Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Jak pozbyliśmy się alergii i przeziębień, czyli kr...

Jak pozbyliśmy się alergii i przeziębień, czyli krótka historia o dobrym jedzeniu

Niespecjalnie zawracamy sobie głowę zaleceniami dietetyków, raczej kierujemy się zdrowym rozsądkiem i intuicją. Oboje mocno wierzymy, że ciało samo daje znać, jeśli mu czegoś brakuje. Ponieważ dużo jemy w restauracjach i nie zawsze mamy pewność co do produktów, na których pracują, dla równowagi staramy się jeść maksymalnie czysto w domu i wspomagać tzw. super foods, czyli produktami o szczególnie dobroczynnym wpływie na organizm. Tutaj pisałam o naszym TOP 11 super foods.

Zdrowy rozsądek

Wbrew pozorom nie kasza, a zdrowy rozsądek jest podstawą dobrego odżywiania. Czytamy etykiety (ta aplikacja jest bardzo pomocna, jeśli nie masz nerwów do drobnego druku), nie kupujemy niczego, co w składzie ma chociaż jeden składnik nadprogramowy, jesteśmy ortodoksami. Nie dlatego, że tak sobie wymyśliliśmy, tylko dlatego, że do tej równowagi dochodziliśmy latami. Jemy tak, jak nam smakuje, jednocześnie starając się minimalizować pojawianie się na naszym stole produktów potencjalnie szkodliwych.

Produkty organiczne, ekologiczne i nieprzetworzone

Wiem, w dobrym tonie jest pośmiać się trochę z tych wszystkich eko-świrów, którzy wydają krocie na torbę warzyw. A ja wam mówię: pocałujcie mnie w dupę. Jest tyle chemii, pestycydów i konserwantów w jedzeniu, że zrobię wszystko i wydam każde pieniądze, aby to, czym – uwaga – ODŻYWIAM swoje ciało, było rzeczywiście odżywcze. A do tego miało prawdziwy SMAK, który powstał naturalnie, nie w laboratorium chemicznym. Myślę i mówię o JEDZENIU, a nie o jego substytutach.

Zaufani producenci

To zajęło nam najwięcej czasu, ale znaleźliśmy ich i jestem przekonana, że zadając sobie odrobinę trudu każdy jest w stanie znaleźć w swojej okolicy dobre warzywa, owoce czy nabiał. Standardowo warzywa kupujemy u Pana Ziółko lub u Majlertów, bo ich najłatwiej jest spotkać w Warszawie. Sporo produktów przywozimy z rozmaitych imprez okołokulinarnych, tam też poznajemy dużo ludzi, którzy produkują żywność w sposób naturalny. Wielu z nich bez problemu wysyła swoje produkty. Wpadamy do Fortecy, gdzie można dostać jogurty od Mlecznej Drogi czy sery od Kaszubskiej Kozy. W supermarketach kupujemy wodę, masło i kilka innych podstawowych produktów. Jeśli są to owoce lub warzywa zawsze sprawdzamy, czy mają certyfikat. Nigdy nie zdarza nam się kupować w marketach mięsa ani wędlin.

Podróże

Zawsze przywozimy jedzenie. Oliwę, wino, dobre makarony z Włoch, oliwki czy karczochy w oliwie z Grecji. Najlepsze produkty z miejsc, w których zostały wyprodukowane. Z Salone del Gusto przyjechaliśmy z pełniuteńkim bagażnikiem, na równo. Generalnie w razie wojny naszymi zapasami żarcia jesteśmy w stanie wykarmić całą kamienicę. Na wypasie, z trzydaniowymi obiadami. Przez dwa tygodnie. Handluj z tym.

Sezonowo

Tego punktu chyba nie muszę tłumaczyć, prawda? A w razie gdyby ktoś miał wątpliwości – styczeń to nie szczyt sezonu na truskawki. Świetny kalendarz sezonowości znajdziecie tutaj.

Zero fast foodów

Dobry burger z porządnej wołowiny i na domowej bułce to nie jest fast food w tym pejoratywnym sensie. Nie jemy fast foodów w sieciówkach, pompowanych bułek spod pachy z kotletami z psa zmielonego razem z budą. Nie jemy hot dogów na stacjach. Po prostu nie dotykamy tego syfu. W trasie wolę być głodna, niż zjeść hamburgera z okienka drive sru. Znam ludzi, którzy nazywają się „foodies“, a jak zgłodnieją, to zatrzymują się pod dwoma łukami i żrą tę paszę, wraz ze swoimi dzieciątkami. A ja bym tego nawet psu nie dała, bo za bardzo go kocham. Nikt mi nie wierzy, ale nigdy w życiu nie miałam w ustach hamburgera z Maca. Serio.

