Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Hell’s Kitchen – koszmar z piekła rode...

Hell’s Kitchen – koszmar z piekła rodem

Pierwszy odcinek był słaby, ale pomyślałam, że to tylko taki teaser dla gawiedzi i zaraz się to wszystko wyprostuje. Przecież czymś lud żądny chleba i igrzysk trzeba przyciągnąć przed telewizory. W swej słodkiej naiwności myślałam, że mięsem będą latające na wysokości lamperii „kurwy” i to wystarczy. Byłam, jak mawiają puryści językowi, w mylnym błędzie.

Póki co jest strasznie. Sponsorzy pchają się przed obiektyw tak agresywnie, że cały ten program staje się groteskowy. Z jednej strony spod rąk uczestników mają wychodzić finezyjne dania, a z drugiej ci sami kucharze na śniadanie żrą racuchy z proszku. Rozumiem product placement, ale kiwanie głową z zadowolenia nad tymi racuchami w moich oczach dyskwalifikuje podniebienia tych ludzi na wieki. Wiem że kucharze jedzą czasem byle co, bo po całym dniu w kuchni zwyczajnie nie mają sił na nic więcej, ale na litość boską, to jest zbyt żenujące. Bo postawienie szafy z przyprawami już nie wystarcza, każmy im jeść jedzenie z proszku, będzie fajnie.

A wszystko to firmuje swoją twarzą człowiek, który jako jedyny w tym kraju ma gwiazdkę i jego znakiem firmowym jest ultrajakość. Ok, gwiazdkami też rządzą biznesowe prawidła, o czym świetnie pisał Adam Chrząstowski tutaj. Ale są jakieś granice absurdu. Nadal darzę go dużą estymą, uważam że ma ogromną charyzmę i „kurwami” operuje z wcale niezłym wyczuciem. Może momentami trochę aktorzy, ale scenariusz rzecz święta, a umowy z telewizornią rzecz grząska. Nie zdziwiłabym się, gdyby w umowie miał zapis mówiący o tym ile w poszczególnych odcinkach ma użyć brzydkich słów. Rozumiem też czysto biznesowe i marketingowe aspekty programu, rozumiem dlaczego Wojtek Amaro wziął w tej hucpie udział i nie mam do niego z tego tytułu pretensji. Tak się kręci świat, dostosuj się albo giń. Trzeba jednak zawsze i w każdej sytuacji zachować dobry styl. Albo chociaż próbować. A ten program to skutecznie uniemożliwia. Formuła nie jest zła i w przeciwieństwie do reszty świata uważam, że Wojtek Amaro znakomicie się w niej odnajduje. Zła jest cała reszta.

Wyraźnie ktoś to zaplanował tak, by wywołać między zespołami, eufemistycznie rzecz ujmując, niechęć. Taki scenariusz. I to też rozumiem, coś się przecież musi dziać. Zatem jest para zajadle ze sobą konkurująca, są zacięte twarze, jest hejt w oczach. Wyszło jak zwykle, tak po polsku, przaśnie, bez finezji, bez polotu, z toną bardzo złych emocji.

Pomyłką są umiejętności uczestników. A właściwie ich brak. Jak można nazywać siebie kucharzem i nie mieć pojęcia o elementarnych rzeczach? Jak można wybierając się do takiego programu nie umieć wyfiletować ryby czy usmażyć steka? To jest jakaś kpina? Co jest z tymi ludźmi, że nie mają dość dystansu do siebie, żeby realnie ocenić swoje umiejętności? Jak można wpaść na pomysł, że świecenie gębą w telewizorze bez posiadania podstaw jest dobrym pomysłem? Nie jestem kucharzem i nigdy nie będę, bo to robota ciężka jak w kamieniołomie, ale ludzie, którzy gotują we własnej kuchni, na własne potrzeby, potrafią więcej niż większość uczestników. „Nie zdążę z ciastem do blin.” Do „BLIN”! Co to ma być? Jakiś żart? Jak można zrobić dobre bliny, jeśli się nawet nie umie ich odmienić? Kiedyś trafiłam na szefa kuchni, który powiedział, że zrobi mi dobre „gnoczi”. Jak myślicie, były dobre? A już ten drobny prostaczek z zepsutymi zębami to jest szczyt i esencja głębokiej mentalnej wsi. Zapytam tak, by pozostać w klimacie: Co to, kurwa, ma być?

Problem polega na tym, że za chwilę to nie będzie program o gotowaniu. Jeśli w ogóle kiedykolwiek był. I dlaczego to wszystko jest na tak niskim poziomie? Naprawdę coś takiego się sprzedaje? Czy Polacy żywią się obecnie aż taką papką? Czy ten naród rzeczywiście ma IQ taboretu?! Proszę, nie każcie mi wierzyć, że tak.

Wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze? To, że ten program budzi we mnie złe instynkty i prawdopodobnie będę go oglądała dalej, do tego z niezdrową fascynacją, bo przecież muszę się dowiedzieć jakie są nowe standardy żenady, które właśnie na naszych oczach wyznacza Hell’s Kitchen Polska.

