdroszczę partnera, który walczy z tobą o dobrą jakość tego co spożywacie

  • miair

    tworzycie Państwo bloga z bardzo dużym potencjałem, ale teksty „pocałujcie mnie w dupę, gównozjady” to poziom rynsztokowy. za dużo gwiazdorstwa i przekonania o własnej wspaniałości, za mało merytorycznych, konkretnych informacji.

  • Alucik

    O to chciałam zapytać bo zdrowo sie odżywiamy a synek to co przynosi z przedszkola to nawet nie wiedziłam o istnieniu.

  • Christian Kryszard

    stosuję bardzo podobną dietę od dwóch lat z tym, że z mięs zjem rybę kilka razy w roku i alkohol też bardzo, bardzo rzadko. Również zero żywności przetworzonej, do gotowania woda z osmozy a do picia mineralna/źródlana. Jeśli chodzi o koszt takiej diety to zamyka się on u mnie w kwocie 350-500zł/os miesięcznie. Moją słabością natomiast są słodycze, które potrafią tę kwotę skutecznie podnieść czasem nawet o 100-200zł. Najważniejsze to znaleźć w okolicy własnego rolnika od którego kupujemy warzywa, bo ceny w ekosklepach to absurd a tak rolnik ścina nam warzywo, które pokażemy palcem. Druga kwestia to znalezienie sobie swojego ekosklepu z programem lojalnościowym i w zasadzie wychodzi podobnie jak przy tradycyjnej śmieciowej diecie. W aptece nie byłem ani razu przez te dwa lata, zapomniałem czym jest złe samopoczucie a oszczędności na tym polu są niepoliczalne, wszelkie alergie ustały w miesiąc, znajomi od września chorzy, wdają krocie na antybiotyki a mi aż głupio czasem powiedzieć, że już nie pamiętam jakie to uczucie, być przeziębionym. Kwestia cen jest bardzo płynna i zależy od wprawy w robieniu sezonowych zakupów, generalnie duże pole do popisu dla kobiet jeśli lubią chodzić po sklepach 🙂

  • Jeśli chodzi o bunt cenowy to Warszawa ma trochę inny cennik ale w innych miasteczkach może być taniej 🙂 poza tym tekst chyba trafi do zainteresowanych, a nie do tych co fajkę popijają colą lub harnasiem. Wiec, KK nie macie się co przejmować 🙂 zawsze warzywa można sobie uprawiać na dzialeczce, a jak ktoś nie ma dzialki to może sobie zrobić ogród wertykalny na balkonie. „Jak ktoś chce, to potrafi”. Jeśli o sam styl pisania chodzi to bardzo lubię i chętnie na tego bloga wracam, bo przynajmniej nie smierdzi sponsorowanym postem, jak na Onet.kuchnia. 🙂
    2. Rybki. Takie pyszne. Ostatnio miałem okazję słuchać programu o łososiu. Pierwsze zaskoczenie to ze dziki łosoś jest szary w środku (mięso) ew. blado różowe.
    Podczas chodowli łososia ryby pływają, a raczej są magazynowanie w wodzie, w której w obawie przed bomba mikrobiologiczna rozpuszcza się ( w jednej kadzi z rybami) 10l wiadro antybiotyku jakiegoś tam rodzaju, a drugiego dnia kolejne wiadro antybiotyku innego rodzaju i tak codziennie na zmianę. Pani prowadząca tę wypowiedź speuntowała temat łososia tak. „Jeśli jesienią bierze nas przeziębienie wystarczy pójść do marketu po pięknego różowego łososia i po takiej dawce antybiotyku przeziębienie ustepuje”…
    Co do słodyczy to słodka dziurka jestem 🙁 będzie ciężko. Ale za to wędliny od kilku lat Tata wędzi sam, a to wszystko gdy naszemu kotkowi (wychowany po wiejsku, nie w mieszkaniu) daliśmy plaster szynki kupiony na wyprawie do dyskontu. Kot uradowany dźwiękiem klaśnięcia szynki o miskę przybiegł, powachał, otrzepał każdą łapkę po kolei i wyszedł z domu szynki nie tknąwszy. Wtedy zapaliła się u nas żarówka. Ale to było dobrych kilka (w sumie to kilkanaście) lat temu, kiedy wielkie ogromne dyskonty były nowością i była to wręcz wycieczka dla takiego smarkacza jakim wtedy byłem. Niestety los potoczył się tak, że mieszkamy w duzym mieście daleko od domu. Na szczęście zawsze z domu bierzemy jakieś ogrodowe smakołyki bo jedni i drudzy rodzice mają działki pełne cudów 🙂 a i zdarza się zabrać jakiś słoiczek z marynowanymi lub kiszonymi pysznościami. Takie trochę z nas słoiki ale już nie ze względów ekonomicznych, a jakościowych no i ta szynka wędzona do tego. O mniom mniom mniom 🙂

  • Ula

    My mama dwójkę dzieci przedszkolnych, trzymamy się podobnych zasad jak w artykule i właśnie minęła trzecia zima bez chorób. Chłopcy przynoszą wirusy, czasem mają katar zdecydowanie wirusowy, czasem kaszel, ale chwila moment i wszystko mija.

  • nu

    Fajny blog. Czytając ten artykuł co chwilę myślałam „o, to tak jak my!”. Minimum chleba,bialej maki, miesa,wedlin wcale, jajka „ze wsi”, sezonowo itp itd.. Dopoki nie doszlam do 2500-4000 zl/msc na jedzenie… Serio? Bo u nas podobnie, ale miesiecznie wydajemy ok 600-900 zl. 3 osobowa rodzina. Nie wiem czy chodzi o to, ze Warszawa, a my – małe miasto w Małopolsce, czy to, że nie jemy w restauracjach (wole upiec ciasto niz zjesc w kawiarni -serio uważacie, że tam robią ze zdrowych składników? 🙂 ) Rozwaliła mnie ta suma! Jak dobrze mieszkać poza Warszawą!!!

    Ps dużo nabiału to wcale nie jest zdrowo… Nabiał zaflegmia …