Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Wilczy Głód – kombinacje nie zawsze udane /W...

Wilczy Głód – kombinacje nie zawsze udane /Warszawa

Do Wilczego Głodu trafiłam właściwie przypadkiem. Wybierałam się w inne miejsce, ale zdaje się, że już zamyka podwoje. Ach, ta warszawska rotacja! Każdy, kto przetrwa więcej niż rok, powinien odtrąbić sukces i otworzyć szampana. Ciągle się coś otwiera, ciągle się coś zamyka, jest kilka miejsc, które niemal na sto procent nie przetrwają zimy. Smutne, albo i nie. Ot, naturalna selekcja – klient głosuje portfelem. Czy ponownie oddam głos na Wilczy Głód? Raczej nie.

To nie jest miejsce dla wymagającego klienta. Wygląda jak inne tego typu knajpy i chyba coraz mniej im się chce. Menu wypisane kredą jest nieaktualne, nową wersję dostaję na papierze. Zastanawiam się dlaczego nie chciało im się tego zmienić w tak widocznym miejscu, jakim jest ściana przy wejściu? Na plus zaliczam to, że wpuścili mnie z psem. Małym, bo małym, ale jednak. Minusem jest fakt, że kelnerka zapomniała o soku, który zamówiłam. Ale za to była miła.

Z przystawek wybieram pkhali z buraka (17 zł), czyli pastę z buraka inspirowaną kuchnią gruzińską. Są w niej orzechy włoskie, których kompletnie nie czuć w smaku i kolendra, nieśmiało przebijająca spod monotonnej słodyczy buraka. Do tego kilka pestek granatu i trójkąty pity takie, jak wyszły z paczki, minimalnie tylko podgrzane. To jest bardzo słaba przystawka, nie ma w niej nic ekscytującego, nowego czy ciekawego.

IMG_6157

Honoru z pewnością bronią flaczki z boczniaka (14 zł), czyli mały ukłon w stronę wegetarian. Bardzo smaczna, gęsta, aromatyczna zupa z więcej niż uczciwą porcją grzybów. Jest szczodrze doprawiona i naprawdę pikantna. Bardzo rozgrzewająca i dająca nadzieję na lepszy ciąg dalszy. W Wilczym Głodzie nadal oddają cześć lekko już przechodzonej modzie na słoiki. Czasem to fajnie wygląda, ale warto się zastanowić nad aspektem praktycznym – tu słoik nie działa, bo zwęża się ku górze i skutecznie uniemożliwia wygodne zjedzenie zupy do końca.

IMG_6161

Później policzki wołowe z duszoną cebulą i sosem malinowym (32 zł). Policzki wołowe chyba zajmą poczesne miejsce w nowej porcji kulinarnych mód, bo aktualnie podają je wszyscy. Wszyscy. Nie, żebym miała coś przeciwko. Bardzo je lubię i chętnie zamawiam, bo to wdzięczny kawałek mięsa, a dobrze przygotowany jest genialnie delikatny. I tak też było tym razem – mięso jak masło, szał uniesień. I ten nieszczęsny sos malinowy, który pasuje jak pięść do nosa. Ktoś tu bardzo chce nadążać, ale tzw. odważne połączenia mu zwyczajnie nie wychodzą. Z dużym zainteresowaniem pochyliłam się też nad ceną, a właściwie tym, co w tej cenie otrzymujemy. Bo oto kelnerka pyta, czy chcę je z kaszą gryczaną? Te policzki. Odpowiadam, że owszem, może być. Na rachunku dopiero odkrywam, że kaszę policzono osobno, więc tych kilka kawałków łącznie z kaszą kosztuje już 37 zł. Mniej więcej tyle, co wyczesana przystawka u Brysia oparta na najlepszych dostępnych na rynku produktach.

IMG_6164

Deser jest tylko jeden, więc nie mam dużego problemu w wyborem. Galaretka z hibiskusa pod kruszonką z chałwy i palonego brązowego cukru (13 zł) jest zupełnie smaczną galaretką, na której znajdują się nijak do niej nie przystające smakiem kawałki chałwy i chrzęszczący pod zębami cukier, bo komuś się go nie chciało uczciwie skarmelizować. Chałwę i cukier odsuwam na bok i zjadam zupełnie smaczną galaretkę za trzynastaka. Ale hej!, to tylko galaretka.

Wilczy GlodMenu nie ma żadnej myśli przewodniej. Jest takie, aby każdy bez wyjątku znalazł coś dla siebie. Jak wiadomo jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził. Znajdziemy tu i chinkali, i ciasto filo, i fish and chips, i sałatki, i hummus, i śledzia, i pieczyste, i ajwar. Święta Tereso… Krócej by było wymienić czego tam nie ma.

Nie porywa mnie kuchnia w Wilczym Głodzie. Jest niedopracowana i przekombinowana jednocześnie. Chyba bardziej skupiłabym się na wydobyciu dobrych, jednoznacznych smaków, zamiast polewać policzki wołowe sosem z malin. Może gdyby te maliny były świeże i leżały obok? Może lepszym wyborem byłaby lekko kwaskowa pigwa? Mniejsza już jednak o to. Nie mam nic przeciwko tej knajpie, ale kombinować na talerzu powinni ci, którym to wychodzi. Karmiący kawałek dalej Kaskrut jest świetnym przykładem, choć i tam zdarzają się słabsze dania. Cała reszta powinna skupić się na stronie technicznej, poprawnym przygotowaniu dań i po prostu uczciwie karmić ludzi. To żaden wstyd, wprost przeciwnie. Nie każdy jest Baronem, który ma autentyczne przebłyski geniuszu i potrafi z pozoru dalekie od siebie składniki łączyć tak, że z wrażenia opada szczęka. I nie każdy musi nim być. Serio.

pigs3

Magda

Info

fb
ul. Wilcza 29a, Warszawa


  • Galaretka z hibiskusa wygląda obłędnie, z chęcią bym spróbowała.
    Pozdrawiam 🙂