Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Soul Kitchen mówię: pas /Warszawa

Soul Kitchen mówię: pas /Warszawa

Znowu pewnie nadepnę komuś na odcisk, bo gdy wszyscy zachłystują się własną śliną z zachwytu, ja mówię: hola, hola. Soul Kitchen odwiedziłam wczoraj, towarzyszyła mi pewna dama, która z kuchnią najwyższych lotów jest za pan brat. Ponieważ obie jesteśmy dość wymagające, co z kolei wynika wprost z dotychczasowych kuliarnych doświadczeń, doprowadzenie nas do spazmów zachwytu nie jest zadaniem najłatwiejszym. Ale nie niemożliwym. Dłubiąc sobie wzajemnie w talerzach dumałyśmy nad niezbyt udanym posiłkiem, którego właśnie doświadczałyśmy.

Zaczęło się od przyzwoitego amuse bouche – malutkiej, ciepłej brioszki z twarogiem i kilkoma plasterkami ogórka. To nie jest sezon na ogórki, zwłaszcza lekko podwiędłe i to czuć w smaku, ale ogólne wrażenie raczej pozytywne.

IMG_1746Należy oddać honor grasicy na musie z zielonego groszku z chrzanem i czarną porzeczką (39 zł), była bowiem jednym z dwóch bardzo jasnych punktów programu. Fantastycznie miękka, idealnie doprawiona, na dobrze zbalansowanym puree. Może porzeczka nico zbyt mocno przebijała, ale to właściwie szczegół. Do tego cieszyła oko. To jest naprawdę przyzwoita przystawka i dlatego zdobi początek postu.

Dużo gorzej prezentowały się przegrzebki z jeżyną i puree dyniowo-pomarańczowym (56 zł). Suche, malutkie, smutne przegrzebki. O ile dynia się jeszcze broniła, o tyle jeżyny już nie. W tym wypadku relacja ceny do smaku/jakości wypadła fatalnie. Słodkoskrętność kuchni Andrzeja Polana nie broni się tak brawurowo jak w przypadku dań wychodzących spod ręki Witka Iwańskiego. Brakuje jej subtelności, finezji, a słodycz dominuje inne smaki, zamiast pozostawać z nimi w świętej równowadze.

IMG_1752Dalej mamy dorsza ze szpinakiem, borowikami, pestkami dyni i kiszoną cytryną (51 zł). Trochę zbyt szorstkiego dorsza. To nie jest ta idealnie muślinowa tekstura, którą da się z tej ryby wyciągnąć. Jednakowoż nie jest to też danie złe. Jest przeciętne. Nie pomogły fatalne, mączne ziemniaki z wody, ani kiszona cytryna smakująca i wyglądająca tak, jakby oddała ostatnie tchnienie w herbacie, w której moczyła się całą noc. I żeby było jasne – nie chcę nikomu zrobić przykrości, wskazuję tylko palcem to, co można zrobić lepiej.

IMG_1757Policzki wołowe na puree z selera i pigwy podane ze szpinakiem (z domieszką rukoli) i suszonymi śliwkami (51 zł) to zdecydowanie najmniej fotogeniczne danie, ale czy ktoś kiedyś widział fotogeniczne policzki? Sama konsystencja mięsa ocierająca się o doskonałość. Fantastycznie miękkie, rozpadające się i delikatne. Jednakże puree było już na tyle słodkie, że śliwki zamordowały zupełnie równowagę smaków. Gdyby chcieć zjeść wszystkie, jakie znalazły się na talerzu, danie nie miałoby już innego smaku, byłoby śliwkowo-mięsnym ulepkiem. Toteż ich nie zjadłam. Mam też małe zastrzeżenie do mięsa: dużo za dużo przypraw. Efekt co prawda wciąż jadalny, ale niebezpiecznie ocierający się o niepotrzebną gorycz.

IMG_1755Mając na względzie wcale przyzwoitą grasicę zastanawiałyśmy się jaka ocena będzie adekwatna. Wyszło nam 3,5, a ponieważ jesteśmy raczej ludzkie, postanowiłyśmy dać szansę deserom, niechaj one zadecydują. Padło zatem na ciasto czekoladowe z kremem pistacjowym, lodami waniliowymi i pomarańczą (31 zł). Oto deser, którego z pewnością nie chcę zjeść ponownie. Nigdy. Nieprzemyślaną dyskotekę na poniższym talerzu zostawię w spokoju, ale jednostajnie gorzkie ciasto, któremu towarzyszy zbyt hojnie nałożony na talerz, morderczo mdły krem pistacjowy i dwa kleksy supermarketowej śmietany, to koszmarne, niepasujące do siebie trio, którego spróbowałam i z dużym rozczarowaniem zostawiłam w spokoju.

