Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Think Love Juices – jedz, płacz, płać

Think Love Juices – jedz, płacz, płać

O zdrowej diecie wiem kilka rzeczy na pewno: nie musi być droga, to co modne wcale nie znaczy jedyne zdrowe, oraz knajpy, które pozycjonują się na półce „zdrowe” zwykle zdzierają z nas skórę i sieją spustoszenie w portfelu. Może więc na załączonym przykładzie porozmawiajmy o micie „zdrowo=drogo”.

Utrwalanie durnego stereotypu, że zdrowe odżywianie jest dla bogatych jest jedną z bardziej wkurzających i niesprawiedliwych rzeczy. Przypuszczam, że wiele osób nawet nie próbuje wprowadzić dobrych zmian do swojej diety i decyduje się na dyskontową paszę, bo tkwi w błędnym przekonaniu, że aby jeść zdrowo, trzeba zarabiać od biedy cztery średnie krajowe miesięcznie.

img_8132

Te wszystkie modne młode jęczmienie i inne chie tylko ten stereotyp pogłębiają, bo rzeczywiście nie są tanie. Tylko nie one jedyne są zdrowe, wiec nie popadajmy w paranoję. Nie lubię mieć poczucia, że ktoś robi ze mnie idiotkę. I przyznam, że 150 zł za zdrowe śniadanie dla dwóch osób w takie poczucie mnie wbija, a przy okazji w głowach wielu osób pogłębia stereotyp, o którym napisałam wyżej.

Od czasu, kiedy odstawiłam pszenicę, zdecydowanie bardziej przychylnym okiem patrzę na te wszystkie „zdrowe” knajpki. Bo łatwiej się dogadać, bo być może dadzą mi większą szansę na zjedzenie czegoś, co mi nie zaszkodzi. Właśnie dlatego umawiam się z kumpelką na późne śniadanie w Think Love Juices. Menu jest całkiem rozbudowane, mają aktualnie modne koktajle (które lubię, bo można w nich upchnąć dużo warzyw i owoców), jest modnie i ładnie, oraz dużo bieli, tu znana aktorka, tam blond prezenterka. Znaczy się jesteśmy w obowiązującym w tym sezonie trendzie. To teraz proszę jeszcze o zdrowe i smaczne jedzenie i wszyscy będą szczęśliwi.

Obie zaczynamy na słodko i z koktajlami. Monika wybiera nasiona chia z mlekiem kokosowym, mango i miętą (16 zł). Podoba mi się, że niektóre rzeczy podają w zakręcanych słoikach, więc możesz je po prostu zabrać ze sobą. Chia jest chią, a puree z mango puree z mango, nie ma się nad czym rozwodzić – rzecz prosta, smaczna i łatwa do przygotowania w domu. Ja natomiast wybieram pudding ryżowy z mlekiem kokosowym, wiórkami kokosowymi i owocami (16 zł). Doceniam czarny ryż, ale sam pudding jest tak twardy, że ciężko wbić łyżkę, a owoce zdecydowanie przesłodzone, więc mam z tego startu trochę mniej przyjemności, niż moja towarzyszka. Ale trzymam się twardo i poddaję dopiero w połowie słoika, kiedy wydobycie zawartości wymaga tyle wysiłku, że spalam więcej kalorii, niż zjadam.

img_8130

img_8134

img_8136

Ponieważ mój zapas acai dawno temu się skończył i ciągle nie miałam czasu, aby go uzupełnić, decyduję się na smoothie z acai właśnie (25 zł). Cena trochę mi unosi brew, ale acai nie jest najtańszym produktem, więc niech będzie. I tu pojawia się problem, bo zamrożona pulpa z acai sprzedawana jest w porcjach po 200 g, a kilogram tego przysmaku kosztuje w detalu nieco poniżej 60 zł, czyli około 12 zł za małe opakowanie „na raz”. I to usprawiedliwia cenę koktajlu. Zgodnie z menu w moim koktajlu miał być jeszcze tylko banan i kostki lodu. Wiem jak smakuje taki miks, bo wiele razy robiłam go w domu. Szacuję, że tutaj w koktajlu znalazła się może 1/4 opakowania acai, pół banana i sporo wody. Realny koszt? Jakieś 4 zł. Ja rozumiem food cost, rozumiem wszystkie koszty związane z utrzymaniem knajpy, ale to było tak rozwodnione, że aż niesmaczne. I gdzie w tej szklance jest moje zdrowie, za które tak słono płacę? Nie lubię, kiedy ktoś robi ze mnie idiotkę, ale ja mam swoją tubę i właśnie jej używam. Jeszcze bardziej natomiast nie lubię, kiedy ktoś robi idiotów z ludzi, którzy nie są tego świadomi.

img_8135

I dalej też będziemy rozmawiać o pieniądzach, bo oto na stół wjeżdżają jeszcze trzy potrawy: gryczane kofty z garam masalą, musem z żółtego buraka, odrobiną sałaty i granatem w oszałamiającej cenie 34 zł. Kofty są smaczne, ale porcja raczej z kategorii „dla wiotkiej kobietki”. I teraz tak: kasza gryczana – tania, kleks musu z buraka – tani, trochę sałaty – tanie, zioła, które były w menu – tanie, bo ich nie ma. Dressingu brak, więc też tanio. To danie jest tanie niesłychanie, więc dlaczego w karcie kosztuje dużo? Jak się dowiecie, to dajcie znać.

