Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Beirut Hummus & Music Bar – tak, ale...

Beirut Hummus & Music Bar – tak, ale… /Warszawa

Choć  hummus w nazwie, Beirut Hummus & Music Bar ma lepsze smaki do zaoferowania, niż pasta z ciecierzycy. Na przykład jagnięcinę. W ogólnym rozrachunku jest nierówno, ale średnia wypada gdzieś powyżej środka. I byłaby to w związku z tym nudna recenzja, ale nie będzie, bo obsługa strzela gole do własnej bramki, więc czytaj dalej.

Zacznijmy od początku… Beirut to niewielki lokal, kilka stolików, menu wypisane niezbyt czytelną czcionką nad barem, w którym się zamawia, płaci i odbiera zamówienia. Samoobsługa. Rozdarta panienka przywołująca kolejne numerki po odbiór zamówionych dań przenosi trochę do podrzędnego mleczaka, ale nic to.

Zaczynamy od dip supreme (26 zł), czyli trzech dipów: hummusu w moim odczuciu ochrzczonego zbyt hojnie pastą tahini, muhammary, której wcześniej nie próbowałam, a która nie robi na mnie wrażenia i pysznego baba ghanoush, charakteryzującego się świetną równowagą smaków.

IMG_8823

Hummus z mieloną wołowiną (18 zł) to wciąż ten sam hummus, ale przełamanie go pikantną, dość soczystą wołowiną to już zupełnie inna para kaloszy. Jest smaczniej.

IMG_8829

Jesteśmy na wznoszącej – na stół trafia jagnięcina z tabbouleh (27 zł) i robi się jeszcze smaczniej. To danie widzicie nad postem. Jest pyszne. Delikatne, miękkie mięso z kostką, kwaskowate i złożone w smaku tabbouleh, kiszone cytryny. Wrócę dla tej jagnięciny i zaprawdę powiadam wam, gdyby nie ona…

Wrzucamy na ruszt jeszcze takie oto szaszłyki jagnięce z sałatą z fasoli (22 zł). Smaczne, dobrze doprawione, może minimalnie suche, ale to detal.

IMG_8832

Na koniec beirut cake (11 zł), które uwodzi czekoladą, kajmakiem i delikatnym, kruchym spodem. Idealne na zimę, do poobiedniej kawy.

IMG_8826

Gdyby chcieć wyciągnąć średnią, to z tego oto krótkiego rajdu przez menu wyniknie ocena pozytywna. Może bez peanów na cześć, ale też i bez czepiania się. Jeśli jednak do tego wyniku dodamy fakt, że jest to lokal samoobsługowy i średnio co pięć minut ktoś zza baru krzyczy, przywołując kolejnych odbiorców zamówionych potraw, to emocje opadają. Dania główne to przedział 22-27 zł. Nie jest do obezwładniająco dużo, ale jednak dość, by ktoś je przyniósł, zamiast się drzeć.

Emocje opadają jeszcze bardziej, kiedy grzecznie proszę kelnerkę o ściszenie muzyki, bo siedzimy pod głośnikiem i nie jesteśmy w stanie rozmawiać, a ona tę prośbę natychmiast kwestionuje, stwierdzając, że „wcale nie jest tak głośno”. Uśmiech znika mi z twarzy i proszę ponownie, nieco bardziej zdecydowanie. Ostatecznie kelnerka naburmusza się jeszcze bardziej, ale minimalnie ścisza muzykę, tylko tyle, żebym się odczepiła, bo rozmawiać nadal się nie da. Po czym udaje się za bar, skąd śle mi mordercze spojrzenia. Później o to samo proszę chłopaka, który ma wachtę razem z zafoszoną kelnerką. Ten, tak dla odmiany, z uśmiechem realizuje moją prośbę i z uśmiechem wraca do swoich zajęć. Da się?

My wszystko verstehen, można mieć gorszy dzień, PMS, można nie lubić swojej pracy, można być wkurzonym, że się w niej spędza niedzielne popołudnie. Ale wiesz co? Jestem klientem i mam to gdzieś. Nie oczekuję cudów. Oczekuję UPRZEJMOŚCI.

Dlaczego tyle miejsca poświęcam obsłudze? Bo to doskonały przykład na to, jak łatwo można zniechęcić klienta. W normalnej sytuacji mój zachwyt Beirutem byłby umiarkowany, ale z pewnością wróciłabym na jagnięcinę i poleciła to miejsce i tu, na blogu, i znajomym. Przez jeden zgrzyt wyszłam skutecznie do tego lokalu zniechęcona. Może, może w odległej przyszłości jeszcze zajrzę. Ale nie tak wyrażam zazwyczaj entuzjazm. I wy to wiecie.

Zatem byłyby cztery, a są trzy.

pigs3

Magda

Info

fb
ul. Poznańska 12, 00-454 Warszawa


  1. Też uważam, że największym minusem Beirutu jest fatalna obsługa. Po kilku sytuacjach rodem z "Misia" hummus'uję już gdzie indziej;)

  2. Notoryczne zabieranie koszyczków na pitę, mimo, że jeszcze nie skończyłeś jeść też zniechęca. Nie wiem czemu nie mogą dokupić…ale hitem było jak Pani kelnerka potrzebowała karafki, więc podeszła do mojego stolika, nie pytając rozlała resztkę wina do stojących kieliszków i odeszła bez słowa.

  3. no właśnie – obsługa…przez nią przestałam do tego miejsca przychodzić. kelnerka zrobiła mi wielką łaskę robiąc kawę i ciasto, natomiast mojej koleżance, po tym jak zwróciła uwagę kelnerowi, że nie dolał wina (w porównaniu do szklanki jego znajomej która wpadła do baru i z nim gawędziła), lal wino do kieliszka aż zaczęło się wylewać na ladę. jest naprawdę sporo innych lokali, gdzie można się spotkać, chwilę pogadać, a hummus w domu też wychodzi spoko.