Później zrobiłam jeszcze dwa podejścia, bo może nie zrozumiałam koncepcji, ale nie. To nie jest tak, że było mniej czy bardziej poprawnie, było kompletnie do dupy. Smaki się nie zgadzały, nie pasowały do siebie, nie były ani w kontrze, ani w harmonii. Gorzko-mdło-śmietanowo. I żeby to jeszcze była lekko kwaskowa crème fraîche, a ciasto miało w sobie choć nutę słodyczy – byłoby dobrze. Ale nie. Jedynie lody były smaczne i orzeźwiające, więc zjadłam je ze smakiem. Truskawkę, sztuk jeden, też. Tu już bez entuzjazmu, raczej z głodu, bo poza zapachem i wyglądem nie przypominała truskawki. Pewnie dlatego, że to NIE JEST SEZON NA TRUSKAWKI.

IMG_1759Mus chałwowy z kruszonką migdałową i likierem kawowym (30 zł) to całkiem przyzwoity deser. Co prawda bardziej to krem, niż mus, ale jest absolutnie jadalny i to w sumie tyle, bo zapomina się o nim jeszcze w trakcie konsumpcji.

IMG_1762Jak myślicie, desery, a ciasto w szczególności, podniosło notę czy obniżyło? Bo ja myślę, że trójka jest bardzo adekwatna. Nadmiar słodyczy tam, gdzie nie trzeba, jej brak tam, gdzie jest niezbędna… Fikołek i pomieszanie.

Ale był jeszcze jeden jasny punkt tego obiadu. Nie wiem czy nie najjaśniejszy. Na koniec dostałyśmy po kieliszku kawowo-pomarańczowej nalewki, która jest absolutną petardą. Pachnie tak, że mogłabym mieć takie perfumy, a smakuje tak, jak pachnie. Mój tato jest królem nalewek, ale miła Emilka, której ręka czyni to cudo jest królową.

Kolejne spostrzeżenie: sami wiecie, że z napiwkami bywa różnie, czasem się należy, czasem nie. Generalnie nie lubię, kiedy z góry są doliczane do rachunku, bo to jednak jest wyraz uznania (lub dezaprobaty) dla pracy kelnera i chcę wyceniać to uznanie samodzielnie. Jeśli jest dobrze – nie żałuję pieniędzy, wiem przecież ile ci ludzie zarabiają. Rozumiem też praktykę doliczania serwisu do grup, przy sześciu czy dziesięciu osobach kelner musi się nabiegać, więc zero problemu. Ale w Soul Kitchen dolicza się serwis do rachunku opiewającego na 150 zł lub więcej. Co to w ogóle jest za pomysł? Skoro stać cię na kolację za kilka stów, to obowiązkowo masz zapłacić napiwek? Bo co? Bo cię stać? Z całym szacunkiem, ale to jest mój portfel i lubię sama decydować dla kogo go otwieram. Nie podoba mi się takie podejście. Bardzo.

Po wyjściu jeszcze chwilę gaworzyłyśmy pod drzwiami, traf chciał, że akurat szef kuchni wychodził po swojej wahcie do domu. My mu „do widzenia”, on nam nic. Jasnowidz?

I to tyle, moi mili. Może to gorszy dzień, może to słabsze menu, może brak właściciela na pokładzie, bo nic tak nie tuczy konia, jak pańskie oko, a może coś jeszcze innego? Nie wiem, wiem natomiast, że zupełnie nie odnalazłam w tym miejscu powodu do zachwytów, które przeczytałam wcześniej w internetach. A wiecie dobrze, że kiedy jest dobrze potrafię się rozpłynąć.

Jeśli wybierzecie się do Soul Kitchen za jakiś czas i będzie lepiej, dajcie znać. Pewnie nikt sobie tego nie wydrukuje i nie powiesi na ścianie, ale jeśli weźmie do serca i poprawi pewne rzeczy, to moja rola się dokona i usatysfakcjonuje daleko bardziej, niż niezręczne propozycje w mojej skrzynce pocztowej.

pigs3

Magda

Info

www fb
ul. Noakowskiego 16, 00-666 Warszawa