Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Tych rzeczy o sobie dowiesz sie tylko z internetu

Tych rzeczy o sobie dowiesz sie tylko z internetu

Ja to się już nawet porządnie wkurzyć ostatnio nie potrafię. Tylko tak patrzę. Patrzę, słucham, czasem się zamyślam. Mogłabym znowu wbić kij w mrowisko, bo naszym seebloggersowym panelem o kupowaniu followersów wreszcie otworzyliśmy innym usta i zaczęło się o tym mówić głośno. Co prawda na razie tylko w kontekście mediów społecznościowych, ale przecież blogerzy mają na swoich sumieniach tyle lewego ruchu, że gdyby ten lewy ruch miał moc nabywczą, to już by nic nie było, bo by wszystko wykupił. Ale jakoś wszystko jest.

I może nawet pewnego dnia to zrobię, więc spieszcie się wypinać swoje blogaski z Similara, choć na to już o wiele za późno. I tak jesteście nadzy. Zauważyłam natomiast inną rzecz, taki powtarzający się schemat. Tak zwani influencerzy strasznie płakusiają, że w internecie tyle hejtu. A jednocześnie sami są…

…jak te owce.

Chwila, co my tam ostatnio hejtujemy? Aha, plastikowe rurki do napojów. Jebać rurki! Rurki do rurkowni! Niech ten, co wymyślił rurki sczeźnie w piekle! I jego stara też! I tak dalej, tralalalala, oznacz markę na insta story i ZARZĄDAJ KATEGORYCZNIE, by w całej swojej międzynarodowej sieci kawiarni wyscofała rurki. Ale mi-gu-siem! No i już – jesteś super. Dbasz o środowisko. Lajki lecą. Świat cię kocha.

Rurki w tym wypadku nie mają żadnego znaczenia, posłużyły mi za przykład. Dziś rurki, jutro może opony. To się przesiądziemy na konie. A nie, koni będą bronić animalsi. No to na rower. Oj, ale rower ma opony. Sami widzicie, że jakby człowiek nie próbował, to w internecie nie da się być dość poprawnym politycznie. A dupa jest zawsze z tyłu.

Nastał taki ciekawy czas, że dla własnego PR-u dobrze jest mieć jakiegoś aktualnie modnego wroga. Wrogiem może być idea, styl życia czy wybrane zachowanie lub produkt – jeśli nie wpisujesz się w bieżący trend hejtowania czegoś tam, to wiedz, że stoisz niżej na drabinie rozwoju jakiegoś tam. No, mówiłam już – jak owce. Na przykład nagrywanie stories podczas prowadzenia samochodu. Po pierwsze tam jest funkcja, która umożliwia robienie tego bez użycia rąk i z telefonem na uchwycie. Po drugie jest to mniej więcej tak samo absorbujące, jak rozmowa telefoniczna, którą się odbywa w dokładnie taki sam sposób przez zestaw głośnomówiący. Ale to i tak w zupełności wystarczy, by obce osoby w zatroskany sposób wypowiadały się o tych „nieodpowiedzialnych”.

I teraz zadajmy sobie jedno zajebiście ale to zajebiście ważne pytanie. A mianowicie: czy jakiejś kompletnie obcej lasce naprawdę leży na sercu moje dobro? Och, z pewnością! Nie. Ta laska po taniości robi sobie PR. Mogłaby co prawda wpłacić kasę na jakąś organizację, która wspiera ofiary wypadków, ale wtedy byłoby po drogości i nie da się nałożyć filtra. To się nie kalkuluje. To nie robi zasięgów. To się nie szeruje.

Ale żeby nie było, że jestem taką oazą spokoju, która tylko obserwuje – podam Wam przykład zachowania, które mnie drażni oraz bardzo konkretny powód tego drażnienia. Bo ja wszystko wiem, teraz jest tak, że kochamy swoje ciała (to dobrze), nie oceniamy wyglądu innych (to też dobrze), akceptujemy (to wybornie). Ale jak każdy nośny trend również i ten szybko został wypaczony. Otóż dziewczyny z ewidentną nadwagą krzyczą: „Kocham swoje ciało!”. A inne amatorki nocnego podjadania biją im brawo, bo zawsze to mniejszy wydatek energetyczny, niż dwie godziny siłki cztery razy w tygodniu. To świetnie, że się tak dobrze ze sobą czujecie, ale za leczenie waszych miażdżyc i cukrzyc zapłacimy my wszyscy. I to właśnie mnie drażni. No i przynajmniej mam odwagę bez fałszywej troski powiedzieć co o tym myślę.

Wcale nie chcę teraz dołożyć otyłym, ale ten przykład doskonale pokazuje samo zjawisko. Pokazuje jak szybko z założenia pozytywny trend w internecie orbituje w stronę szkodliwego wypaczenia. I kto to robi, no kto? Te owce.

To była strona szast.

Strona prast…

…zaś działa dokładnie odwrotnie, czyli od publiczności do influencera (nie lubię tego słowa, ale cóż, teraz wystarczy sobie trochę Turków kupić na insta i już się jest influencerem). Przykład: jakiś czas temu wrzuciłam na insta story szybki przegląd wyprawki, ale taki wiecie – w moim stylu, czyli: „Jeeezu, te wszystkie laski od pół roku do szpitala spakowane, a ja w rozsypce, nie wiem, nie znam się!”. Nic nadzwyczajnego. A w każdym razie nic kontrowersyjnego – jak mi się wydawało. Ale przez ułamek sekundy na ekranie mignął pewien znany płyn do kąpieli niemowląt. Ja uważam, że jest ok i zamierzam go używać, wiec spokojnie sobie czeka na swój czas zaraz obok paczki pieluch. Ale w internecie jest mnóstwo tych, co wiedzą lepiej, więc i ja się dowiedziałam, że to jest masakra, że broń borze szumiący niech cię ręka noga mózg na ścianie! Jedna, druga, trzecia taka wiadomość, myślę: „Słodki Jezu w pomidorach, może tam się faktycznie skład zmienił, może temu mojemu dziecku skóra zejdzie, może ja jakaś na zapas wyrodna jestem?!”. Sprawdam, czytam skład, nie no, wszystko jest ok, dziecko będzie żyło. Poczułam się nieco zagubiona.

Wiecie jaka jest cecha wspólna takich wiadomości? Nigdy nie ma w nich lepszej alternatywy. Tylko prosty przekaz: „To jest chu**we. Nara!”.

I pomyśleć, że te Boskie Matki Polskie miały tyłki myte szarym mydłem oraz nikt ich ciuszków do piętnastego roku życia nie prał w Jelpie, bo go nie było. I patrzcie – żyją! To cud! Ja bym na ich miejscu poszła puścić totka.

Magda

Tekst powstał trochę w ramach cyklu #KuUciesze, a trochę dlatego, że naprawdę tak to wygląda.

Spodobało Ci się? No to wybornie. Zrobisz mi dużą przyjemność, jeśli udostępniszten tekst! 🙂