Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

To nie gluten ci szkodzi. To pszenica, głupcze!

To nie gluten ci szkodzi. To pszenica, głupcze!

I tytułowym głupcem jestem ja. Nie dochodziłam do tego wniosku szczególnie długo, raptem kilka miesięcy. Dość długo natomiast myślałam, że mam problem z glutenem, co oczywiście nie przeszkadzało mi robić sobie z tego jaj. Nie ma tematu, z którego nie byłabym w stanie robić sobie jaj. Taka konstrukcja psychiczna. Tylko jak miałam poważne zejście, to się na chwilę przestałam śmiać.

Ale od początku. Przez rok, może dłużej, chodziłam cały czas lekko opuchnięta. Już nawet zaczęłam się martwić, że piję za dużo wina. Ta opcja była nie do przyjęcia, przecież wino to napój bogów. A tak bardziej serio – przyczyny zaczęłam szukać dopiero wtedy, kiedy dostałam od swojego organizmu bardzo wyraźny sygnał. Zatem najpierw po bożemu: badania. Wyniki w normie, jestem zdrowa, jak koń. Dopiero później przyszedł czas na eksperymenty na żywym organizmie. Czyli moim. I żeby było jasne – to nie jest tekst o celiakii. Chorych na celiakię zostawmy w spokoju, oni mają i tak wystarczająco trudne życie.

Na początku roku, przez miesiąc, byłam na diecie bezglutenowej. Robiła mi ewidentnie dobrze – lepiej spałam, łatwiej się koncentrowałam, nagle zrobił mi się płaski brzuch, a twarz przestała przypominać księżyc w pełni. Nie do końca jeszcze kojarzyłam to z glutenem, a z pszenicą w ogóle. Raczej myślałam o tych zmianach w takich kategoriach, że obcięłam kalorie, że nie żrę na noc, że jem regularnie, więc są efekty.

Wierzę w to, że nasze organizmy są mądre – jeśli czegoś potrzebują lub coś im nie odpowiada, to wyraźnie nam to sygnalizują, wystarczy tylko chcieć ich słuchać. Ochota na czekoladę to być może wcale nie łakomstwo, a niedobór magnezu, itd. Moje ciało pod tym względem komunikuje się bardzo jednoznacznie i miewam reakcje alergiczne niemal natychmiastowe na różne rzeczy – na perfumy, zdarzyło mi się na proszek do prania, czasem też na pokarm. Tak długo, jak jedzenie jest naturalne – nic się nie dzieje. Gorzej, kiedy nie jest.

Po wspomnianej wyżej diecie bezglutenowej wróciłam z grubsza do starych nawyków. Może nie jeśli chodzi o ilość, ale o rodzaj jedzenia. I wróciły wszystkie – czasem mniej, czasem bardziej – dotkliwe, upierdliwe objawy: senność, brzuch jak balon, lekka opuchlizna, otępienie, z którym walczyłam kawą. I to był pierwszy bardzo wyraźny sygnał, że przyczyny powinnam szukać w glutenie, skoro to on wrócił do mojej diety. Kiedy odrzuciłam ewidentne przypadłości, których nie stwierdziła medycyna konwencjonalna, także te związane z tarczycą, to zaczęła się zabawa w selekcję negatywną. Najpierw trochę po omacku, ale później dostałam bardzo jasny sygnał, gdzie szukać przyczyny.

Pizza. Pizza – moja miłość. Pizza prawdę ci powie. Kiedyś pisałam o najlepszej pizzy w Neapolu i mimo dolegliwości wiem, że wciąż zjadłabym całą. Dwa razy. Ale to, co wydarzyło się wiosną tego roku we Włoszech skutecznie ostudziło mój zapał do placka z serem. Bo pierwszy raz miałam tak silną reakcję alergiczną. Mniej więcej w kwadrans po zjedzeniu pizzy zaczęłam puchnąć w tempie ekspresowym. Do tego pojawiła się wysypka i robiłam się coraz bardziej senna. Właściwie miałam taki zjazd, że zastanawiałam się, czy zaraz nie zemdleję. W poszukiwaniu apteki w zakręty wchodziliśmy na ręcznym. Dopiero dawka uderzeniowa wapna zaczęła mnie powoli przywracać do żywych. Jak już się ocknęłam, to rozpoczął się proces myślowy. Ten proces, którego tak wiele osób nie praktykuje (minuta ciszy). Oczywiście potrzebowałam jeszcze natychmiastowego potwierdzenia, że to nie przypadek, więc następnego dnia zamówiłam gnocchi – niemal identyczny efekt. Prawie zasnęłam z twarzą w talerzu po zjedzeniu połowy porcji. No, jaśniej już się chyba nie da.

