Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Warszawa Wschodnia, Warszawa

Warszawa Wschodnia, Warszawa

www fb

ul. Mińska 25, Warszawa (na terenie Soho Factory)

IMG_3028

Nie jest to część warszawskiej Pragi ciesząca się najlepszą opinią, ale po skręceniu ze smutnej, ciemnej i trochę strasznej Mińskiej oraz minięciu szlabanu okazuje się, że trafiamy w zupełnie inne miejsce – Soho Factory to fabryczny krajobraz okraszony starymi-nowymi neonami, który sprawia, że zapominasz co zostało za bramą. Przyznam, że kiedy byłam tam po raz pierwszy, patrzyłam jak urzeczona na tę wyspę skarbów pośrodku mało atrakcyjnej części miasta. Do tego dołóżmy świetnie zorganizowaną, przeszkloną i nieco surową, a jednak przytulną Warszawę Wschodnią, w której roi się od cudzoziemców (jak oni tam trafili?!) i rodzimych białych kołnierzyków lub innych managerów średniego szczebla. To z kolei stanowi fantastyczne pole do obserwacji dla każdego socjologa, bo wieczorową porą przez ogromne okna widać jak na dłoni, kto przyszedł w poszukiwaniu lansu lub bogatego narzeczonego, a kto po prostu miło spędza czas. A my jak zwykle – dżinsy i tiszert z głupiomądrym napisem. W przeciwieństwie do Brasserie Warszawskiej tu nikt nie dał mi odczuć, że zamiast poczciwych trampek powinnam wyjąć z szafy pantofle z charakterystyczną czerwoną podeszwą, albo chociaż sztyblety z dyskretnym znaczkiem świadczącym o czymśtam. Być może powoli zaczynamy dorastać do świadomości, że ocenianie zasobności portfela klienta po opakowaniu może wprowadzać w duży błąd. A może to coś znacznie ważniejszego – zwykły szacunek, o który czasem tak trudno. I tu dochodzimy do kwestii bardzo istotnej – obsługa i kucharze absolutnie cudowni i niezależnie od wszystkiego należą im się te słowa. Dawno nie byłam w miejscu, w którym obsługiwano by mnie tak uprzejmie, serdecznie i troskliwie. Tak, to jest laurka dla ekipy Warszawy Wschodniej, choć nie całej, ale to się okaże później.

Teraz konkrety: grasica – średnia. Owszem, delikatna, miękka, w niezbyt ciężkim śmietanowym sosie, ale za to niemal bez przypraw, a przez to jałowa w smaku. Trochę rozczarowująca.

IMG_3019

Zupa borowikowa lekko gorzkawa, choć nie dramatycznie kiepska, dobrze doprawiona, a smak grzybów jednak wiódł prym, więc ogólne wrażenie gdzieś po środku skali.

IMG_3021

Halibut na toście podany z sałatką jarzynową, dość mikroskopijna porcyjka, ale nie w tym rzecz. Sam halibut bardzo smaczny, wędzony, dokładnie taki, jak ten, który kupuję nad morzem w pewnej budce. Budkę jeszcze z pewnością obfotografuję i opiszę, bo warto, ale wracając do Warszawy Wschodniej – sama ryba ma duży plus, sałatka świetnie się z nią komponowała, nie była przesadnie doprawiona, więc słony halibut wyrównał smak całości. Natomiast tost był koszmarnie twardy, nie mylić z chrupiący. Przypuszczam, że został zrobiony wiele godzin wcześniej i zdążył się konkretnie zeschnąć. Byłaby to przystaweczka na piątkę, ale nie jest.

IMG_3025

Sałatka z ośmiornicą lekko kwaskowa, dobrze przegryziona, sama ośmiornica bardzo w sam raz, nie gumowa, jednak nie jest to coś, co zamówiłabym ponownie.

No i t-bone steak – myślę, że najlepszym słowem będzie „poprawny”, dobrze wysmażony (jak zwykle chcieliśmy medium rare), dobrej jakości mięso, ale jakoś bez wodotrysków.

IMG_3026

Z drugiej strony należy docenić świeżość i jakość produktów, to przecież jedna z kluczowych kwestii. A z trzeciej wódka nie była tak zimna jak lubię. Była chłodna, a powinna być lodowata, niemal gęsta.

