Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

U Rzeźnika – schabowy pierwsza klasa, a rusk...

U Rzeźnika – schabowy pierwsza klasa, a ruskie jeszcze lepsze /Warszawa

Niektórzy zaklinali, by o tym miejscu nie pisać, bo przyjdzie lud i zadepcze. Ale znacie mnie już trochę i wiecie, że najbardziej lubię wyciągać na widok i uciechę publiczną takie właśnie perełki. Bo dobrymi rzeczami trzeba się dzielić.

A kiedy spotykają się Polacy, to najlepiej przy zimnej wódeczce, śledziku i schabowym, wiadomo. Co prawda piłam cytrynówkę, ale to nie ma aż takiego znaczenia. U Rzeźnika, a właściwie w Pasji Smaku, bo tak brzmi nazwa właściwa, spotkaliśmy się z silną reprezentacją Street Food Polska. Choć piszemy o skrajnie różnych miejscach, to czasem drogi nam się przecinają. I wtedy jest wesoło.

U Rzeźnika jest miejscem z tradycją, nie jakimś tam jednodniowym hitem czy kitem. Ma swoich wiernych klientów, Maciek Nowak ma nawet tu swój stolik, Olaf Lubaszenko też. I ja się nie dziwię. Jeśli chodzi o kuchnię polską, kuchnię jak u mamy, nie mają wielu sobie równych. Schabowy jest znakomity. To nie jest ten śmieszny opłatek rozbity tak, że widać przezeń Kraków lecz uczciwy kawałek soczystego mięcha z niezbyt grubą, chrupiącą panierką. Do tego smażony na smalcu. Trochę bujam się też w ich fantastycznych ruskich ze skwarkami, wypełnionych świetnym farszem z solidną ilością sera, chlubiących się delikatnym, mięciutkim ciastem. Nie wiem czy nie są to najlepsze ruskie, jakie jadłam w Warszawie? Bardzo możliwe.

Po chwili namysłu dochodzę do wniosku, że to są najlepsze ruskie, jakie jadłam w Warszawie. A jestem Pierogowym Potworem rozpuszczonym do granic przez genialne pierogi mojej babci i byle co mnie nie satysfakcjonuje. U Rzeźnika są na tłustą piątkę z plusem. Nie żartuję.

u Rzeznika 2Próbowaliśmy też ich kiełbas, świetnych parówek, bardzo przyzwoitego (i potężnego) tatara czy boskich, delikatnych naleśników na słodko. Tam nie ma gotowców, wszystko robią sami i uważam, że w swojej klasie są w absolutnej warszawskiej czołówce. Tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nie jest fine dining. To jest rzeźnik, który zacnie karmi. I mimo że rzeźnik, to zachęcam również wegetarian do skosztowania ruskich i naleśników, bo to jest prawdziwy rock&roll.

Ok, śledzie były słabsze, ale czymże są jedne śledzie wobec wszystkich tych pysznych rzeczy, które tego dnia trafiły na nasz stół? No i zimna wódka, domowa cytrynówka w kryształowych (tak, tak!) kieliszkach, do tego w soboty muzyka na żywo, arcyuprzejma obsługa i zaangażowany całym sercem właściciel wraz z córką. No i ceny absolutnie dla ludzi. Rzeźnik jest i do tańca, i do różańca – i na szybki obiad w tygodniu, i na konkretną trąbę w sobotni wieczór.

Mają całą litanię typowo polskich przebojów. Jest kaszanka, bigos, rumsztyk, ozorki czy mielone. Można też nabyć drogą kupna mięsa, kiełbasy, szynkę, boczek albo parówki na wynos i konsumować to wszystko w zaciszu własnej kuchni. Dla każdego coś dobrego.

Co wyobrażacie sobie, kiedy myślicie o takim menu? Pewnie coś przaśnego, może jakąś ceratę na stole, hm? Nic z tych rzeczy. Rzeźnik idzie z duchem czasu, ma bielone cegły, ma kredą wypisane menu i spokojnie można to wnętrze teleportować do centrum, gdzie się doskonale odnajdzie jako tło dla kawy z mlekiem sojowym. Na szczęście jest to mądry człowiek i nie ma tzw. social table, do którego żywię szczerą i nieskrywaną odrazę.

I choć nie ma rozbuchanego marketingu i agresywnego PR-u, nie ma logo zaprojektowanego przez aktualnie najmodniejszych grafików, którzy projektują na zasadzie „kopiuj, wklej”, byle było okrągłe, to właśnie u niego od wielu lat ludzie siedzą, jedzą, piją, dobrze się bawią i – co najważniejsze – wracają. A powody tego stanu rzeczy są bardzo proste, choć dla wielu restauratorów z jakiegoś powodu nieosiągalne: przyzwoita jakość, zawsze tak samo wysoki poziom (no dobra, zdarzają się słabsze rzeczy, ale to margines), uczciwe porcje, bardzo dobre smaki, zaangażowanie i bycie DLA LUDZI. To się zwyczajnie czuje. Aha, zapomniałabym – tu nikt nie oszukuje ani na porcjach, ani na niczym innym, co w przybytkach o podobnym profilu jest powszechne.

Jestem z Polski i jak każdy Polak najbardziej lubię ostrygi. Ale dobrym schabowym też nie gardzę. Ruskimi tym bardziej. Do tego klimat tego miejsca, meduza, lorneta, warszawska Wola… Jeśli masz w sercu tę szczególną iskrę, odnajdujesz się w takich okolicznościach przyrody, to ta knajpa stanie się twoim drugim domem.

pigs5

Magda

Info

www
Żytnia 64, 01-001 Warszawa


  • Pingback: 15 miejsc na kolację... bez dzieci /Warszawa | Krytyka Kulinarna()

  • Urszula .Graczykowska

    Kurcze super, że przypadkiem trafiłam na tę stronę. Już dziesiąty wpis leci. Mój styl pisania, mój styl jedzenia <3 Trzymam kciuki i zazdroszczę roboty/pasji!

    • Magda

      Dziękuję, takie komentarze są jak turbodoładowanie! 🙂