Na tym wyjeździe nie dotknęłam już ani pizzy, ani makaronu, ani chleba, ani niczego z mąką. Wszystko się naprawiło, umysł znów miałam jasny, a sen mocny i regenerujący. Natomiast po powrocie, powolutku, zaczęłam robić testy sama na sobie. Chleb z dobrego źródła lub domowy, żeby znać na pewno skład i tak: kromka żytniego i patrzymy co się dzieje. Nic. Zupełnie nic się nie dzieje. Następnego dnia kromka orkiszowego – znowu nic. Kolejny dzień – kromka pszennego – i cyk, wszystkie znajome objawy. Zrobiłam kilka prób i zawsze efekt był identyczny. Mam cię, sukinkocie! A właściwie „suko”, bo pszenica jest rodzaju żeńskiego.

Skoro już dowiedziałam się co mi szkodzi, to zaczęłam szperać. Spośród wszystkich zbóż, uprawy pszenicy zajmują największą powierzchnię na Ziemi. Pszenica jest niemal we wszystkim, to taki odpowiednik soi. Dlatego ludzie z celiakią mają naprawdę ostro pod górkę. Obecna pszenica, mocno zmodyfikowana genetycznie, ma niewielki związek z jej praprzodkami sprzed kilkuset lat. Właściwie zmieniła się, jak twarz Ewy Minge i nie ma nic wspólnego z pierwowzorem. Jej zadaniem nie jest odżywiać, lecz dawać jak największe plony. Do tego zwykle mamy do czynienia z mąką pszenną, która została oczyszczona. Oczyszczona ze wszystkiego, co w niej najcenniejsze – otrębów i zarodków. Nie ma w niej nic lub prawie nic, co byłoby dla nas dobre. Można powiedzieć, że odżywczo jest pusta, natomiast jest bardzo odporna na takie pyszne opryski, jak Roundup. Nic, tylko jeść.

I teraz tak: jeśli nie jemy przetworzonego jedzenia, to zrezygnowanie z pszenicy nie jest takie trudne. Właściwie jest całkiem proste. Przynajmniej w moim wypadku nie wiąże się z żadnymi wyrzeczeniami, zwłaszcza, że nie jestem wielkim fanem potraw mącznych, a inne zboża nie robią mi żadnej krzywy, więc to nie jest tak, że nie dotykam chleba. Ale nie dotykam pszennych bułeczek, precelków, krakersów i miliona innych kupnych gówienek, od których czuję się źle. Okazuje się, że można zjeść ser i pomidora nie kładąc go na kromce chleba, że można wymyślić milion fajnych przekąsek, które nie zawierają pszenicy, że ciasta bez mąki też wychodzą i są całkiem w dechę. Choć nadal, jeśli bardzo chcę pizzę, to po prostu w torebce mam wapno, które na wszelki wypadek piję przed i po. Albo czasem przetrącę coś małego wiedząc z góry, że nie powinnam. Ale nie robię tego zbyt często, bo chwila przyjemności nie jest warta tak dennego samopoczucia, jakie funduje mi pszenica.

W całej modzie na bezglutenowe jedzenie zrozumiałe jest dla mnie to, że ludzie na takiej diecie czują się lepiej. Sama czułam się lepiej. Ale na podstawie własnych doświadczeń mogę wysnuć teorię, że może nie cały ten biedny gluten jest taki zły, a li tylko pszenica? Może niesłusznie go linczujemy, podczas gdy przyczyny należy szukać gdzie indziej, bardziej precyzyjnie? Ciekawa jestem, czy macie w tym obszarze podobne doświadczenia? Podzielcie się, chętnie poczytam.

Publikacje, do których warto zajrzeć, to książka „Dieta bez pszenicy” dr Williama Davisa, którą przeczytałam dopiero teraz, przy okazji pisania tego tekstu i właściwie wszystko, co w niej napisano pokrywa się z moimi doświadczeniami, do tego tłumaczy te objawy zupełnie łopatologicznie. No i jak zwykle niezawodny PubMed z toną badań na każdy temat (po angielsku).

JP na 100%!

Magda

foto: thinglink.com