Samo miejsce, w zaskakującej lokalizacji, rewelacyjnie urządzone – dwie niezależne, otwarte kuchnie, w jednej sali stoliki, w drugiej działający 24/7 kontuar okalający kuchnię, przy którym można się posilić o dowolnej porze. I pogapić na pracę kucharzy, co uwielbiam i szanuję, bo znaczy to tyle, że nikt nas nie będzie próbował zrobić w bambuko podając coś, co właśnie zostało odświeżone płynem marki Ludwik S.

IMG_3093

Tyle w kwestii wizyty numer jeden. Już w jej trakcie uznałam, że to miejsce ma zbyt duży potencjał, by oceniać je po jednym wieczorze i kilku daniach. Poza tym chcę wrócić, bo mi się zwyczajnie podobało i dobrze się tam czułam.

***

Wizyta druga zupełnie przypadkiem nastąpiła dość szybko, bo zaledwie kilka dni później, w nieco zmienionym składzie udaliśmy się do WW w sobotni poranek w celu doprowadzenia się do porządku po piątkowym wieczorze. Wyjątkowo przyjemnie było patrzeć na przygotowania w kuchni, całe to energiczne zamieszanie związane z wejściem w nowy dzień. Dość długo byliśmy jedynymi klientami, więc zupełnie przypadkiem było to bardzo kameralne przedstawienie.

Zaczęliśmy od zup, czyli mój kapuśniak, okazał się być przyzwoitym. Nic ponadto powiedzieć o nim nie można, bo ani nie zwalił z nóg, ani nie był całkiem zły, po prostu środek skali, trochę za mało kwaśny, trochę za dużo pieprzu.

IMG_3077

Ale za to pyszna, gęsta i bardzo aromatyczna pomidorowa.

IMG_3078

I rosół z żółtkiem bardzo, bardzo dobry – idealnie spełnił swoje zadanie.

IMG_3079

Kilka kieliszków wina później zamówiłam śledzia w oleju lnianym – rewelacyjny, miękki, dobrze przegryziony i niemal kremowy, a jednak zwarty.

IMG_3080

Boeuf strogonow z kluseczkami kładzionymi – bardzo ciekawy, bo w delikatnym, kremowym pomidorowo-śmietanowym sosie. Sam smak – świetny. Minusem było dość twarde mięso.

IMG_3083

Gęsi pipek – niektórym smakował, a ja uważam, że był po prostu twardy w sposób, który nie pozwalał mi skupić się na smaku.

IMG_3084

Naleśniki z serem i dżemorem – stare, dobre naleśniki. Smakowały jak u mamy.

IMG_3085

Pierogi – dobre. Dobre to właściwe słowo – nie miały w sobie tej specyficznej finezji prostego w gruncie rzeczy farszu, ani rozpływającego się w ustach ciasta, więc nie napiszę, że były doskonałe. Brakowało im przede wszystkim przypraw. Ale były dobre i nie ma sensu się czepiać.

IMG_3087

I na koniec „kiełbasa Mateusza”, jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało, podana z ziemniaczanym puree.

IMG_3082

O ile sam Mateusz cały długi poranek kręcił się gdzieś w pobliżu, zagadywał i generalnie godnie pełnił rolę serdecznego gospodarza, to przy kartoflach pojawił się zgrzyt. Bo były niedobre, czego gospodarz był świadomy, bowiem wyraził wolę poszukiwania lepszych gatunków. No i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie taki oto krótki dialog:

– Mateusz, te ziemniaki nie są dobre – powiedział gość.

– To możesz ich nie jeść – rzekł na to Mateusz.

– To możesz ich nie podawać – usłyszał w odpowiedzi.

Przyszliśmy tam w większości zaspani i z bólem głowy. Przez kilka godzin siedzenia na wysokich stołkach zreanimowano nas do poziomu rozszczebiotanej, wesolutkiej jak szczygły gromadki. I nagle czar prysł. Zagadka: kto się na koniec obraził? Podpowiedź: nie my.

Wracając – kiełbasa Mateusza, jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało, była smaczna, trochę zbyt mocno czosnkowa, co odbierało jej równowagę smaków, ale zupełnie przyzwoita.

***

Kolejna wizyta. Tym razem środek dnia, kuchni szefuje Robert Kondziela, co stanowi miłą odmianę. Ten facet GOTUJE. Nie gwiazdorzy, nie dyskutuje, nie szuka zainteresowania, tylko gotuje. Koniec.

Mam wątpliwości czy to fortunne, że zarówno Mateusz jak i Robert wstępną tresurę przeszli U Kucharzy. Chyba nie ma między nimi ognia, różnicy zdań co do smaków i widać to w potrawach.

