Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Momu – mądrze zaplanowany sukces /Warszawa

Momu – mądrze zaplanowany sukces /Warszawa

Trio Żakowski-Wachowicz-Muller to taki król Midas warszawskiej gastronomii. Powinni prowadzić szkolenia dla szalonych kucht, które bez pojęcia o kuchni od kuchni spontanicznie i bezrefleksyjnie otwierają kolejne knajpki. Co prawda wiecznie wygłodniali nowości blogerzy najpierw się na nie rzucają jak szczerbaty na suchary, lecz po pierwszej chwili uniesienia lokale zaczynają świecić pustkami, by po kilku miesiącach i opadnięciu kurzu złożyć oręż i zamknąć podwoje. Co jest zatem takiego szczególnego w tym, co robią ci faceci, że to właśnie oni odnoszą sukces za sukcesem?

Już odpowiadam: rozum. To, co bardzo wyraźnie rzuca się w oczy zarówno w przypadku Aioli, BanjaLuki i Momu to fakt, że te knajpy są zaprojektowane tak, by odnieść sukces. Tam nic nie jest przypadkowe, wszystkie te miejsca mają bardzo określony klimat, wszystkie są dostępne cenowo. Widać inspiracje zaczerpnięte z dużo lepiej gastronomicznie rozwiniętych rynków, niż polski. Wszystkie trzy łączy też jedno: jedzenie na poziomie 4/5. To nie jest zła ocena, wprost przeciwnie. Aby dobić do pełnej piątki potrzeba trochę więcej, ale mam głębokie przekonanie, że tu jedzenie jest wypadkową tego, co lubią ludzie, przystępnych cen produktu końcowego, pewnego usystematyzowania składników i jeszcze kilku innych składowych.

Nie dość, że zaprojektowane mądrze, to jeszcze frontem do człowieka. Momu też takie jest. Bardzo dla ludzi, nie ma kombinacji alpejskich na talerzu, ale jest na tyle fajnie, by się podobało, do tego jest bardzo przyzwoicie smakowo. To nie są miejsca na specjalną okazję, to są miejsca na co dzień, niezobowiązujące, z miłą obsługą, dające jeść i pić smacznie, w normalnych cenach i przyjemnym dla oka, luźnym otoczeniu.

MomuMyślę, że ten luz też jest zamierzony. Wystarczy trochę podróżować, by wiedzieć, że kij w tyłku przy jedzeniu jest naprawdę zarezerwowany na specjalne okazje. A poza tym utrudnia konsumpcję. Świat się wcale na okoliczność jedzenia tak bardzo nie napina, lubi celebrować jedzenie, cieszyć się nim, dzielić. Świat naprawdę woli jeść w lnianych spodniach, niż w smokingu, czasem nawet bardzo wyrafinowane dania. I ja myślę, że oni to wiedzą.

Stawiam złotówki przeciwko guzikom, że najpierw wykonano całkiem sporą pracę analityczną i koncepcyjną. Właśnie dlatego te koncepty się musiały udać, na tym polega minimalizowanie ryzyka w biznesie. W gastronomii, wbrew pozorom, jest mały margines na szaleństwo. Knajpę, która na serio chodzi, projektuje się bardzo skrupulatnie, a zaszaleć można przy „deserze dnia”.

Dlaczego ten przydługi wstęp? Dlatego, że dzisiaj nie będę z zacięciem godnym lepszej sprawy rozbierała każdego dania na atomy. To nie ma sensu, menu w Momu zmienia się co pewien czas, więc kiedy opublikuję ten post prawdopodobnie moje opisy będą już przeterminowane.

W Momu jest smacznie, tak samo jak w pozostałych dwóch knajpach, o których pisałam tu i tu. I to jest opinia ogólna, zbiorcza i zgodna z prawdą. Cechą charakterystyczną kuchni w Momu, za co ją bardzo szanuję, jest fakt, że wszystkie dania są jakieś, mają smak. Czasem lepszy, czasem mniej, ale smak mają zawsze. Niektórzy szefowie z niezdrowym uporem unikają przypraw i być może powinni się realizować w szpitalnych garkuchniach. Momu to zupełnie odwrotny przypadek: tu się soli, pieprzy i doprawia. I bardzo dobrze, bo to nie miejsce serwujące ostrygi na lodzie, do których pasuje co najwyżej kropla soku z cytryny. Chcę przez to powiedzieć, że wszystko jest spójne – od atmosfery, przez wystrój wnętrza i obsługę, aż po smaki.

Prawie zawsze da się poprawić detale, tak jak w przypadku doskonałych churros (12 zł.), które zjadłabym do końca z dziką rozkoszą, gdyby nie usmażono ich na zbyt mocno wyeksploatowanym oleju. Za to ból ukoiła przeboska, gesta, treściwa zupa z homara i soczewicy (16 zł.), a także świetna, chrupiąca kanapka z nieprzebraną ilością delikatnego homarzego mięsa (35 zł.), oraz niezły falafel (23 zł.) i bardzo smaczny tatar (27 zł.). Na minus może działa twarda ośmiornica w sałatce (33 zł.), bo nikt jej porządnie nie stłukł przed gotowaniem, ale za to wszystko wygrywa kelner, Martin, który powinien zostać pracownikiem miesiąca. Jeszcze nikt nigdy tak o nas nie dbał i tak bardzo nie obchodziła go nasza opinia. Na serio, nie dla picu. Widzicie? Dokładnie 4/5.

Momu1Takie właśnie są te knajpy – mądrze zaprojektowane, wychodzące frontem do ludzi, z wcale niezłą kuchnią i przyzwoitymi cenami. I choć każda jest inna, to w pewnych aspektach wszystkie są takie same. Wszystkie zostawiają po sobie pozytywne wrażenia. Zawsze bez wyjątku wychodzę z nich taka w sam raz: w sam raz najedzona, w sam raz dopieszczona, z portfelem lżejszym w sam raz w stosunku do tego, co dostałam. Wszystkie są skrojone na miarę i właśnie dlatego oni mają sukces, a szalone kuchty nie.

A Momu lubię i od czasu do czasu fajnie jest do niego zajrzeć, zwłaszcza przy okazji nowych kart. Mają też niezłe lunche i bardzo udane drinki.

pigs4

Magda

Info

www fb
ul. Wierzbowa 11, 00-094 Warszawa


  1. Mi za to bardzo smakuje jedzenie w restauracji Rozdroże. Jedyne co może zniechęcić to cena, jednak warto tam zawitać od czasu do czasu i zjeść pyszną wuzetkę.

  2. Też nie lubię jak jedzenie nie jest doprawione,
    przyprawy to podstawa.
    Dzięki, już wiadomo jak tam jest mniej więcej.

  3. Byłam w ramach tegorocznego Restaurant Week. I niestety zawiodłam się. Nie jedzeniem, ale… obsługą kelnerską. Powiedziałabym wręcz: chcesz zobaczyć jak zepsuć fantastyczną pracę szefa kuchni jeszcze przed podaniem dań? Idź do MOMU. A szkoda, bo jedzenie było naprawdę dobre. Pozdrawiam!