Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel

Delikatesy Esencja, Warszawa

www fb

ul. Marszałkowska 8, Waraszwa

IMG_5375

Do Delikatesów trafiliśmy za namową znajomej i nie żałuję, bo miło spędziłam czas. Wnętrze nie przytłacza, sprawia, że czujesz się komfortowo, to ważne. Do tego super miła obsługa, której uśmiech nie schodzi z ust nawet, gdy zbyt wysmażony stek wraca do kuchni. Dobrze, dobrze, bardzo dobrze.

Moje osobiste wrażenia są takie, że czułam się tam bardzo komfortowo – chciana i ugoszczona. Tak właśnie powinno być, bez zadęcia, niepotrzebnego spinania pośladków, za to z serdecznością, uśmiechem i otwartością.

Wystartowałam z zupą z soczewicy nazwaną w menu zupą „tysiąca smaków”. Nie była najlepszą w moim życiu, bo najlepsza jest w Himalaya Momo, ale w miarę dobra, rozgrzewająca i sycąca. Trochę przesadzili z cynamonem i finalnie nie była „tysiąca smaków” lecz jednego smaku. W ogóle moja wizyta w Delikatesach była bliskim spotkaniem trzeciego stopnia z cynamonem.

IMG_5379

Ponadto na naszym stole wylądowała również pomidorowa – tu duży ukłon w stronę kucharza, bo smakowała dokładnie tak, jak ta, którą robię w domu z własnego przecieru.

IMG_5382

No i całkiem smaczne flaki, których nie lubię, więc może na ich temat wypowie się ktoś inny.

IMG_5383

Dalej wjechały kolejno: mój brie panierowany w płatkach migdałów na mieszance sałat z dressingiem… cynamonowym. Mam dość cynamonu na jakiś czas, choć wydawało mi się, że go lubię. Chyba się w Delikatesach trochę jednak przecynamonowiłam. Tu niestety nie było dzikiego szału, choć wygląda bardzo apetycznie. Ser był właściwie bez smaku, więc nie przełamywał jednostajnie słodkiego sosu i pomarańczy. Myślę, że brie jest do tej sałatki zbyt mało wyrazisty i w kontraście z bardzo charakterystycznym sosem przegrywa, brakuje równowagi smaków.

IMG_5387

Poniżej steak, który jak już wspomniałam wcześniej najpierw dotarł zbyt wysmażony, więc wrócił do kuchni. Po chwili otrzymaliśmy już mięso idealnie medium rare. Było naprawdę pyszne, do tego puree z ziemniaków, które smakowało jak to domowe. Hej, mięsożercy – będziecie zadowoleni!

IMG_5384

No i krewetki z soczewicą – spośród wszystkich potraw startujących tego dnia w wyścigu – idące łeb w łeb z pomidorową i steakiem. Bardzo smaczne, stanowiące nieco inne połączenie niż te powszechnie praktykowane. Soczewica się tu genialnie odnalazła, do tego krewetki takie w sam raz, w żadnym wypadku nie gumowe i pozbawione przewodu pokarmowego, co bardzo sobie cenię.

IMG_5388

Na koniec oczywiście desery, miał być jeden, a skończyło się na trzech.

Panna cotta z sosem z owoców granatu trochę dziwna, miałam wrażenie że z domieszką gipsu. Serio, tak smakowała.

IMG_5393

Tort bezowy natomiast z pewnością nie miał w sobie ani gipsu, ani cementu – był bardzo smaczny, wilgotny i ciężki od słodyczy w środku, miło chrupiący z wierzchu. Jeśli lubicie takie rzeczy, to się nie zawiedziecie.

IMG_5391

No i mój dwusmakowy mus czekoladowy. Świetny, zwłaszcza górna część z białej czekolady, z chęcią zjadłabym go ponownie. Co prawda lekko słonawy spód – w sumie całkiem sensownie przełamujący słodycz musu – był mi do niczego nie potrzebny, ale to dlatego, że w mojej kulinarnej pamięci najlepszym musem czekoladowym był ten, który wiele, wiele lat temu, mieszkając jeszcze w kraju bagietki i wina, dostałam na urodziny od Pascala B. – w ogromnej misce, bez żadnych dodatków. Po prostu wielka micha wściekle kalorycznego szczęścia. Wciąż uważam, że był to najlepszy mus czekoladowy jaki jadłam w życiu. A ja nawet nie lubię słodyczy.

Ale wracając – zobaczcie jakie to ładne, choć chętnie bym zjadła ten deser w uproszczonej wersji, czyli miseczkę musu z białej czekolady i nic więcej.

IMG_5390

Podsumowując – miłe miejsce z naprawdę dużym potencjałem. Jest szereg rzeczy, nad którymi spokojnie mogą jeszcze popracować, np. nad stekami, sosami, nad ograniczeniem nieco ilości cynamonu we wszystkim, może nawet w niektórych przypadkach do zera. Drinki mogłyby być mocniejsze, ponieważ po trzech wyszłam taka jak weszłam, a chciałabym być chociaż trochę wesolutka (cena za sztukę 22 zł., razy trzy). Ejże! Istnieją miejsca, z których wychodzi się mocno chwiejnym krokiem po tej samej ilości drinków, do tego w tej samej cenie.

Z drugiej strony kilka potraw było na naprawdę przyzwoitym poziomie, może jeszcze nie wybitnych, ale na dobrej drodze. Do tego atmosfera, którą stwarza i obsługa, i właściciele jest czymś, co bardzo sobie cenię – ktoś o mnie dbał, czułam się komfortowo, czyli dokładnie tak, jak powinnam się czuć przychodząc na miły sobotni obiad. Podobała mi się prostolinijność właścicielki, pytania o to co nam smakowało, wysłuchanie naszych uwag bez focha. Stąd przypuszczam, że chcą pracować nad podniesieniem jakości, a to szanuję. W ogóle obsługa każdą porażkę brała z uśmiechem na klatę i bez szemrania starała się poprawić, a to jest niezwykle rzadkie.

Przyjemne miejsce i na obiad z przyjaciółmi i na randkę, i żeby wpaść z laptopem popracować. Na pewno jeszcze wrócimy, choćby po to, żeby sprawdzić jak się ma sprawa drinków i cynamonu.

Poniżej rachunek za cztery osoby.

IMG_5395

Ode mnie cztery świnki.

4 pigs

Magda