Ale wracając – była trzynasta, więc czemu nie menu lunchowe? Krem z bakłażana absolutnie boski, choć wygląda jak błoto. Wybaczyłam im wszystko, serio. Ta zupa była przepyszna, świetny balans smaków, aż mi na samo wspomnienie cieknie ślinka.

IMG_3136

A później dostałam od rzeczywistości w twarz najgorszym gołąbkiem z kaszą gryczaną w moim życiu. Z sosem śliwkowym. I puree z tych samych ziemniaków, o których pisałam wyżej, tylko mocniej przyprawionym. Hm, od czego mam zacząć chłostę? Pewnie najłatwiej będzie od początku – gołąbek był przede wszystkim bez smaku, nie było w nim niczego, co stawiałoby chociaż wątły opór słodyczy sosu, po prostu kapusta i kasza w słodkim sosie. Do tego był luźny, rozpadał się. Absolutna porażka.

IMG_3139

Spróbowałyśmy tego dnia jeszcze ogórkowej, smakującej jak w szkolnej stołówce i mięsnej wersji gołąbka, z tymi samymi niejadalnymi ziemniakami. Jakie to zaskakujące – ten też był bez smaku.

IMG_3138

O co chodzi z tymi przyprawami? Proszę państwa, przyprawy są po to, by jak sugeruje nazwa, przyprawiać nimi potrawy. Można to też rozumieć jako „podnoszenie walorów smakowych”.

I sernik z sosem z białej czekolady. Oto krótki wiersz o serniku: sos dobry, ciasto jak z osiedlowej cukierni w Kutnie – mierne okrutnie.

IMG_3143

***

I wszystkie kolejne wizyty… Bywam w WW regularnie, przyznam że jest to moja ulubiona knajpa, mimo niedociągnięć. Mają genialny tuk wołowy, który mogłabym jeść na śniadanie, obiad i kolację.

IMG_3197

Ale za to bardzo kiepski żurek – niby kwaśny, a nie do końca. Wodnisty, brak mu przypraw i charakterystycznej dla żurku przyspieszonej pracy ślinianek.

IMG_3191

Próbowałam tam też wielu innych rzeczy, ale to post, a nie książka, więc już odpuszczam. Mam ambiwalentne uczucia – z jednej strony pozostał niesmak po fochu, a z drugiej to miejsce ma spory potencjał, świetnie się w nim czuję, obsługa jest wyjątkowo uprzejma i sympatyczna, możliwość obserwowania kucharzy przy pracy to czysta przyjemność (cała ekipa liczy ich aż 21!). Z kolei z trzeciej strony jedzenie jest przyzwoite, nie wspaniałe, ale pewnie kiedyś może takie być, jeśli tylko nikt się nie będzie obrażał za niedobre ziemniaki. Są smaczniejsze potrawy, są słabsze – generalnie kuchnia lokuje się gdzieś powyżej środka skali. Na pewno szukają dobrych smaków i fajnie by było, gdyby je jak najszybciej znaleźli.

Mam wrażenie, że trochę za bardzo mieszają w menu – odwiedzam ich regularnie, czasem co dwa dni. Chciałabym, żeby zawsze, niezależnie od reszty menu, było kilka stałych i dopracowanych dań, jak na przykład zupa z bakłażana, która skradła moje serce. W ten sposób mogłabym zamawiać coś, co na pewno jest dobre i mi smakuje, a jednocześnie dawać szansę czemuś nowemu. Trochę mnie odpycha świadomość, że nie wiem w czym dzisiaj będę musiała wybierać i czy w ogóle mam na to ochotę. I czy będzie smaczne.

Trudno mi to miejsce jednoznacznie ocenić, bo trafiały mi się potrawy pyszne, trafiały kompletnie do dupy, było też kilka absolutnie przeciętnych. Ale dodając duży plus za klimat i bardzo uprzejmą obsługę – cztery świnki.

