Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

7 blogerskich grzechów głównych, czyli zdejmij maj...

7 blogerskich grzechów głównych, czyli zdejmij majtki. Niżej!

Żeby nie było nieporozumień – przepadam za blogosferą. Cenię, że tak daleko udało jej się zajść. W większości przypadków wyłącznie własną ciężką pracą. Cieszy mnie to, jak duży wpływ na rzeczywistość swoich czytelników wywierają blogerzy i ile jakościowych treści generują. Sama z chęcią konsumuję treści moich kolegów i koleżanek, z niektórymi się przyjaźnię i regularnie spotykam. A z innymi nie, bo są Frytkami i Kenami w internetowym Big Brotherze. 

Tekst dotyczy pewnego wycinka blogosfery i chciałabym, żebyście nie traktowali go jak przytyk do całości, lecz jako refleksje z jednej strony osoby, która mocno w blogosferze uczestniczy (tak na oko od 2001, więc dość), a z drugiej jako spostrzeżenia czytelnika blogów wielu. Ale na wszelki wypadek przed lekturą wypijcie melisę i skontaktujcie się z lekarzem lub farmaceutą. Będzie piekło.

1. Wszystko na sprzedaż, czyli zdejmij majtki. Niżej!

Z blogosferą jest trochę jak z telewizją. Kiedyś bariery łamała Frytka w Big Brotherze robiąc Kenowi laskę w wannie. Wtedy – szok i niedowierzanie, cała Polska śledziła rozwój wydarzeń – czy będzie z finałem? Ile razy? Frytka, kobieta wyzwolona, co żadnego loda się nie boi. Mało jej za to świat braw dał. Czy ktoś pamięta jeszcze Frytkę?… A może ona już doktorat zrobiła? Ta, doktorat, z robienia loda chyba. Sami widzicie – to był pierwszy żarcik, jaki mi przyszedł do głowy. Budowanie popularności na skandalu jest krótkowzroczne. Dziś mamy Warsaw Whore, sorry, Shore, gdzie lody robi się na śniadanie i podwieczorek i nikogo to nie szokuje. Czy jednak za kilka lat ktoś będzie pamiętał o tej grupie taboretów, czy może, tak jak Frytka, będą się musieli nawrócić, żeby znowu napisał o nich Pudelek?

I w blogosferze bywa zupełnie tak samo – dla lajków wszystko, dla chwilowej popularności jeszcze więcej. Jedna pani może napisać, że jej pękło między nogami, druga wrzucić zdjęcie z porodu, a trzecia pokazać wnętrze pochwy kamerą na podczerwień. Sky is the limit. Przy odrobinie szczęścia napisze o tym Pudelek, czemu nie? Problem polega na tym, że o Pudelku jutro wszyscy zapomną, a pozostanie wyłącznie niesmak i łatka tej, co jej pękło. Chryste, nie przy śniadaniu…

2. Lewe statystyki

Was pewnie mniej ten grzeszek obejdzie, możecie pominąć, ale czyta ten blog dużo ludzi z agencji i opiekunów marek wszelakich (pozdrawiam Mordor!), więc zapraszam na przyspieszony kurs czytania liczb. Bo oto dziś pokażę Wam cuda, cudeńka.

Jest genialne narzędzie dostępne on line zupełnie za darmoszkę, nazywa się SimilarWeb. Do tego wielu blogerów ma spiętego Similara z Google Analytics (lawinowe wypinanie za 3…, 2…, 1…), więc dane są zweryfikowane. No, lepiej być nie może. Jeśli nauczycie się z niego korzystać, to te liczby powiedzą wam więcej, niż najpiękniejszy blogerski kit o zasięgach. Pierwszym wskaźnikiem, że coś tu śmierdzi jest „bounce rate”, czyli współczynnik odrzuceń. Standardowo powinien mieścić się w przedziale 70-80% z ewentualnymi małymi odchyleniami w którąś ze stron. Tak wygląda norma dla blogów, które przychodzi się poczytać, czyli chwilę pozostać na stronie:

Zrzut ekranu 2017-01-12 o 12.11.51

blog google analytics o 18.11.12

Kiedy więc widzimy coś takiego:

blog google analytics o 17.49.35

blog google analytics o 19.55.00

…to już wiadomo, że coś tu śmierdzi i należy zacząć kopać dalej. Kopanie jest szybkie, proste jak budowa cepa i ogólnodostępne, wystarczy tylko wiedzieć w co kliknąć. Otóż wchodzimy na stronę, która nas interesuje i prawym klikiem myszy odpalamy „źródło strony”. Teraz wystarczy odnaleźć fragment kodu śledzącego z Google Analytics. Poprawny kod wygląda tak:

blog google analytics o 20.00.04

Jak się więc oszukuje na statystykach? Celowo nie napiszę wszystkiego, żeby pomysłowym Dobromirom nie podpowiadać, ale to, co poniżej jest do wglądu dla każdego, kto ma dostęp do internetu, więc niech będzie. To po prostu kod śledzenia statystyk wklejony dwa razy w kod strony. Czyli Google Analytics zlicza podwójnie ilość wyświetleń strony. Może i te liczby robią się nagle imponujące, tylko co z tego, jeśli połowa to ściema. I jeszcze teraz wszyscy się dowiedzieli jak to sprawdzić, więc już w ogóle nie polecam robić takich rzeczy:

tasteaway
Jest jeszcze inna metoda, która co prawda nie jest zabroniona, ale moralnie jednoznaczna też nie – lekki tuning kodu śledzącego. W normalnej sytuacji użytkownik wchodzi na post, czyta go, powiedzmy, 10 minut i wychodzi. GA zanotowuje 1 page view, 1 sesję, wizytę traktuje jako bounce, a czas wizyty zlicza jako 0 sekund. Dopiero, gdy użytkownik przeklika się na inną podstronę, GA traktuje wizytę jako nie-bounce – i stąd właśnie pochodzi tak wysoki bounce rate na blogach, które nie mają nic kombinowane przy statystykach.

A teraz sytuacja z poniższego zrzutu z podrasowanym kodem (15 sekund): użytkownik wchodzi na post, czyta go przez 20 sekund i zamyka. GA zanotowuje 1 page view, nie traktuje wizyty jako bounce, a czas wizyty zlicza jako 15 sekund (czas w którym wysłano ostatni „event” GA).

Zrzut ekranu 2016-12-14 o 21.02.24
Co do zasady podejście takie nie jest oszustwem, bo pojawia się nawet na oficjalnym blogu Google jako hack pozwalający lepiej śledzić zaangażowanie. Problematyczne są jedynie dwie kwestie: to, że wtedy blog blogowi nie równy, jeśli każdy stosuje różne metryki, a po drugie, traktowanie każdej wizyty powyżej 15 sekund jako nie-bounce to dość „odważne” założenie. 30-60 sekund ma sens na stronach, gdzie ludzie szukają numeru telefonu do firmy, adresu czy maila do kontaktu. W przypadku bloga, gdzie page view wiąże się z przeczytaniem wpisu, rozsądny czas po którym można by zliczać pojedynczą wizytę jako nie-bounce to raczej kilka minut, a nie kilkanaście sekund. I tu za wyczerpujące wyjaśnienie tej sytuacji dziękuję Piotrkowi, czyli połowie bloga Pyza made in Poland.

Pro tip: SimilarWeb fantastycznie pokazuje też czy bloger ma zaangażowaną społeczność i jak to się rozkłada procentowo. Wystarczy zjechać niżej, by dowiedzieć się, czy przychodzi do niego czytelnik z wyszukiwarki, a więc przypadkowy, poszukujący tylko tej konkretnej treści, czy rzeczywiście społeczność jest zaangażowana – bo ta generuje głównie wejścia wejścia bezpośrednie oraz z social mediów. Dlatego mówi się, że blogi z przepisami mają dużo wejść, ale nie mają społeczności, co z grubsza jest prawdą z kilkoma chlubnymi wyjątkami, takimi jak White Plate czy Jadłonomia.

O kupowaniu fanpejdży, followersów i lajków na instagramie może innym razem, bo to też wdzięczny temat.

