Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Seszele – miłość w czasach zarazy

Seszele – miłość w czasach zarazy

Chyba już czas rozpocząć seszelski cykl. Bez wątpienia była to jedna z bardziej interesujących przygód w moim życiu. Nie dlatego, że pojechałam akurat tam i spędziłam dwa tygodnie na katamaranie. Przygoda ta jest dwojga imion. Pierwsze brzmi „korona”, a drugie „wirus”. 

Seszele oglądane z wody były bardzo wysoko na mojej podróżniczej liście. Trzy lata temu prawie, prawie się udało, ale ze względów niezależnych od organizatora musiałam ten wyjazd odpuścić. Tylko, że ja nie odpuszczam – ja przekładam. Jakoś w lutym zaczęłam się rozglądać za fajnym wyjazdem. Ubiegły rok był chyba najcięższym w moim życiu, jeśli ktoś ma ochotę poczytać jaki sobie zafundowałam hardkor, to zapraszam tutaj. Wiedziałam, że muszę wreszcie zrobić coś dla siebie i tylko dla siebie. Początkowo szukałam jakiegoś miłego tygodnia na Malediwach, bo wykombinowałam sobie, że jak się zamknę na jakiejś mikrowysepce, to jedynym, co będę mogła robić będzie czytanie książek i dobrze pojęte lenistwo. Bardzo tego potrzebowałam.

sessile co zobaczyc

sessile co zobaczyc

sessile co zobaczyc

Ale ciągle mi coś nie pasowało. A to opinie o hotelu nijak nie przystawały do zdjęć w ofercie, a to cena wydawała mi się z kosmosu. Bujałam się z tym dobre trzy tygodnie i nic. Nagle – bum! – reklama rejsu wyskakuje mi na Facebooku. Promocja, ostatnie trzy miejsca, cena więcej, niż zachęcająca. Zadzwoniłam, dopytałam i kwadrans później miałam założoną rezerwację. Spontan jest zawsze najlepszy i ten wyjazd miał to tylko potwierdzić.

Czy myślałam o tym, z jakimi ludźmi przyjdzie mi spędzić dwa tygodnie? Nie. To akurat w ogóle nie przyszło mi do głowy. I słusznie, bo ekipa okazała się być świetna, choć zupełnie przypadkowa. Cena całego wyjazdu to mniej więcej połowa tego, co zapłaciłabym za tydzień na Malediwach w godnym (czyli dobrym, a nie takim sobie) hotelu. Proszę, Madziu, oto twój prezent od ciebie dla ciebie.

(Napiszę Wam wpisy o wyspach, które odwiedziliśmy i o samym rejsie – o cenach, firmie, z którą płynęliśmy, etc. Ale to później, nie wszystko na raz)

I poleciałam. Z pełnym błogosławieństwem domowników, żeby nie było. W Warszawie na lotnisku spotkałam się z Adamem, naszym kapitanem oraz Madzią i Maćkiem. To właśnie z nimi zaprzyjaźniłam się najbardziej. Podczas przesiadki w Dubaju dołączyli do nas Gosia i Paweł oraz Wojtek i Janek, szybko przechrzczony na G.I. Joe ze względu na swoje zamiłowanie do łowienia wielkich ryb i wszelkich innych sportów, którzy dolecieli z Krakowa. Byliśmy w komplecie i tak ruszyliśmy dalej.

To już był moment kiedy koronawirus dawał o sobie znać, ale nikt nie przewidywał, że sprawy potoczą się w takim kierunku i do tego tak szybko. Na lotnisku w Mahe tylko mierzenie temperatury, a później już prosto do portu, zakupy spożywcze i wio!

sessile co zobaczyc

sessile co zobaczyc

sessile co zobaczyc

sessile co zobaczyc

sessile co zobaczyc

No, powiem Wam, że póki co nie widziałam piękniejszego miejsca na świecie, niż te wyjątkowe wyspy. Piasek jak mąka, lazurowa woda, cudowne plaże otoczone wianuszkiem monumentalnych głazów. Właśnie dlatego chciałam je zwiedzić z wody, bo to co w nich najpiękniejsze – stworzyła natura. A ten sposób przemieszczania się pozwala dotrzeć do miejsc, w których nie ma żywego ducha. I to jest ten najpiękniejszy fragment tej podróży, który powtarzaliśmy jak mantrę każdego dnia aż do wyczerpania dni.

