Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Haus Frohsinn – na ratunek głodującym /Uznam...

Haus Frohsinn – na ratunek głodującym /Uznam Niemcy

Skoro wyspa Wolin tak nieczule tuli do gastronomicznego memłona, to nic nie stoi na przeszkodzie, by wskoczyć w samochód oraz na jeden prom i dwadzieścia kilometrów później ucztować przy solidnym niemieckim korycie. A także znakomitym piwie, ale to się rozumie samo przez się.

Po małym rekonesansie okazało się, że polskie kurorty przed sezonem, poza drobnymi przebłyskami, mają wyjątkowo ograniczoną ofertę. Oczywiście nie mówię o Sopocie, bo tam przez cały rok znakomicie karmi np. Bulaj czy Cyrano et Roxane. Mówię o miejscach, do których lud zjeżdża tylko na kanikuły.

Tym razem decyzja była taka, jak zwykle, czyli szybka i spontaniczna. Od rana wiatr dął niemiłosiernie, powoli zaczynałam rozumieć górali i ich trudny związek z halnym. Słońce podobno gdzieś za chmurami wpadało do morza, a mi burczało w brzuchu. I co w tej sytuacji? Mam tu tak umierać z głodu? Proooszę cię…

Pół godziny później siedziałam już w niemieckiej knajpie na wyspie Uznam, zegar wskazywał dwie dwójki, ludzie byli absolutnie miejscowi, wiatr wiał tak samo mocno i dołująco, jak w Międzyzdrojach. Do tego był wtorek, miesiąc maj. Klimat idealny pod sznapsa, ale mnie interesowało przede wszystkim napełnienie żołądka czymś ciepłym. Okazało się, że tak, oczywiście, nie ma problemu, willkommen! Dzień wcześniej w Międzyzdrojach zostałam o tej samej porze poproszona o zagęszczenie ruchów, bo będą zamykać.

Mam taką refleksję, że dobry restaurator, to ktoś, kto przede wszystkim lubi gościć i karmić ludzi. Wszystkie złe, zimne, nieprzyjazne, nie-wiadomo-dlaczego-nie-lubiane restauracje należą do tych, którzy najpierw sprawdzają, czy hajs się zgadza. Nie wiem czy zwracacie na to uwagę, bo smak jest zawsze najważniejszy, ale ja lubię czuć się mile widziana, lubię serdeczność. Z jedzeniem powinny wiązać się pozytywne emocje. I tu właśnie tak jest, pewnie też trochę dlatego, że to rodzinny biznes.

Znakomitym wyborem okazała się rybna według rodzinnego przepisu (4,5 eur.), jedna z lepszych w ostatnim czasie. Z uczciwą wkładką ryb, warzyw i krewetek, mocno kwaśna i mocno słona. Taka bardzo konkretna i od serca.

Okazało się, że porcje dla przeciętnego śmiertelnika stanowią prawdzie wyzwanie. Niestety – poległam. Smażonym filetem z łososia z krewetkami i makaronem (13 eur.) można obdzielić pół wycieczki szkolnej. I jeszcze zostanie. Ale jest naprawdę smacznie. Z pewnością nie jest to śmierdzący brudnym bajorem łosoś, podawany w większości polskich knajp, ale coś przynajmniej o dwa oczka wyżej na skali jakości. Bardzo smaczna, wilgotna ryba. Za to do odstrzału jest rozgotowany na śmierć makaron z dziwnym śmietanowo-paprykowym sosie.

Rumsztyk zapieczony z omletem z warzywami i domowe, chrupiące frytki (15,50 eur.) to solidny, mięciutki  i bardzo aromatyczny kawał mięcha. Dajcie go drwalowi, a będzie miał pary na cały dzień rąbania. Serio, porcje mnie rozkładają na łopatki. Przyzwyczajona do małych, fikuśnych, wielowątkowych bzdurek, tutaj wymiękam. Aż trochę żal, bo to są zwyczajnie i po domowemu smaczne rzeczy.

Haus Frohsinn UznamMają też w menu praktyczne rozwiązanie, uwaga!, można skopiować – przy każdym daniu znajdują się cyferki. Na ostatniej stronie do cyferek przypisane są składniki, których goście mogą nie tolerować, takie jak gluten czy laktoza, więc aby zamówić coś, co odpowiada naszej diecie wystarczy sprawdzić cyfry i wiadomo z jakich dań możemy wybierać. Dobry pomysł do wykorzystania, zwłaszcza kiedy kelner pytany o dania bezglutenowe, proponuje makaron (true story).

Do tego wszystkiego dobry niemiecki lager z kija, pies mile widziany (Pola the Dog jest oczywiście przez cały czas smyrana za uszkiem przez obsługę i gości; obie strony zachwycone). Cywilizacja, normalność, zero spięcia. I tylko dwadzieścia kilometrów od naszych kulinarnych sztukmistrzów, ich pysznych śledzików po trzykroć w perhydrolu moczonych. Tych szubrawców, robiących właśnie gastronomiczny biznes życia kosztem twojego zdrowia i jelit, DROGI CZYTACZU.

Tak, wylewa się ze mnie szeroką rzeką szczere umęczenie powszechnym polskim dziadostwem. Umęczenie faktem, że ono jest i tym, że się na nie godzimy. Przez trzy dni w Międzyzdrojach, poza jedną rybą ze smażalni (nota bene też rodzinnej), nie udało mi się zjeść nic naprawdę smacznego. Musiałam jeść wafle ryżowe, co uderza w mój honor i godność osobistą.

pigs4

Magda

Info

Kaiserstr. 49, 17719 Ostreebad Ahlbeck, Niemcy