Magda

P.S. Program z pewnością się rozkręci, kucharze nagle opanują kilka podstawowych technik, zaczną się do siebie odnosić uprzejmie i kulturalnie, będzie wspaniale, a w ostatnim odcinku wszystkie stoły dostaną swoje zamówienia przygotowane perfekcyjnie. Kwiat lotosu też wyrasta z błota. A telewizja kłamie 😉

Zdjęcie pochodzi z www.ipla.tv


  1. Też się zdziwiłam, że jedzą potrawy s proszku:D

  2. Powiem Ci, że po wczorajszym odcinku włączyłam sobie oryginalną wersję i nasza jest tak sztuczna, że aż boli. U nas uczestnicy są bardzo nienaturalni, jakby czytali swoje teksty z promptera, w oryginalnej czegoś takiego nie ma, w kuchni jest zorganizowanie, ludzie są dla siebie nawet mili, a tu cyrk na kółkach…

  3. Bardzo dobry wpis, bardzo mi się podoba. Jedna tylko uwaga: trochę za daleko poleciałaś uważając, że jeśli się kiepsko zna język polski to nie można być dobrym kucharzem. Mnie też rażą wszelakie błędy (wypalają mi wręcz oczy i uszy), ale jedno nie ma nic do drugiego, serio.

  4. Nosz kurde dobrze napisane!

  5. Jacy ludzie się tam pchają, takich ludzi mają w programie. Masz pretensje do realizatorów, że pseudokucharze pchają się do tego programu? Jak już było mówione gdzieś na poczatku programu: tak jest w kuchni na całym świecie. Kurwy, patelnie i talerze latają w powietrzu. Gotujesz dla ludzi – spierdolisz, to więcej nie przyjdą. Chłop potem ma wziąć kogoś z tych ludzi do siebie na kuchnię, do roboty, jak Ty sobie to wyobrażasz, żeby taki jeden delikwent z drugim nie mieli pojęcia o niczym? Trzyma chłop dyscyplinę właśnie dlatego, że reklamuje to swoją twarzą. Kolejna rzecz – wpierdalają żarcie z proszku bo najwyraźniej takie umieją robić. Kto powiedział, że to 14 czy 16 osób najlepszych z całej polski? To najlepsza grupa z tysiąca osób, które chciały wziąć udział w programie. I wiadomo, że będą reklamować różnorakie produkty, ponieważ za oglądanie polsatów i innych badziewi nie płacisz. Masz pretensje o spoty reklamowe i inne gówna, ale nikt Ci nie każe oglądać darmowej telewizji, na której masz na każdym kroku reklamy. Przecież zawsze możesz poczytać książkę (nie masz reklamy co drugą stronę). Nie chcesz oglądać – nie oglądaj. Nie podoba się – nie musi. 😉 prosta rzecz.

  6. Product placement jest problemem, który dotyczy polskich mediów w całości. Choć cholernie bolą cmokania nad fix-racuchami, kontekst tego zjawiska jest jednak szerszy. Niestety.

    Uczestnicy zostali dobrani tak, by iskrzyło. 14 znakomicie wyszkolonych kucharzy, którzy bez szemrania i najmniejszej wpadki odtwarzają przepisy szefa, zapewne sprawdziliby się lepiej, ale widz mógłby się znudzić. A celem programu w tv jest bycie oglądanym. Stąd, jak mniemam, takie a nie inne wybory.

    Oglądanie zaś jedynie po to, by zapoznawać się ze standardami żenady, to rodzaj ucieczki. Przed tymi, których ta papka kręci, przed ich IQ taboretów. Nie dziwię się, ale czy naprawdę oglądają to idioci?

    I, na boga, dajmy spokój wsi. "Głęboka mentalna wieś" – odczytuję zamiar, ale nie skończmy sytuować peryferia poza pozytywami. Koleś w programie jest chamem, i tyle. To czepialstwo z mojej strony, ale naprawdę nie lubię deprecjacji wsi, nawet tej mentalnej.

  7. Nie chodzi o znajomość języka w ogóle, tylko o nazwy potraw czy technik i ich poprawną wymowę.

  8. O tym właśnie mówię. Blin, blinów… Nie trzeba umieć ich odmieniać, żeby je dobrze zrobić.

  9. Paweł Marder W teorii. W praktyce zawsze było do bani, jeśli szef kuchni nie umiał poprawnie wymówić nazwy dania. Mam taki ulubiony przykład, gdzie gnocchi zamieniono na swojskie "gnoczi" i smakowały jak gnioty.

  10. A wiesz, ja robię doskonałą lazanię. Tak, właśnie lazanię, nie lasagne. I naprawdę jest świetna.

  11. Paweł Marder Jeśli mówisz tak, jak piszesz, to bardzo możliwe, że jest świetna. Ja za to robię niezłą musakę 😉

  12. Paweł Marder Ach, chyba się nie zrozumieliśmy, "gnoczi" dźwięczały w ustach szefa, w karcie były napisane poprawnie.

  13. Magda Kybezrg też nie jestem fanem niepoprawnej wymowy nazwy dań, ale jak smakuje dobrze, to nie mam z tym problemu. Pamiętajmy o Szekspirze i rozważaniach o róży 😉

  14. Magda Kybezrg Zrozumieliśmy się. Tylko po prostu mamy inne zdanie. Jak ktoś mówi "blin" czy "gnoczi" to co najwyżej wysłałbym go na kurs polskiego (ewentualnie włoskiego), nie na kurs gotowania. Mnie na przykład niesamowicie męczy "tortlilla" (z wyraźnym akcentem na podwójne "ll" w środku). Ale nie podważam przez to niczyich zdolności kulinarnych. A kiedyś zjadłem tak dobre "kłesadilas", że mi prawie trampki spadły.

  15. disqus_rRz8OVkn5D

    12 lutego

    Odczucia mam podobne, dlatego nie oglądałam, za dużo złych emocji.