Najpopularniejszy i najbardziej opiniotwórczy blog restauracyjno-podróżniczy w Polsce

Meat Warsaw – to już się udało!

Meat Warsaw ma szansę stać się miejscem kultowym. Z dwóch powodów: lokalizacji i fenomenalnego jedzenia. No, dobrze – z trzech. Bo za projektem stoi silna ekipa, która nie dość, że lubi karmić, to jeszcze umie to robić i stawia na dobry produkt. To nie może się nie udać, bo już się udało. Idźcie tam natychmiast!

meat warsaw

Ekipa odpowiedzialna za Pogromców Meatów, Siewców Smaku i Łowców Syren, w nieco okrojonym składzie, ale nie mniej silna, niż dotychczas właśnie odpaliła – w moim przekonaniu – swój najlepszy projekt. Oto bowiem w Okrąglaku, tuż pod Pałacem Kultury, otworzyli się z tak nieprzeciętnie smaczną kuchnią, że mają gwarantowane kolejki.

Od razu Wam mówię, że byliśmy u nich pierwszego dnia, a i tak już musieliśmy czekać na stolik i swoje odstać w kolejce. Nie, żebym się chwaliła, nie o to chodzi, ale wiem, że dobrą recenzją napełniam knajpy po brzegi. A ta jest jednym wielkim pasmem zachwytów, więc jeśli dziś postanowicie do nich wpaść, to bądźcie wyrozumiali i spokojnie poczekajcie na swoją kolej. Nie pożałujcie ani minuty. Jak każda nowa knajpa – oni też są na rozruchu i małe wpadki mogą się zdarzać, więc przymknijmy na to oko, bo jedzenie… Jedzenie tutaj to jest czysta poezja!

Menu jest krótkie, ale to już znamy. Za sterami Tomasz Tomaszek, którego także już znamy, stąd nie zaskakuje, że do burgerów pieką swoje bułki, robią swoją kiełbasę (do której zaraz wrócimy, albowiem zapewnia orgazmiczne doznania, jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało), nawet pitę mają swoją. To jest taki street food na miarę czasów – wniesiony na zupełnie nowy poziom smaku i jakości.

Z krótkiego menu zamawiamy cztery pozycje na pięć dostępnych. Na pierwszy ogień idzie pita philly cheese steak (25 zł), a więc pita wypełniona delikatnym, soczystym, lekko dymnym mięsem. Tu warto się na sekundę zatrzymać, bo dymność owa pochodzi z najprawdziwszego pieca na węgiel, który pewnie wielu kucharzy w swojej kuchni chciałoby mieć, ale prawie żaden nie ma. Ten piec robi taką robotę, że człowiek się tylko zachwyca.

meat warsaw

Dalej burger (25 zł), uważam, że najlepszy w mieście i zaraz wyjaśnię dlaczego. Sezonowana wołowina jest dobrej jakości, wysmażone idealnie, a więc z rozkosznie różowym środkiem, do tego chrupiące pikle z ogórka, plaster rozpływającego się mimoletta, lekko sodka konfitura z cebuli, salsa pomidorowa, sałata i sos blue cheese. No i cudowna, świeża buła, która z jednej strony dobrze trzyma zawartość, a z drugiej rozpływa się w ustach jak chmurka.

Od dziś wszystkie burgerownie w mieście powinny poczuć na plecach gorący oddech konkurencji. Właściwie to parzący. To jest burger – marzenie, burgerowa bajka. Doskonale przygotowany, na świetnym produkcie i jak burgery raczej nie przyciągają mojej uwagi, tak ten jest mistrzem w swojej klasie. A ja mistrzostwo potrafię docenić. Choć widziałam, jak dwa idealnie poskładane burgery wracały na kuchnię, bo – uwaga – były niedosmażone. Otóż one były wysmażone idealnie i naprawdę żal coś takiego wyrzucać, ale niektórzy Polacy mają taką tendencję, by zabijać krowy dwa razy. Ale może się kiedyś nauczą, że przeciągnięta wołowina to nie jest dobry pomysł. W każdym razie trzymam kciuki.

Dalej mamy boczek (20 zł) w śliwkowej glazurze podany z coleslawem z tajskim dressingiem i orzeszkami ziemnymi. Boczuś jest cudowny – gotowany najpierw w sous vide, później krótko zapieczony, rozpływa się w ustach. Właściwie gdyby na niego tupnąć, to pewnie by się sam rozpadł na kawałki. Ma konsystencję ciepłego masła i choć dla mnie glazura jest ciut za słodka, to pięknie równoważy ją smak sałatki. Polubicie się, słowo.

