Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Wodna Wieża Steampunk – król jest nagi /Pszc...

Wodna Wieża Steampunk – król jest nagi /Pszczyna

Niedobrze się dzieje, kiedy wystrój wnętrza przyćmiewa kuchnię. Niedobrze się dzieje, kiedy kucharz nie przyjmuje uwag klientów. Niedobrze się dzieje, kiedy po przejechaniu kilkuset kilometrów specjalnie dla tego posiłku, klient wychodzi głęboko rozczarowany i z mocnym postanowieniem, że już nigdy tam nie wróci. Mówi się, że Wodna Wieża to najlepsza restauracja na Śląsku. Cóż, polemizowałabym.

Wnętrze rzeczywiście jest niesamowite, a „steampunk” nie wziął się z powietrza. Na zewnątrz jest ciekawie, w windzie ciekawiej, a na ostatnim piętrze Wieży, gdzie znajduje się restauracja, jest absolutny szał dziwnych lamp, trybików, nagle w półmroku ożywających mechanizmów zamontowanych w stołach… To jak wnętrze statku Kapitana Nemo. Na naszym instagramie (klik) znajdziecie krótki filmik z tej szalonej restauracji. Przyznam, że nigdy wcześniej nie jadłam w tak odjechanym miejscu. No i czego się w tej sytuacji człowiek spodziewa? Czegoś absolutnie niezwykłego, wyśmienitej kuchni, prawdziwej haute cuisine na wysokościach. Dosłownie dwa dni wcześniej rozmawiałam z Olą Oslislo, która delikatnie sprowadziła mnie na ziemię, ale ciężko poskromić oczekiwania względem kuchni, które generuje to niebywałe wnętrze.

Do Pszczyny wybraliśmy się przede wszystkim dlatego, że od dawna oglądałam w internecie zdjęcia ich potraw i w którymś momencie stwierdziłam, że koniecznie musimy tych arcydzieł spróbować. Dość szybko okazało się, że na talerzach już nie jest tak pięknie, jak na zdjęciach. Jest rozczarowująco zwyczajnie i nieciekawie.

Wieża Wodna PszczynaRobiąc rezerwację na ten wieczór poprosiłam o stolik z widokiem na Starówkę. Kiedy posadzono nas w innym miejscu pomyślałam: spoko, to jest Pszczyna, a nie Paryż, nie ma o co drzeć szat. Miałam maksymalnie pozytywne nastawienie, więc jakoś mnie to nie obeszło. Obsługiwała nas zamiennie dwójka kelnerów – Natalia i Piotr (który jest szefem sali). Temu duetowi trudno cokolwiek zarzucić, oboje byli bowiem mili, profesjonani i pomocni.

Wodna Wieża chlubi się własną hodowlą najróżniejszych gatunków grzybów, m.in. Polówki Wiązkowej, Gąsówki Nagiej czy Boczniaka Królewskiego. Napar z Lakownicy Lśniącej, który zaproponowała nam kelnerka to coś niespotykanego, więc pochyliliśmy się nad nim z zainteresowaniem. Ma dawać zdrowie, witalność i młodość. Wypijamy duszkiem. I na drugą nóżkę.

Jest pomysł, jest zaplecze, jest wnętrze, w które wpompowano zapewne masę pieniędzy. A co z kuchnią?

Zaczynamy od kremu z pora z żółtkiem sous vide (20 zł). Krem z pora to nie jest fizyka kwantowa, a sous vide fajnie brzmi i cała Polska ostatnio gotuje tą spektakularną z nazwy metodą, tyle że to po prostu jedzenie wrzucone do foliowego worka (zamkniętego próżniowo), a worek do gorącej wody. Co do samej zupy – każda posiadaczka Thermomixa robi taki krem z zamkniętymi oczami i zajmuje jej to pięć sekund. I nie mam pretensji do sposobu przygotowania, prawie każda kuchnia korzysta dziś z Thermomixa, ale chyba jednak spodziewałam się czegoś więcej, niż ponury, ziemny posmak i przeciągnięte żółtko, które nabijam na łyżkę i wymachując tą oto instalacją próbuję opanować zdumienie. Zupa jest jadalna, ale to wszystko. Jeszcze nie przeczuwam, że czeka mnie jazda bez trzymanki.

