Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Kulinarne mody – sezon bieżący vol. 4

Kulinarne mody – sezon bieżący vol. 4

vol. 1
vol. 2
vol. 3

Koktajlbary. Było prosecco, był cydr, teraz pija się koktajle. Widocznie mamy to we krwi, że po imprezie musimy mieć globusa, a bez mieszania i solidnego kaca balet jest niekompletny. Obstawiam, że następną falą będzie whisky, więc odpalajcie wrotki, chcący blogować o rudej na myszach.

I jeszcze przypowiastka: kiedyś wpadłyśmy do pewnego skrajnie hipsterskiego warszawskiego koktajlbaru. My trzy, on jeden. Na pytanie o kartę drinków odrzekł dumnie: „JA jestem kartą!”. No dobrze, w takim razie każda z nas wyłuszczyła, co lubi. Dostałyśmy szklanki wypełnione kruszonym lodem i śladową ilością alkoholu. Kilka rundek, w głowach ledwie pierwiosnki upragnionego piątkowego szumu, a rachunek na prawie 700 PLN. No, nie róbcie z nas pederastów!

Alternatywne metody parzenia kawy. Bo przepuszczanie kawy przez papierowy filtr jest teraz al-ter-na-tyw-ne. Ale alternatywne w stosunku do czego? Pozdrowienia od Melitty Benz wprost z roku 1908, która dokładnie wtedy wynalazła filtr do kawy wykorzystując bibułę szkolną syna.

Kasza jaglana. Nowa królowa. Czego się teraz nie robi z kaszy jaglanej, pani kochana?! Serniki, pierniki, a ktoś nawet wspominał o sałatce jarzynowej. A tak bardziej serio – pozytyw. Jaglanka jest zdrowa i tania, więc jedzmy ją chociaż raz w tygodniu, ale jak ktoś o niej napisze „jaglanotto”, to straci w moich oczach twarz. Na wieki.

Stestować. Nieistniejące słowo, którego używają blogowe darmozjady. Blogowe darmozjady, specjalnie dla swoich nieistniejących czytelników, „stestują” każde miejsce, które zechce ich nakarmić za darmo i w rewanżu napiszą o nim laurkę. Dziadostwo – level hard. A później musimy chodzić na różne konferencje i tłumaczyć ludziom, że bloger i darmozjad to dwa różne byty.

Faktor wow. Już nie petarda, już nie twist. Teraz jest „faktor wow”. Jedno z najgłupszych określeń, jakie ostatnio słyszałam w kontekście jedzenia. Właściwie im dłużej to powtarzam, tym mi się wydaje głupsze.

Wege/bez glutenu. Powoli w odwrocie. Pojawiają się blogi typu „Poniekąd wege”, „Tak trochę bez glutenu”, „Wege tylko w piątki”. Wraca normalność i wiara w zbilansowaną dietę. Do czasu pojawienia się kolejnej mody.

Śniadania. Wciąż na wznoszącej. Ma je już prawie każda knajpa, jest masa targów śniadaniowych. I super. Pod promowaniem kultury jedzenia poza domem podpisuję się zawsze i wszystkimi kończynami. Zamiast wojny na lunche zaczęła się wojna na śniadania. Media społecznościowe pękają w szwach od zdjęć owsianek, szakszuk i koktajli. Tak modni, #fit i #healthy jeszcze nie byliśmy. Ej, naprawdę nie zaczynasz dnia zielonym koktajlem z chlorelli, hempu, jeżówki pospolitej i amarantusa? Albo chociaż gofrem z oczojebnie chemiczną posypką i bitą śmietaną w sprayu? Ja też nie, ale ja chociaż jem chia (chię?) z jogurtem, więc jakoś się wybronię…

Od rolnika/z targu/lokalnie. No, ocknęliśmy się na dobre. Już nie półprodukty, już nie truskawki w styczniu, już nie masowa produkcja. Wracamy do korzeni (zwłaszcza zimą) i zaczynamy rozumieć, że jedzenie, to nie tylko pasza, ale również odżywianie. Surprise, surprise!

Kucharz celebryta. Młody wilczek z parciem na szkło. Dla fejmu zrobi i powie wszystko. Do życiowych osiągnięć zalicza siódme miejsce w konkursie na najlepszą kiełbaskę z ogniska na obozie harcerskim w Bornem Sulinowie lub udział w Celebrity Potwarz. Dalej jest już tylko Warsaw Shore.

Fikuśne ciasteczka. Nowy trend w cukiernictwie, z zaledwie kilkuletnim poślizgiem, dotarł również nad Wisłę. Szlaki przecierał Lukullus, a obecnie stołecznym fudisom robi się mokro na myśl o Odette.

#Foodporn. Patrz, aż się zrzygasz. Jedzenie, jak kiedyś Doda, jest wszędzie. Boję się otworzyć lodówkę. O jedzeniu mówi się mało i tylko czasem z sensem. Poza wąskim gronem pasjonatów, nikt już nie chce czytać mądrych teksów o jedzeniu. A długich to już w ogóle nikt. Natomiast wszyscy chcemy się brandzlować do #foodpornów. Za chwilę uwstecznimy się tak bardzo, że wrócimy do pisma obrazkowego.

Gastro-normcore. Trochę już nam się opatrzyły te wszystkie pianki, pudry i jadalne ziemie spod paprotki. Wracamy do normalności, do eksponowania smaku i produktu. A espuma? Można dodać, ale nic na siłę.

Muffinki. Robi się ze wszystkiego, byle nie na słodko. Kiedyś przebojem na polskie salony weszły urocze, słodkopierdzące, różowe babeczki. Teraz muffinkiem może stać się wszystko, nawet jajecznica. W sumie spoko, tylko dlaczego zawsze są takie suche w środku?

Dziwne talerze. O ile łupkowe płyty nagrobne odeszły do lamusa w siedemdziesiątym ósmym, o tyle inwencja kucharzy nie ma granic. Czasem jest to usprawiedliwione ideą dania, w którym nakrycie i treść tworzą spójną całość. Częściej jednak „podaję zupę na polnym kamieniu, bo inni podają”. I naprawdę nie ma znaczenia, że zupa i kamień nijak nie chcą współistnieć. Lubię, kiedy kucharz poprzez swoje dania chce mi coś powiedzieć, lubię, gdy są przemyślane i spójne. Nie lubię natomiast zupy na kamieniu.

Kolejka do Manekina. Stoi.

c.d.n.

Magda