Zero przetworzonej żywności

Po prostu nie. Bo to ohydne i niezdrowe. Brak czasu nie jest wymówką i mam na tę okoliczność przysłowie: „Złej baletnicy…“. Po prostu naucz się gotować i nagle odkryjesz zaczarowany świat zdrowych dań z trzech składników gotowych w kwadrans.

Mało cukru

Herbaty nie słodzimy w ogóle, kawę tylko czasem. W domu praktycznie nie jemy słodyczy, mamy gorzką czekoladę i na tym się impreza kończy. Rzadko też piekę ciasta, zwykle robię to, kiedy idziemy do kogoś z wizytą lub przygotowuję dla kogoś z przyjaciół tort urodzinowy, bo to moja specjalność. Tak więc desery zdarza nam się jeść tylko w restauracjach i zamawiamy je niezbyt często. Mam takie spostrzeżenie, że słodycze są nałogiem, jak każdy inny. Po prostu można się od nich odzwyczaić, co przetrenowałam na Jacku, który zjadał nieprawdopodobne ilości słodyczy, kiedy się poznaliśmy dziewięć lat temu. O zgrozo, miał nawet specjalną szufladę ze słodyczami. I drugą z lekarstwami. A teraz nie ma ani jednej, ani drugiej. Za żadną też nie tęskni.

Mało pieczywa

Kromka lub dwie dziennie to nasze maksimum. Nie dlatego, że nie lubimy, tylko dlatego, że tak jakoś wychodzi. Zwykle jest to śniadanie, bo najszybciej i najłatwiej. Więcej zdarza nam się zjeść jeśli upieczemy swój chleb czy ciabattę lub sporadycznie kupimy bagietkę, bo mamy smak na dobry francuski ser i wino. Pieczywo zwykle kupujemy w Grzybkach, bo mamy ich pod nosem lub na targu genialny chleb z Wilgi. Razowiec, pełnoziarnisty, nigdy zwykły z białej mąki.

Mięso w odwrocie

Jeśli czasem uda nam się kupić dobrą wędlinę, to nie ma problemu, ale ponieważ jest to stosunkowo trudne, to prawie nie jemy wędlin. Właściwie nie kupujemy też mięsa do domu. Jeśli już, to jakiś dobry stek u Grzesia Kwapniewskiego czy kawałek łopatki do długiego pieczenia/duszenia. Mięso jemy zwykle w knajpach i chętnie wybieramy dziczyznę, wołowinę/cielęcinę, kaczkę, gęś czy jagnięcinę, a bardzo rzadko wieprzowinę. Jeśli nie mamy absolutnej pewności, że kurczak miał dobre życie i nie jest naszprycowany hormonami – nie ruszamy. Co w praktyce oznacza, że kurczaka zdarza nam się jeść średnio raz na pół roku. Szok, co?

Warzywa i owoce to podstawa

Spośród wszystkich produktów warzyw kupujemy i zjadamy zdecydowanie najwięcej. W sezonie, czyli późną wiosną, latem i wczesną jesienią we dwójkę zjadamy pełną skrzynkę warzyw tygodniowo. Plus owoce, które stanowią 1/3 tej objętości.

To, co da się zamrozić lub przerobić w szczycie sezonu – zamrażamy i przetwarzamy. Mamy wielką skrzyniową zamrażarę, którą przez całe lato zapełniamy najlepszymi owocami i warzywami. Zawsze robię też kilkadziesiąt słoików przecieru pomidorowego, które wystarczają nam na całą zimę.

Kasze, zboża i nabiał

Jajka mamy od zielononóżek naszej kochanej Basi, czyli mamy Jacka, której wkręciliśmy taką jazdę na ekologiczne jedzenie, że ma teraz czterdzieści kur, które żyją w luksusie i dobrobycie. W zasadzie mogłabym mieć taki domek na Mazurach, jak one mają kurnik. No i my te jajka regularnie.

Nie jemy zbyt wiele zbóż. Wciąż staramy się cisnąć kasze, ale mimo całej naszej głębokiej wiary w moc jaglanki – z nią jest nam najtrudniej. Przemycamy ją w zapiekankach warzywnych czy zupach, ale chyba oboje najbardziej lubimy niepaloną kaszę gryczaną. Oboje bardzo lubimy też dobre sery właściwie w każdej formie – twarde, miękkie, młode, stare, kozie, owcze, śmierdzące i nie. Serów jemy całkiem sporo.

Ryby i owoce morza

Ryby i owoce morza jemy średnio trzy-cztery razy w tygodniu. I jest mi dokładnie wszystko jedno, czy to pałasz w knajpie, czy wędzona makrela w ramach szybkiego obiadu zaliczonego w biegu. Jem, bo lubię. Jeśli jednak jesteśmy nad jakimś morzem, to dwa razy dziennie do oporu. Zdecydowanie mniej jemy ryb słodkowodnych, bo hodowlane są zwykle średniej jakości, a o dzikie jest dość trudno.