Wieża Wodna Pszczyna1Lepiej wypadło lekkie, delikatne i wyjątkowo smaczne consomme z ogona wołowego z pierożkami z grzybami hodowlanymi (20 zł), choć żadne z nas nie mogło pojąć dlaczego kawałki mięsa pływające w świetnym bulionie są tak twarde. Ogon wołowy to mięso, które dusi się tak długo, aż będzie miękkie. Skomplikowane? Nie sądzę. Zaś pierożki mogły się pochwalić smacznym nadzieniem. Niestety ciasto twarde. Ponownie zatem środek skali.

IMG_9981Szczęściem zdecydowałam się na policzki wołowe podane z puree ziemniaczanym, burakami i Twardziakiem Jadalnym (45 zł), które mnie obsolutnie olśniły. To niezwykle deliktatne, niemal samo z siebie rozpadające się, świetnie dopracowane mięso. Doskonałość na talerzu. To danie jest naprawdę wybitne.

Po obejrzeniu niezwykłych instalacji spożywczych by Wodna Wieża, które krążą po internetach (polecam zajrzeć na ich stronę lub fanpage) mam uzasadnione pretensje do absolutnie nieciekawej prezentacji. Porównanie zdjęć do tego, co znalazło się na naszych talerzach wypada fatalnie. Spodziewasz się mini dzieł sztuki, a dostajesz przaśny kawałek mięsa polany sosem. Bo obowiązkowo nalewana z dzbanuszka zupa na nikim nie robi wrażenia, wszyscy tak teraz nalewają. W końcu o co chodzi? Dla konkursów im się chce, dla zdjęć na stronę też, a dla klientów już nie? Komuś się chyba pomyliły priorytety.

Problemy zaczęły się przy bezczelnie twardym schabie cielęcym podanym z grasicą, ziemniakami confit, puree brokułowym i Boczniakiem Królewskim (62 zł). Twarda cielęcina? Czy istnieje jakiś logiczny powód, by była twarda? No i ziemniaki – kompletnie bez smaku. Danie zgodnie oprotestowaliśmy odsyłając je do kuchni. W rewanżu na nasz stół trafia jadalny Rib Eye, który koi nieco ból serca, choć jest lekko twardy, a podany do niego sos koniakowy tłusty i… gorzki. To danie widoczne jest na górze.

A teraz porównajcie wygląd poniższych dań do tego, co znajdziecie tu (klik).

Wieża Wodna Pszczyna3Po lewej cielęcina, po prawej policzki wołowe.

Do tego miejsca było różnie, kwadratowo i podłużnie. Zaczynałam myśleć o Wodnej Wieży w kontekście czterech świnek. W sumie nie było większego powodu, by dać im mniej, ale i nie zasłużyli na piątkę. Zatem na osłodę zamawiamy sernik z sosem śliwkowym (21 zł). I wtedy zaczyna się jazda.

IMG_0014Sernik to nie jest skomplikowana rzecz, gotowe mielone twarogi można kupić w każdym sklepie, więc grudkowatości widocznego na powyższym zdjęciu ciasta nie usprawiedliwia nic. Podobnie jak faktu, że było zupełnie suche. To jest sernik, o którym szanująca się pani domu powiedziałaby, że jej nie wyszedł. Nawet jeśli mielą ser sami, to uprzejmie podpowiadam, że raz nie wystarczy.

I to jest dokładnie ten moment, kiedy należy poprosić szefa kuchni i przekazać mu swoje uwagi, bo jednak trochę się ich uzbierało. Jestem orędowniczką głośnego mówienia o tym, co jest nie tak. Jeśli kuchnia nie dostaje uczciwej informacji zwrotnej od klientów, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że będzie powielać te same błędy. A to nie jest dobre rozwiązanie dla żadnej ze stron.

Nie mamy na celu orania czyjejś delikatnej psychiki, lecz przekazanie kilku konstruktywnych uwag, więc prosimy do siebie szefa kuchni – Dominika Duraja. Zaczynamy od zupy z pora, później mówimy o cielęcinie. I tu robi się nieprzyjemnie. Szef kuchni, twierdzi, że cielęcina ma być twarda (!), bo on ją przygotował w mniej więcej 66 stopniach i tak ma być. Właściwie sugeruje, że jesteśmy osiołkami, gdyż nie poznaliśmy się na jego niebywałym talencie polegającym na podawaniu twardego mięsa i w związku z tym nie wiemy nic o jedzeniu. Po wyjściu zasięgam języka u kucharza z większym talentem i mniejszym ego. Ten zeznaje, że 60 stopni to dla cielęciny max.

