Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel

Stara Praga, Warszawa

ul. Ząbkowska 13, Warszawa
http://www.caffee.stanowski.pl/o-nas

Do Starej Pragi wybraliśmy się kulkuosobową grupą. Było niedzielne popołudnie, a zatem idealny moment, by coś przekąsić. Miłe miejsce, które jednocześnie jest galerią, a więc można kupić krzesło, na którym się siedzi. Trafiają do mnie takie pomysły.

Zaczęliśmy od grzanego wina, które okazało się być podgrzanym wytrawnym winem z plasterkiem pomarańczy. Zobrazuj to sobie, drogi Czytelniku – zero przypraw i cukru/miodu.
Podanym w miniaturowej szklaneczce.
W cenie 8 zł.

Dość długo też musieliśmy czekać na te cuda, choć zaznaczam, że w lokalu nie było dzikiego, wygłodniałego tłumu. Złożyliśmy zamówienie i już po czterdziestu minutach oczekiwania poczuliśmy pierwsze zniecierpliwienie. Kelnerki kompletnie nie zwracały na nas uwagi, więc po godzinie po prostu zapłaciliśmy i wyszliśmy.

Być może jest to miły lokal, być może serwuje świetne jedzenie, choć tego się już nie dowiem, jednak nic nie psuje tak interesu, jak zła obsługa. Prawdopodobnie gdybyśmy zostali w uprzejmych słowach uprzedzeni o długim czasie oczekiwania, to spokojnie byśmy dotrwali. Być może gdyby jedna z kelnerek zechciała co kwadrans do nas podejść i zapytać, czy czegoś nie potrzebujemy – wypilibyśmy znacznie więcej. Cóż, pewnie jest jeszcze szereg innych „być może”, ale ja pasuję. Zwłaszcza, że później trafiliśmy tam, gdzie jeść dają pysznie, więc nie ma tego złego. Ale o tym już w innym poście.

Magda

Słaba obsługa i drogie krzesła 😉 A tak serio – wszystko jest już powyżej.

Jacek

*  *  *

Jako lokalna patriotka, ciągnę tych swoich biednych przyjaciół i znajomych po wszystkich lumperiach i kasablankach na warszawskiej Pradze. Jestem dumna, gdy uda mi się coś znaleźć dobrego i strasznie się wstydzę, gdy znalezione przeze mnie znalezisko okazuje się zaśniedziałą na zielono tombakową obrączką.

Moje pierwsze kulinarne zetknięcie ze „Starą Pragą” to czerwiec 2012. Na stół wjechało danie proste, lecz przepyszne – makaron (nie pomnę jaki) amatriciana, z przepysznym boczusiem i kremowym pomidorowym sosem. Mój współtowarzysz raczył się drobiem, a wcześniej na stół wjechała zupa dnia, jakaś lokalna hiszpańska specialite de la maison, o czym opowiadał nam kucharz, który specjalnie dla nas wyszedł zaraz po podanych daniach z zaplecza, by się z nami podzielić – z czego robi potrawę, jakie jest jej pochodzenie, itd. Wyszliśmy zachwyceni i dopieszczeni, a później polecaliśmy ją wszystkim.

Do czasu ostatniej wizyty. Studentki w rolach barmanek/ kelnerek unikają wzroku klientów jak zarazy. Na zamówione dania nie sposób się doczekać. Żadnej poczekajki na zapchanie gęby głodnego klienta. Ceny za napoje jak w Śródmieściu. Na Boga, ktoś się chyba na głowy pozamieniał. A do tego tłumaczenie: „Bo kucharz ma tylko cztery palniki”. E? A co mnie to obchodzi, proszę szanownych prowadzących przybytek? Ja tam przyszłam dobrze zjeść, nie czekać do następnego wieczora na – uwaga – makaron. Na Pradze jest wiele innych miejsc, w których się miło siedzi nad herbatą – ale one nie oferują dań, tylko ewentualnie kanapki. Zatem należy się zdecydować – albo herbaciarnia, albo restauracja.

Dwie świnki – za poprzedni raz, gdy dano nam jeść dobrze. Tylko dwie – bo niedawna wizyta była poniżej wszelkiej krytyki. Kulinarnej też – bo do jedzenia nic nie dostaliśmy.

Efa