***

Update z 17 maja 2013: Jak widać z powyższego mam o WW już jako takie pojęcie, oprócz tego, co opisane jadłam tam też szereg innych rzeczy. Wczorajsza wizyta była sporym zaskoczeniem ze względu na FATALNĄ obsługę. Czas między złożeniem zamówienia, a dostarczeniem potrawy do stolika za każdym razem średnio wynosił pół godziny, co jest zaskakujące zwłaszcza w przypadku chłodnika, którego nie trzeba nawet odgrzewać. Raz w ogóle o nas zapomniano i zamówienie dotarło do kuchni dopiero, gdy złożyłyśmy je ponownie u innego kelnera. W ogóle było ich tam kilku, godzina siedemnasta, a więc mało ludzi, bo już po lunchowych tłumach, a jeszcze przed napływem kolacyjnych klientów. Kelnerzy kręcili się bez ładu i składu, na napoje również za każdym razem czekałyśmy absurdalnie długo. Nawet rachunek dostałyśmy po kolejnej półgodzinie. W ramach przeprosin miała dotrzeć nalewka, ale nie dotarła. Ogólne wrażenie – gorzej niż źle. I choć sytuację próbował ratować szef sali (czy też rewiru?), to niewiele jego zabiegi pomogły. Większość kelnerów wygląda jak oderwana od krojenia kebaba i siłą wciśnięta w białą koszulę. I dokładnie takie pojęcie mają o kuchni, nie wiedzą co jest, a czego nie ma, przyjmują zamówienie i znikają na zawsze. No jak rany! Albo porządna tresura i codzienne egzaminy z menu, albo to rozlazłe towarzystwo trzeba wymienić na nieco bardziej rozgarnięte i obrotne.

Teraz dwa słowa o jakości, która w miom odczuciu spada i to mocno, a więc czerwona lampka błyska już na całego. Wczoraj zamówiłam kaszankę, absolutnie niczym nie odbiegającą od tej, którą możemy dostać w dowolnym hipermarkecie. Dla mnie – niejadalna. Nie wspominając o pomidorze z kozim serem, który był pomidorem ze zwykłym krowim twarogiem z minimalną domieszką sera koziego, tak by uzyskać ledwie wyczuwalny posmak. I to jest tak, że trzydzieści osób się nabierze, a później przyjdzie taka małpa jak ja i nie da sobie wcisnąć ciemnoty. Na litość, przestańmy wreszcie wszyscy robić werbalnego lodzika Mateuszowi, tylko dlatego, że nazywa się tak, a nie inaczej. Jeśli daje ludziom takie rzeczy, to znaczy że jest przeciętnym kucharzem, o przeciętnym podniebieniu, koniec dyskusji.

Przestali też podawać wino na karafki, pewnie dlatego, że na kielkiszku się więcej zarabia. Kiedy tak sobie składam te klocki w całość, to wychodzi mi, że zaczynają się oszczędności. I zaczynają się nie od tej strony, co trzeba, bo pierwszym ruchem powinno być zastąpienie dwóch nierozgarniętych kelnerów jednym, ale za to szybkim. I tak do wyczerpania kelnerów, co pozwoli na znaczną redukcję personelu, ergo – oszczędności. Jak raz musiało wyjść inwestorowi z obliczeń, że mimo firmowania lokalu przyciągającym klientelę nazwiskiem, zyski nie są takie, jakby sobie życzył.

Wiem że WW to jest lans, można się otrzeć o wielki świat, bo serialowe gęby też bywają, można pooglądać mniej lub bardziej udane dzieła rodzimych chirurgów plastycznych i generalnie wieje luksusem. Przyznaję też, że to miejsce ma to coś, jakiś taki lep, który mnie do niego ciągnie, mimo, że po dobre jedzenie należy się udać gdzie indziej. Lubię je za wystrój, lubię za niesztampową lokalizację i przede wszystkim za otwarte kuchnie, bo nie ma większej przyjemności niż patrzenie na kucharzy przy pracy. Ale nawet moja cierpliwość ma jakieś granice i wczoraj wyglądałam rachunku jak kania dżdżu, bo po prostu chciałam się stamtąd wydostać jak najszybciej.

W tej sytuacji z czterech świnek robią się trzy, bo tuk, bo krem z bakłażana… I ani połowy więcej. Jest to bardzo, bardzo słaby wynik w kontekście całej wspaniałości przypisywanej temu lokalowi oraz w kontekście cen, które nijak nie przystają do tego, co zazwyczaj ląduje na twoim talerzu, kliencie. Nie mam najmniejszego problemu z płaceniem dużych rachunków, ale chcę mieć poczucie, że to co mi podano, jest tego WARTE.

