Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Catering dietetyczny LightBox Challenge – Ty...

Catering dietetyczny LightBox Challenge – Tydzień 2

W czasie ostatnich dwóch tygodni zrozumiałam kilka rzeczy, ale najważniejsza lekcja jest taka, że dieta to matematyka. Nie sposoby, patenty i woda z pieprzem, tylko liczenie kalorii. Dla kogoś, kto albo jest na to zbyt leniwy, albo nie ma energii na to, żeby kaloryczność każdego orzeszka sprawdzać w tabelach LightBox jest rozwiązaniem idealnym. A ja jestem leniwa.

Wiele razy czytałam, że posiłek powinniśmy kończyć z małym niedosytem, a więc nie dopychać do końca. Tu każda porcja zapewnia mi dokładnie ten delikatny niedosyt, który po kwadransie zmienia się w uczucie sytości. Zwykle nie jadam dużych porcji, ale dopiero po przełożeniu tych LightBoxowych do talerzy i miseczek, z których korzystam na co dzień unaoczniło mi, że jednak dotychczas moje porcje były trochę za duże.

Jak widać uczę się pożytecznych rzeczy, które prawdopodobnie w przyszłości uchronią mnie przed rozmiarem XL. I to jest fajne. Fajne jest też to, że nawet przez chwilę nie byłam głodna. Ale pewnie chcielibyście trochę konkretów, więc najpierw kilka posiłków, które zjadłam w mijającym tygodniu (gąbka o smaku czekolady wymiotła):

LightBox tydz 2Niektóre zdjęcia widzieliście na instagramie, w piątek się trochę pobawiliśmy i pokazałam wam zawartość całego pudełka. Wcale nieźle to jedzenie wygląda i wcale nieźle smakuje. Okazuje się też, że są na pokładzie osoby, które odchudzają się razem ze mną, więc na bieżąco porównujemy wrażenia.

Dobra, dobra ale czy schudłam?

Tak. Kilogram. Wydaje mi się, że to zdrowe tempo.

Czy oszukiwałam?

Powiedzmy, że troszeczkę. W środę wykazałam się słabą silną wolą i wypiłam dwie, może trzy szklaneczki martini. Zaś w dniu wolnym od diety poszłam szeroko: pochłonęłam pizzę, gnocchi, deser i karafkę wina, czym natychmiast pochwaliłam się na facebooku. A, i jeszcze faszerowane kalmary. I koło południa jakąś bułkę z wędzonym twarogiem. Dzięki czemu przechodzę przez dietę totalnie bezboleśnie i nie mam poczucia, że wszystkiego sobie odmawiam. W gruncie rzeczy niespecjalnie sobie odmawiam.

Sport?

Poniekąd. Wciąż nie jestem w szczytowej formie po przeziębieniu, ale kilkugodzinne spacery po lesie chyba liczą się jako forma ruchu?

No dobrze. Minęły dwa tygodnie, półmetek. Jestem lżejsza o trzy kilogramy, jem całkiem sporo, nie czuję zniechęcenia i nie mam poczucia, że coś mnie omija. Jest nieźle i do tego cieszę się na poniedziałek, bo w poniedziałki jest moja ulubiona granola. Co oni mi zrobili? Przecież ja nie lubię poniedziałków!

Magda


  1. Trzymam kciuki! Też sobie pofolgowałam w weekend ale od dziś wracam do gry :))) i poniedziałkowa granola faktycznie jest cudowna <3 pozdrawiam!

  2. Brzmi nieźle. Acz z tą matematyką i liczeniem kalorii to nie jest do końca prawda, że wystarczy 😉

  3. […] chronologicznym o mojej przygodzie z LightBoxem przeczytacie tutaj: Godzina zero Tydzień 1 Tydzień 2 Tydzień […]