W pierwszym tygodniu jeszcze byłam w swoim zwykłym trybie – robiłam zdjęcia, notatki, nagrywałam stories, a później przeskoczyła mi jakaś klapka w głowie i pierwszy raz od wielu, wielu lat zaczęłam doświadczać stuprocentowego wypoczynku. Serio, to było niesamowite jak zobojętniałam na takie detale jak naładowany telefon, albo gdzie ten telefon w ogóle jest. Byłam chmurką. Unosiłam się nad ziemią i było mi obojętne dokładnie wszystko. Priorytetem życiowym było znalezienie odpowiednio przewiewnego miejsca, wybranie plaży, którą dziś odwiedzimy oraz co gotujemy na obiad. Koniec listy priorytetów. Jezu, jaki błogostan! Chcę tego więcej w życiu!

Wtedy zrozumiałam dlaczego niektórzy jeżdżą na ryby, a inni na motocyklach. Ja będę sobie od czasu do czasu fundowała taki rejs. I żadna korona mnie nie powstrzyma. To było ze wszech miar dobre doświadczenie, zwłaszcza w tamtym czasie, kiedy byłam urobiona jak koń pociągowy.

Towarzystwo sprawdziło się bezbłędnie. Było śmiesznie, spokojnie, bez spięć. Gotowaliśmy wyłącznie na łódce i przyznam Wam się do czegoś – przez bite dwa tygodnie w knajpie byliśmy raz. Możliwe, że za dobrze gotowaliśmy. Możliwe, że Janek łowił za dużo pysznych ryb. Możliwe też, że było nam tak dobrze i spokojnie, że wcale nas nie ciągnęło do ludzi. Wręcz od nich stroniliśmy, unikaliśmy spania w portach, raczej szukaliśmy zacisznych zatoczek i staliśmy nocą na kotwicy. A na braki w dostawach internetu wzruszaliśmy ramionami.

Wieści z Polski sprawdzaliśmy raz-dwa razy dziennie, tak dla zdrowia psychicznego. To było dobre, bo w Polsce zaczęła się regularna panika, która tak na koniec nikomu chyba nie zrobiła dobrze na głowę. Jasne, że o tym rozmawialiśmy, ale bez niezdrowego nakręcania się. Nawet się w duchu cieszę, że ominęła mnie pierwsza fala paniki podsycana przez media w sposób nieprawdopodobny. Przyznacie pewnie, że kiedy czyta się takie informacje mając przed nosem widoki, jak na tych zdjęciach, to problemy wydają się mniejsze, odleglejsze, a momentami nawet nieco abstrakcyjne. Błogosławię ten czas.

sessile co zobaczyc

sessile co zobaczyc

sessile co zobaczyc

sessile co zobaczyc

sessile co zobaczyc

sessile co zobaczyc

A później jeb! – zamknęli granice. Kiedy ta informacja się pojawiła nie mieliśmy nawet szans dopłynąć do Mahe i złapać jakiś samolot, więc… Więc nie zrobiliśmy nic postanawiając, że poczekamy na rozwój wydarzeń. Poczyniliśmy słuszne założenie, że przecież nas wpuszczą do kraju. Jakoś. Kiedyś. Szczerze mówiąc gdyby nie Dzidziutek, który został z tatą, to zupełnie serio brałabym pod uwagę spędzenie tam kilku kolejnych miesięcy, bo dorośli sobie beze mnie przecież poradzą. Napisał do mnie nawet Konrad z Coco Charter, jak się okazało czytelnik bloga i właściciel katamaranów wielu z propozycją, która brzmiała wyjątkowo nęcąco, mniej więcej tak: „Mam łódki, stoją w porcie w Mahe, jakby co, to wbijajcie, udostępnię za darmo i możecie sobie być ile chcecie”. No, powiem Wam, że serce mi zabiło mocniej, ale jednak wróciłam do sprawdzania statusu naszego lotu powrotnego.

sessile co zobaczyc

sessile co zobaczyc

sessile co zobaczyc

sessile co zobaczyc

seszele co zobaczyc

seszele co zobaczyc

seszele co zobaczyc

I tu zaczęły się schody. Najpierw lot przełożyli nam raz. To jeszcze było zabawne, bo dostaliśmy w prezencie dzień czy dwa więcej w raju. Później przełożyli drugi raz. My nadal niewzruszeni. A później zaczęły się dziać dziwne rzeczy. LOT odpalił loty do domu, które też na bieżąco monitorowaliśmy, tak na wszelki wypadek. Samoloty z Seszeli odlatywały lub nie, zabierały pasażerów lub nie, w założonym terminie lub nie. To sprawiło, że po dopłynięciu do Mahe udaliśmy się do biura Emirates, z którą to linią tu przylecieliśmy i mieliśmy wrócić. Był poniedziałek rano, teoretycznie wieczorem mieliśmy lot powrotny. O dziwo – nikt nic nie odwołał, ale woleliśmy się upewnić u źródła. Lotniska w Europie zamykały się jedno po drugim, a lotnisko w Dubaju działało już tylko jako port przesiadkowy. Wielokrotnie zmienialiśmy rezerwację szukając jakiegokolwiek sensownego połączenia z Europą. W grze było wszystko: Berlin, Zurich, Budapeszt.