Update z 23 maja 2013: Chyba wreszcie znalazłam klucz. Wczoraj późno wieczorem, by nie powiedzieć “nocą”, znowu mnie wywiało do WW. Byłam głodna, była północ, więc gdzie niby miałam pójść? I oto co się okazało: najbardziej gamoniowaty kelner z poprzedniego update’u został zwolniony. No i dobrze. Ponadto nocą jest zupełnie inaczej niż za dnia. Ok, bywałam tam już o różnych dziwnych porach, ale dopiero teraz do mnie dotarło, że właśnie nocą jest najlepiej. Przede wszystkim nie ma tłumów, jest czas, by zamienić z kucharzami dwa słowa, obsługa jest na piątkę i nie ma tego nieszczęsnego lansiarskiego towarzystwa z telewizora, konsumującego po liściu sałaty na głowę, przy którym zwyczajny klient staje się klientem drugiej kategorii.

A my zjedliśmy świetną pomidorową, nieco gorszy, ale wciąż przyzwoity rostbef, bardzo dobrego schabowego i rozpływającą się w ustach polędwicę wołową z cieniutkimi, smacznymi frytkami. Mogłabym się czepiać rostbefu, ale tego nie zrobię. U Jana Paukerta jadłam najlepszy w życiu i ciężko do tego poziomu dobić komukolwiek. Natomiast wołowina została najpierw mocno przeciągnięta, ale na tym właśnie polega urok nocy, że sobie z kucharzem podyskutowaliśmy i finalnie zrobił mi taką oto pyszność.

ww

Raczej tam już nie pójdę na lunch, chyba że się złamię, bo będzie krem z bakłażana. Raczej tam nie pójdę na kolację po poprzednich doświadczeniach. Ale nie odżegnuję się od wizyt nocnych lub wczesnoporannych, bo jak dotąd te właśnie były najlepsze. I niech będzie tuk. Zawsze.

I tu kończymy temat Warszawy Wschodniej, albowiem już mi się go nie chce ciągnąć, a wam pewnie czytać. Amen.

Ceny: od kilkunastu do 50-60 zł.

3 pigs

Magda


  • J.

    Magdo masz ewidentnie słabość do tego miejsca, bo wybaczasz zbyt wiele. Po raz pierwszy sie z Toba nie zgadzam, jedna naciagana swinka za jedzenie i postawe obslugi

  • Pingback: Nabo, Warszawa | Krytyka Kulinarna - jedzenie na okrągło()

  • Juli

    Byłam wczoraj ok. 22:00. Wszystkie stoliki pozajmowane, bo obok w Soho, Plejada rozdawała gwiazdki naszym „gwiazdom”. Jak tak czytam, to od 17:00 kelnerzy nie zdążyli się ogarnąć. Dotarłam ostatnia, jako 5 z towarzystwa. O kieliszek dla mnie trzeba było się dopominać, już nie mówiąc o dolewaniu wina. Na to, by zamówić, czekałam kolejne naście minut i kolejne na zamówioną szczawiową. Trwało to tyle, że podejrzewałam nawet, że wzięli sobie słowa posła Niesiołowskiego do serca i dopiero zbierają szczaw na pobliskim nasypie kolejowym. Dramat. Pierwszy wjechał chleb i kawałki suchej bagietki oraz masło. Talerzyka do tego nie dostałam, nie wspominając o nożu. Masełko widać nakłada się w WW palcem. Poratowałam się jednak nieopodal leżącym nożykiem towarzysza. Po kolejnych minutach po chlebku (jak już go z głodu wyjadłam), wjechała szczawiowa, bez szału. Żem sierotka czasami, a ręce z głodu bardzo mi się trzęsły, polałam się nieco po brodzie. I co w tej sytuacji? Musiałam skorzystać z chusteczki higienicznej, bo żadnej serwetki nie otrzymałam… Nieco już poirytowani opieszałością beznadziejnej obsługi udało nam się złapać panią, która obiecała zaraz przynieść rachunek. I tak upłynęły kolejne minuty w nerwowym oczekiwaniu, aż wreszcie będziemy mogli sobie pójść. Cała obsługa naszego stolika wyglądała trochę jakby przy okazji, jakby o nas zapominali, a tylko gdy stanęliśmy na drodze jakiegoś kelnera, przypominano sobie, że też jesteśmy gośćmi WW. Czułam się ignorowana przez obsługę, moi towarzysze również. Widać było, że są goście ważniejsi, z zasobniejszym portfelem, znaną buzią z tv albo chociaż z pudla, więc co im po kimś takim jak my. Przecież zostawiliśmy u nich tylko 250 zł…

  • Pingback: Gemo, Warszawa | Krytyka Kulinarna - jedzenie na okrągło()

  • Pingback: Szklarnia – nie wytrzymuje konkurencji /Warszawa | Krytyka Kulinarna()