Tak, zagotowałam się, bo potraktował nas z góry, bo był chamski, bo zachowywał się tak, jakby nam robił łaskę, że w ogóle dostępujemy misterium kosztowania potraw, które wyszły spod jego uświęconej ręki. Dużo mi już nie brakowało i w tym momencie struna została przeciągnięta.

Docieramy do sernika, więc najpierw podaję mu czystą łyżeczkę i podsuwam ciasto nietkniętą stroną, by spróbował i zrozumiał o czym właściwie rozmawiamy. Z obrzydzeniem odpowiada, że nie będzie po mnie jadł, a jakby chciał spróbować, to ma tego dosyć w kuchni. To ciekawe. Wszyscy szefowie kuchni, z którymi jadłam z jednego talerza, często tymi samymi sztućcami, to ludzie, którzy wydają ze swoich kuchni same petardy, jak dobrze naoliwione maszyny. Wydaje mi się, czy ciekawość smaków i opinii ma bezpośredni związek z warsztatem? Nie, nie wydaje mi się. Ale pewnie, rozsądniej jest serwować twardą cielęcinę oraz fatalny sernik żywcem wyjęty z zajęć w technikum gastronomicznym i twierdzić, że tak ma być. Nie ma tak, że spektakularne wnętrze i kilka sztuczek zahaczających o kuchnię molekularną to dość, by wszyscy bez wyjątku popadli w zachwyt, więc niech mi Pan nie pieprzy farmazonów, że cielęcina powinna być twarda jak sprzęgło!

Skoro Pan Dominik potraktował nas tak, a nie inaczej, skoro nie dało się z nim normalnie porozmawiać i nie był w stanie przyjąć żadnych uwag, skoro usiłował nam dowieść, że jesteśmy idiotami, a on bogiem i powinniśmy z nabożeństwem i wdzięcznością żreć wszystko, co nam da, to na koniec poluzowałam sobie zupełnie i deser podsumowałam tak: Wie pan co? Taki sernik baba na wsi robi lewą ręką, bo prawdą piastuje troje dzieci. W tym momencie po raz pierwszy od początku dyskusji wykazaliśmy zaskakującą zgodność: posłaliśmy sobie spojrzenia pełne hejtu, po czym się pożegnaliśmy. Nie pamiętam, by ktokolwiek w analogicznej sytuacji aż tak mnie zagotował.

Ktoś by powiedział, że cham, że bufon, a ja napiszę tylko, że w tym zawodzie bez pokory nie ma rozwoju. Przygotowywanie świetnych potraw to serce, skromność, smakowanie, słuchanie uwag, wyciąganie wniosków, nieustający rozwój i ciężka praca, a nie dowodzenie klientom, że są głupi. Z takim podejściem to nigdy nie będzie klasa światowa, tylko aspirująca prowincja, której się troszeczkę poprzewracało w głowie. Restauratorze, kucharzu, kelnerze, jeśli zapomniałeś kto jest twoim panem, przypominam: KLIENT. A jeśli nie jesteś w stanie się z tym pogodzić – zmień zawód.

Proszę, oto kolejna restauracja dostaje za darmo solidną porcję consultingu, który kosztuje konkretne pieniądze. A co z tym zrobią, to już nie moja sprawa.

Liczyłam na doświadczenie kulinarne na wysokim poziomie, w niezwykłym otoczeniu, zwłaszcza że dla tej kolacji przejechaliśmy klikaset dodatkowych kilometrów. Nie zawiodło tylko otoczenie i obsługa, co oczywiście jest bardzo fajne, tyle że do restauracji, jak sama nazwa wskazuje, przychodzi się dla jedzenia. I tak oto bezpieczna czwórka, adekwatna do dość nierównej, ale nadrabiającej policzkami wołowymi kuchni, zmienia się w trzy z potężnym minusem, za co wszyscy podziękujmy oklaskami rozdętemu do granic ego Pana Dominika Duraja.

pigs3

Magda

P.S. Wybaczcie jakość zdjęć, w półmroku ciężko o cuda bez lampy i robienia wokół siebie niepotrzebnego szumu.

Info

www fb
ul. Kilińskiego 5, 43-200 Pszczyna