Ostatecznie po całym dniu koczowania pod biurem Emirates i zjedzeniu worka gorących, pysznych samosów, dostaliśmy informację, że nie polecimy. Bez dalszych wyjaśnień dlaczego. Był to ostatni czarterowy lot tych linii z Seszeli. Pani nam poradziła, że możemy sobie iść kupić bilety u konkurencji jeśli chcemy. Coż… RACZEJ CHCEMY. No i właśnie z tego powodu wyjazd przestał być tak atrakcyjny finansowo.

Szukaliśmy rozwiązania i jakiegokolwiek sensownego połączenia na wszystkie posiadane przez nas komórki, do tego ze wsparciem z Polski. Ostatecznie postanowiliśmy się rozdzielić – ja, Madzia, Maciek i Wojtek kupiliśmy bilety w Qatarze, za drobne 6500 zł od łba. Udało nam się złapać połączenie do Brukseli i dalej LOT-em do Warszawy. Nam poszczęściło się najbardziej i podróż poszła najszybciej. Swoją drogą gdyby nie wsparcie z Polski, to przez stronę LOT-u nie bylibyśmy w stanie tych biletów z Brukseli do Warszawy kupić. Coś im nie działało. Ojej.

Gosia i Piotrek wracali z nami, ale tylko do Doha, skąd mieli polecieć do Budapesztu. Gdy byliśmy już w powietrzu lecąc do Doha – zamknął się Budapeszt. Małgosia i Piotrek zostali z oczami jak spodki, ostatecznie na szybko kupili bilety do Berlina, a w międzyczasie udało się przebukować na Paryż, gdzie trochę pozwiedzali, spędzili dwa dni i wsiedli w obsługiwany przez rodzime linie Lot Do Domu.

Adam i Janek zostali na Seszelach licząc na cud. Ostatecznie wylecieli dwa dni po nas, wracając przez, uwaga, Addis Abebę (tak, to jest w Etiopii), Sztokholm, Kopenhagę (tam spędzili dwa dni w oczekiwaniu na Lot Do Domu), by w końcu wylądować w Warszawie.

seszele co zobaczyc

seszele co zobaczyc

seszele co zobaczyc

seszele co zobaczyc

seszele co zobaczyc

 

Takich jak my było bardzo, bardzo dużo. Ludzi, którzy gdzieś utknęli, tułali się po lotniskach, mieli niezliczone przesiadki. Tłoczyli się w samolotach, w oczekiwaniu na wypełnienie kolejnego świstka, przytuleni do siebie czekali godzinami. Uważam, że zamknięcie granic z dnia na dzień było jednym głupszych posunięć. Gdybyśmy dostali tydzień na powrót, to pewnie większość spokojnie by wróciła samolotami rejsowymi, dokonując małych lub żadnych zmian w swoich rezerwacjach. My i tak mieliśmy szczęście, bo pierwsza fala powrotów już się przetoczyła i wracaliśmy na wpół pustymi samolotami, ale zdjęcia i relacje z wcześniejszych powrotów, które oglądałam w sieci sprawiały, że bezwiednie pukałam się w głowę, a czasem nawet waliłam otwartą dłonią w czoło. Zobaczcie ile mieliśmy bezsensownych przesiadek i jak długo trwały. A mogliśmy mieć jedną szybką.

A dalej, to już prosto – szybka kontrola na Okęciu i dwa tygodnie kwarantanny. I pewnie ze dwa kilo na plusie, bo mieliśmy przejść na dietę, ale wyszło jak zwykle. Żeby nikogo nie narażać kwarantannę spędziliśmy w tym samym towarzystwie, w którym żeglowaliśmy i później wracaliśmy do Polski. W sumie miesiąc z ludźmi, których poznałam na lotnisku. Ani raz się nie pożarliśmy, ale za to dużo się śmialiśmy. To musi być zalążek przyjaźni.

A Seszele? Tęsknię. Wrócę. Niczego nie żałuję. Te wyspy to jest najprawdziwszy raj. Niedługo opowiem Wam więcej. Już bez korony, tfu, na psa urok.

Magda

Spodobał Ci się wpis? To fajnie, bo to była prawdziwa przygoda 🙂 Będzie mi miło, jeśli go udostępnisz. Dziękuję!