Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Zupka pomidorowa i kurczaczek – dlaczego men...

Zupka pomidorowa i kurczaczek – dlaczego menu dla dzieci to takie dno?

Polska gastronomia to jednak czasem takie kartoflisko, że serce boli. Z wielu względów, ale dziś pomówmy o jednej konkretnej bolączce, która dotyka nawet te restauracje, które wydają się całkiem niezłe. Nie żeby rodzime gastro się nie rozwijało. Idzie do przodu jak burza. Przez ostatnich pięć lat wydarzyło się więcej, niż w czasie poprzednich pięciu dekad. Tylko nikt nie myśli o tym jakich konsumentów sobie wychowuje.

Powiedzmy, że menu dla dzieci interesowało mnie umiarkowanie. Dopiero ostatnio zaczęłam zwracać na to większą uwagę i z badań terenowych wychodzi mi, że polskie dzieci jedzą wyłącznie pomidorową i kurczaka. Do pomidorowej nic nie mam, ale do kurczaka mam dużo i nigdy tego nie kryłam. Bo szczerze wątpię, że ten kurczaczek, którego znajdziemy w menus większości restauracji oferujących menu dla dzieci został wychowany na wsi, biegał sobie luzem i miał dobre życie. Akurat. Raczej celuję w przemysłowo hodowane brojlery napakowane hormonami i antybiotykami. Świadomi ludzie tego nie jedzą. Świadomi ludzie nie dają tego swoim dzieciom. Ludzie, którzy karmią innych ludzi tym bardziej powinni być świadomi jakości paszy.

Ustalmy najpierw po co idziemy do restauracji. Na ogół nie tylko po to, żeby zapchać rurę, raczej szukamy przyjemnego doświadczenia, dań których nie przygotowalibyśmy w domu z różnych względów – braku czasu, umiejętności czy pomysłu. Szukamy jakiejś podniety dla podniebienia. Dlaczego więc tak po macoszemu traktujemy dzieci, które – jakby nie patrzeć – kiedyś również będą gośćmi restauracji? Ja wiem, teraz wjedzie argument, że moja Zosia nie je nic innego, tylko zupkę pomidorową i nuggetsiki z kurczaczka. Widocznie tak ją przyzwyczaiłeś, drogi rodzicu. Znam mnóstwo dzieci naprawdę świadomych rodziców, które rąbią wszystko, a jak nie, to chociaż próbują. Tylko, że to była praca u podstaw od samego początku, a nie linia najmniejszego oporu i zapychanie makaronem z sosem pomidorowym, bo „nic innego nie chce”. Może nie chce, bo nie zna? Dzieci lubią mieć wybór, więc fajnie byłoby im go dać.

Ale ja nie o rodzicach ani o dzieciach, bo każdy karmi swoje latorośle czym tam sobie uważa. Ja o restauracjach. Tak się tą naszą gastronomią egzaltujemy, w mieście stołecznym da się zjeść już chyba wszystko (czy dobrze, czy źle to jest osobny temat), oferta jest naprawdę szeroka, kreatywność szefów kuchni szybuje, tylko dla dzieci już jej nie wystarcza. Tak niewiele restauracji wychodzi poza schemat zupki pomidorowej i kurczaczka, że chyba jednak troszeczkę mnie wkurwunia traktowanie najmłodszych jako gości drugiej kategorii. A jak nie macie koncepcji na dobre i ciekawe menu dziecięce, to chociaż zgadzajcie się na przygotowywanie połowy porcji z normalnego menu, bo wiem że wielu rodziców chętnie by takie porcje dla swoich pociech zamawiało, ale spotykają się ze ścianą i kategoryczną odmową. A jeśli problemem jest podanie połowy porcji makaronu czy zupy innej, niż zupka pomidorowa, to kto tu jest dla kogo właściwie?

No i te zdrobnionka… O, jebaniutkie, jakże one kłują w oczka. Naprawdę myślicie, że trzylatek czyta to menu i „zupka” bardziej do niego przemówi, niż „zupa”? No to wyprowadzę was z błędu – menu czyta rodzic. I jak ma olej w głowie, to załamuję rączki, że znowu dla córci czy syneczka może zamówić tylko jakieś gówienko.

Magda

P.S. A można też tak:

Uważasz, że ten tekst jest potrzebny? To podaj dalej!