A na koniec coś, w czym zakochałam się bez pamięci. Domowa kiełbasa z jalapeno (18 zł) podana z kremem z kukurydzy, cheddarem, popcornem i pestkami granatu. Kiełbasa jest soczysta, lekko pikantna, z wierzchu nieco chrupiąca i dymna, ułożona na kukurydzianym, słodkim kremie, w którym wyczuwam także kolendrę. O jak to pięknie ze sobą gra, jak te smaki się uzupełniają, święta Tereso! Na tym talerzu jest wszystko: jest pikantnie, jest słodko, jest nieco azjatycko, jest dymnie i jest pomiędzy tymi smakami zachowana tak mistrzowska równowaga, że gdyby je podać w nieco bardziej fikuśnej formie, to brawurowo obronią się nawet w gwiazdkowej restauracji. Wiecie, taka dekonstrukcja kiełbasy i kukurydzy, stówka za porcję. Wszystko, co u nich zjedliśmy było na tłustą piątkę, ale dla tego dania nie ma skali. Kiełbasa rządzi i wymiata, ave kiełbasa!

Na koniec mieliśmy szansę spróbować jeszcze śledzi na sałatce ziemniaczanej, które prawdopodobnie także wejdą do karty, więc polujcie na nie, bo w niczym nie ustępują tym, które niedawno jedliśmy na Uznamie czy na Rugii. Śledzie są fenomenalnie kremowe, a sałatka lepsza, niż jakakolwiek ustrzelona przez nas w Niemczech. Czy ja muszę jeszcze coś dodawać, skoro i tak już zakładacie buty i chwytacie za klamkę?…

meat warsaw

Wróżę im wielki sukces i bardzo solidną pozycję na rynku. To nie jest miejsce na jeden sezon, na lato, to jest miejsce, które ma szansę wrosnąć w tkankę tego miasta i karmić wiele, wiele lat. I mam nadzieję, że tak właśnie będzie, bo gdzie na kiełbasę, jak nie tam? To jest miłość!

+

Magda

Info

fb
ul. Świętokrzyska róg Emilii Plater

Szef kuchni: Tomasz Tomaszek


  • je2bnik

    Testowaliśmy dziś we trójkę. Trochę z przypadku, bo w domu czekała już ugotowana botwinka na chłodnik, ale Ela pokochała warszawskie fontanny i nijak nie chciała wracać do domu, więc szliśmy od jednej do drugiej, aż trafiliśmy pod PKIN :D. Nie było nabite, bez problemu zajęliśmy ławę na dworze. Jeżeli chodzi o kiełbasę to wykonanie (rodzaj i klasa użytego mięsa, zmielenie, masowanie, wypełnienie flaka) na dobrym poziomie, czuć że ktoś ma rękę do wyrobów albo się dobrze przyuczył,ale smak raczej nie mój. Natomiast ilość jalapenio dobrana idealnie – wyczuwalne wyraźnie, ale nie pali do gołej ziemi. Najmłodsza zaakceptowała i wciągnęła kilka kęsów. Krem gładki i pasuje do pęta. Polska jałówka w burgerze jakkolwiek młoda i jędrna pozostaje lekko „jałowa”. Myślę, że domieszka czystego nerkowego łoju albo dobrego tłustego karczku by jej pomogła. Szkoda, że posiłki dotarły na stolik ledwie letnie. Ogólnie rzecz biorąc, to po recenzji najarałem się jak szczerbaty na suchary, a wyszło, że nie ma się czym podniecać. https://uploads.disquscdn.com/images/8603179195b4747622a8d6e4ba011de4eaf6140c9aefb24df36778e9873ccc8f.jpg

  • desf

    Rzeczywiście dobre jedzenie, ale to co sprzedają pod nazwą Philly Cheese ma z porządnym philly cheese niewiele wspólnego. Jestem przyzwyczajony że pod taką nazwą kryje się dużo mięsa zatopione w dużej ilości sera – a tego ostatniego są tu niemalże homeopatyczne ilości, wydaj mi się że nawet mniej niż cebulki. Burgera pewnie kiedyś jeszcze wpadnę spróbować, ale philly cheese mnie trochę zawiódł 🙁