Nie dotykamy natomiast ryb z Bałtyku. Z najnowszych niezależnych badań wynika, że mają tak duże ilości metali ciężkich, że bardzej szkodzą, niż pomagają. Dotyczy to szczególnie ryb przydennych, takich jak ukochana przez turystów fląderka.

Oleje, oliwy

Olej rzepakowy nie jest taki zły, jak niemodny. Używamy bardzo dużo dobrej jakościowo oliwy, oleje kupujemy tylko tłoczone na zimno. Lniany mamy zawsze w lodówce i staramy się regularnie go spożywać – jeśli nie w sałatce, to z łyżki. Zwykle smażymy albo na maśle klarowanym (om nom nom), albo na oleju z pestek winogron, który jest neutralny w smaku i ma wysoką temperaturę dymienia.

Woda i napoje

Nie pijemy chlorowanej miejskiej wody. Bo nie. Albo kupujemy pięciolitrowe baniaki, albo jeździmy do jednego z ujęć wody oligoceńskiej, których w Warszawie nie brakuje.

Nie pojawiają się w naszym domu napoje gazowane ani soki z kartonu. Bo są wstrętne i są płynnym cukrem. Albo zimą wyciskamy sok z cytrusów, albo robimy koktajle warzywno-owocowe, które są wdzięczne i przyjmą wszystko, albo pijemy kompot, który zimą dosładzamy miodem, a latem świeżą stewią (u Ziółków można dostać). Do tego lemoniady i herbaty/zioła. Kawa zwykle raz dziennie, rzadko częściej.

Witaminy

Suplementujemy witaminę D3 (zimą w podwójnej dawce), K2 i do tego tran. Katar przestał dla nas istnieć.

Alkohol

Ależ owszem, czemu nie? Wino, głównie czerwone, nalewki, latem czasem piwo lub jakieś bąbelki.

Ile to kosztuje?

Na jedzenie i wino wydajemy 2500 – 4000 zł miesięcznie, nie licząc knajp. Dużo, mało? Pewnie, że można mniej. A jak powiem, że przeziębieni jesteśmy maksymalnie raz w roku? Nie pamiętam, kiedy któreś z nas brało antybiotyk – od wielu lat się nie zdarzyło. Jeśli czymś się dodatkowo wspomagamy to, to po melanżu bierzemy magnez i potas. Poza tym jesteśmy zdrowi jak konie, a Jacek pożegnał się z alergią na wszystko, która kiedyś męczyła go przez okrągły rok. I może się przytulać do psów. I pójść na łąkę. I nic. Zero kataru, zero kichania.

Poza tym jedząc czysto i bez chemii odkryjesz nieprawdopodobną plaletę smaków, a przetworzona pasza dość szybko przestanie ci smakować. Dlatego potrafię bezbłędnie rozróżnić fryturę palmową od oleju i z każdym rokiem trudniej mnie zrobić w balona. Takie czary.

Jasne, że nie napisałam wszystkiego, na przykład nie wspomniałam o miodach, których zwykle mamy na stanie przynajmniej pięć słoików. I tak wyszło długo, ale mam nadzieję, że dostaliście wystarczająco jasne tropy. Tylko na początku przestawienie się na taki rodzaj odżywiania wydaje się czasochłonne i upierdliwe. Jasne, że najłatwiej jest załadować na równo wózek w dyskoncie i tłumaczyć sobie, że trochę chemii jeszcze nikogo nie zabiło. A zdajesz sobie sprawę jaka w jednym wózku jest kumulacja tej chemii? Warto chociaż spróbować zmienić sposób odżywiania. Z czasem zaczynasz chodzić udeptanymi ścieżkami, a zakupy zajmują coraz mniej czasu. O zaletach żywego kontaktu z tymi wszystkimi wspaniałymi ludźmi, którzy wkładają całe serce w produkowanie dobrego jedzenia nie muszę nawet pisać. Dla Jacka największa przyjemność to sobotni wypad na targ i godzinna pogawędka z Ziółkami.

Wiem też, że dla wielu z Was są to oczywistości, bo mam czytelników z górnej półki, a nie z wykopu. Ale jeśli chociaż kilka osób dzięki temu tekstowi spojrzy inaczej na zawartość swojej lodówki, to już mi wystarczy do szczęścia.

Aha, i nie wyrzucamy jedzenia, nawet jeśli kupimy za dużo. Jak to robimy? Tak: #FRIDGEPOWER!

Magda

*foto Mariusz Rutkowski