img_8141

Zupa miso także nie jest drogim daniem, ale w Think Love Juices kosztuje 21 zł. Gdybyż, ach, gdybyż była uczciwa, to pies trącał cenę. Ale jest rozwodniona do nieprzytomności, a więc właściwie pozbawiona smaku, więc bardzo uprzejmie dziękuję pani kelnerce i proszę, żeby ją zabrała do kuchni. Strasznie droga woda.

img_8140

Na dobicie frittata ze szpinakiem, kawałkiem pieczonego pomidora, pieczarką, awokado i hummusem (27 zł). Nie jest mi dane dowiedzieć się z czego został zrobiony podkład, bo kelnerka nigdy z tą informacją nie wraca, wiem tylko, że jest trochę twardy, zbity i suchy oraz, że nie bardzo przypomina puszysty omlet, którym powinien być. Właściwie bliżej mu do jakiegoś rodzaju placka kukurydzianego. Awokado to awokado, miło, że dojrzałe, ale za tu hummus bardzo zręcznie doprawiony. Natomiast szpinak kompletnie bez smaku.

img_8138

Zjadłam co następuje: pół słoika ryżu, który miał być puddingiem, trochę hummusu, pół pomidora, trzy rzodkiewki i ćwiartkę awokado, a popiłam to wszystko rozwodnionym koktajlem z powidokiem smaku banana i domniemaniem obecności acai. Niewiele. I ponownie – gdyby to wszystko brawurowo broniło się smakiem, było paluszki lizać i od serca – nawet bym nie kwęknęła na rachunek i dobrze o tym wiecie. Na rachunki, które są grubą wielokrotnością nie kwękam. Ale niestety, w Think Love Juices poczułam się jak frajerka, która dała się nabrać na ładne opakowanie i dobry marketing. A szkoda, bo idzie za tym miejscem i pomysł i fajna lokalizacja, w teorii powinna iść jeszcze jakaś filozofia. Inna, niż „gimme your money!”.

Podsumowując – relacja ceny do jakości i wielkości porcji jest wysoce niezadowalająca. Proponuję albo zrównać ceny z jakością, albo poprawić tę drugą, aby ta pierwsza tak bardzo nie kłuła w oczy.

Rachunek.

pigs2

Magda

Info

fb
ul. Francuska 14, Warszawa

 


  • katka

    Ja uważam, że takie miejsca są bardzo potrzebne i powinni tam chodzić wszyscy lanserzy, płacić i płakać 😀 Jak ktoś musi koniecznie jadać te wszystkie chie, acai i inne zamiast rodzimych tanich superfoodów, no to niech sobie cierpi 🙂

    • Magda

      Spoko, ale tam przychodzą też zwykli ludzie, nie żadni lanserzy i wkurza mnie, że są robieni w bambuko. Nie spoko.

  • Agnieszka Przybysz

    A ja i tak wolę porządnego tatara 🙂
    Choć używam acai i chia, ale bez szaleństwa.

    Za miesiąc będę w Stolicy i szukam tatarów z Twojego wpisu.

    Fajny wpis pozdrawiam.

  • Też mnie to wpienia! Dysproporcja stosunku kosztów produkcji do ceny jest bardzo często olbrzymia, i myślę, że w bardzo różnych typach restauracji tudzież knajp można to zauważyć. A na fastfoodach finiszując – bo ile kosztuje 1 kg ziemniaków? 1-1,5 pln. A porcja fryt w zależności od miejsca od 5 peelenów po nawet kilkanaście za belgijskie i inne takie. Niezła przebitka. A i tak w 8 na 10 miejsc dostaniesz je najtańszy sort z mrożonki.
    Tylko – tak jak piszesz – kiedy dostajesz pyszne jedzenie, z dobrych produktów, to cena aż tak nie boli.
    A świadomość bycia robionym w bambuko irytuje. Nieuczciwi „restauratorzy” zwąchają każdą okazję. Teraz jest silny zwrot w stronę zdrowego jedzenia, więc zacierają rączki ile to na zdrowo jedzących utłuką. Ostatnio miałam nieprzyjemność pić świeżo wyciskany sok jabłko – burak na mieście. 16 pln i był tak rozwodniony, że było tam może 1/4 jabłka i 1/4 buraka. Myślałam że szlag mnie trafi 🙂 To było na wynos i nie mogłam się wrócić niestety bo byłam juz spóźniona. I tu puenta – trzeba częściej protestować, zwracać taki szajs i opisywać takie praktyki. Brawo Ty! Pozdrawiam!

    • aga

      zgadzam się mocno, że z cenami przesadzają, no, ale jak kilo ziemniaków w sklepie kosztuje 1 zł – to Pan nie kupi frytek za 3 zł ! Trzeba się z tym liczyć – idziemy do knajpy (tj. jemy u kogoś – ktoś płaci za lokal, ktos przygotował to jedzenie – pojechał samochodem, kupił, przywiózł, obrał, ugotował, podał (na wczesniej kupionym talerzu i dał widelec) do stołu (który wcześniej kupił i krzesło na którym sie siedzi tez kupił), siedział ktoś przy zapalonym świetle – za który płąci właściciel i zrobił ktoś siusiu – do kibelka który postawił właściciel i dał papier do podtarcia i mydełko), ba – za które zapłącił/zapłaci właściciel ! jeszcze koszt utrzymania lokalu, pensji dla kucharza, kelnera, ludzi od PR i marketingu, no i jeszcze coś by szef zarobił…. Po prostu jak kogoś nie stać – nie chodzi do restauracji 🙁 ja sama często płacze jak widze te ceny 500% za wysokie od tego jakie powinny, ale sztab ludzi i ogromny wkład (finansowy) właścicieli niestety musi się zbilansować….