3. Puste clickbaity

Ja bardzo doceniam mocne, chwytliwe tytuły. Takie trochę bardziej kreatywne. Pod jednym warunkiem: że za nimi idzie jakaś treść. Cały internet takimi tytułami stoi i więcej pod nimi kryje się tombaku, niż złota, więc od blogerów oczekuję treści, skoro już sami rwą się do pisania. Niech mnie to rozbawi, zasmuci, niech mnie nawet i zdenerwuje, ale błagam, niech nie rozczarowuje. Bo czytam, czytam, czekam na jakiś spektakularny finał, a tam tylko żal i poczucie, że znów dałam się nabić w butelkę marnując kilka minut życia na jakiś internetowy śmietnik. Mon Dieu, blogosfero, nie upadaj tak nisko, bo dziennikarze nigdy nie przestaną o blogerach mówić z pogardą.

4. Brak pomysłu na siebie

Smutne i częste. W blogosferze fajna jest różnorodność, to że – w teorii – każdy blog jest inny i jedyny w swoim rodzaju, bo nie ma dwóch identycznych osób. W teorii. Portale może rżną od siebie chodliwe tematy, ale blogerzy rżną tematy, całe frazy i zdania, pomysły na zdjęcia, oraz wszelkie inne treści, jeśli tylko widzą, że te się klikają. I stają się gorszą kopią kogoś innego, zamiast być najlepszą wersją siebie. Uczcijmy to minutą ciszy [*].

5. Zatrudnianie copywriterów

Jak się ma trochę wrażliwości na język polski, to dość łatwo można wyłapać teksty pisane na zlecenie przez kogoś innego, niż autor bloga. Gryzie mi się to, bo blog to marka osobista. Czytacie blogi dlatego, że dzielimy się z Wami naszymi doświadczeniami/przemyśleniami/niepotrzebne skreślić. Żywimy względem siebie jakieś emocje, lubimy się. Natomiast zupełnie nie mamy żadnych emocji w stosunku do portali, my, ich czytelnicy, bo wiadomo, że stoją za nimi jakieś mniej lub bardziej bezimienne redakcje, a nie człowiek, którego czytam od dawna i zwyczajnie lubię. Może więc niektóre blogi powinny zmienić się w portale? Polecam, tam są wyższe stawki za reklamy, a ludziom od robienia contentu i tak trzeba płacić.

6. Kiedyś Rom na ulicy, dziś bloger w sieci

Mniej lub bardziej jednoznaczne sugestie, że marka (obowiązkowo podlinkowana) mogłaby jednak coś blogerowi dać, bo on nie ma, a chciałby mieć. Ubranka dla dziecka, pasztet na śniadanie, nowy piekarnik czy aparat. Należy się za sam fakt bycia blogerem, nie? Internetowe zoo nie zna granic, a serwer cierpliwszym jest, niż papier. Myślę, że pracownicy agencji mieliby tu dużo ciekawych historii do opowiedzenia, ale nie bardzo mogą. Ze łzą wzruszenia wspominam maile, jakie dostawałam, kiedy jeszcze pracowałam w marketingu i robiłam sporo rzeczy z blogerami. Bożenko, czasem bez tłumaczenia w Google Translate z polskiego na polski nie dało rady tego przeczytać.

7. Być jak panda, czyli pan da lajka

Serial o żenadzie, odcinek 4 579, sezon 8. „Jak pod tym postem nie będzie 1000 lajków, to strzelę sobie w głowę”. Zrób to, pls. Albo: „Kto pije kawę daje serduszko, a kto herbatę lajka!” W celu?… Aaa, bo to post sponsorowany, to fajnie będzie pokazać klientowi dużo lajków. Albo: „Dajcie lajka dla dzidziusia” i dziesięć wykrzykników. Bang – madka. Dzidziuś ma na te lajki wyłożone, ale chciałabym zobaczyć co się stanie, jak pewnego dnia do niego dotrze, że starzy nie zrobili sobie dziecka, tylko tato mamę zapłodnił pomysłem na biznes.

Jeśli kiedyś nam się przytrafi dzidziuś i napiszę „Dajcie lajka dla dzidziusia”, to macie zielone światło, żeby mnie zabić śmiechem, bo to będzie znaczyło, że zamiast mózgu mam budyń. Obiecuję nikogo nie zbanować. Jako ameba i tak nie będę wiedziała jak.

Magda

P.S. A tak w ogóle, to blogerzy będą kiedyś rządzić światem, zobaczycie. Szafrański na ministra finansów, Zasada na ministra sportu! A Tomczyk wiadomo – szara eminencja.