Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Gdzie zjeść nad Wisłą? Gramy przeboje nadchodząceg...

Gdzie zjeść nad Wisłą? Gramy przeboje nadchodzącego lata!

Na ten post poświęciliśmy niemal cały długi weekend. Przeszliśmy od Mostu Gdańskiego, aż do Łazienkowskiego. Knajpa-po-knajpie. Bardzo to była interesująca wędrówka. Doświadczyliśmy pozbawionego smaku chłodnika podanego na gorącym talerzu, rozpadających się pierogów czy starych ryb, które miały być sardynkami, a wyglądały jak wygrzebane z zapomnianego przez Boga kąta zamrażarki umęczone trupki. Dawno temu, na zlecenie ojca, łowiłam ukleje w Jeziorze Niegocin, były podobnej wielkości. Zieloną wędkę miałam, pamiętam do dziś. Ojciec później wyciągał na te ukleje ładne sztuki. Niestety to tyle, jeśli chodzi o przyjemne skojarzenia, bo wniosek z tej wycieczki płynie taki, że z naprawdę dobrym jedzeniem jest nad Wisłą raczej cieniutko. Dyskont, dolna półka.

Knajp nad Wisłą jest huk. Ludzi nad Wisłą jest huk. Latem nad Wisłę przenosi się życie. A życie ma to do siebie, że weryfikuje jedzenie, które ssie. Albo przynajmniej taką mam nadzieję. Tak więc lista jest krótka, ale jak zwykle rzetelna. Smacznego.

1. Munchies Warsaw na barce Wynurzenie

IMG_5709

Pisałam o nich kilka dni temu. To jest bardzo fajny poziom, świetne umiejętności kucharzy, ciekawe połączenia smaków i rozsądne ceny. Zdecydowanie rekomenduję to miejsce, jeśli chcecie zjeść uczciwie, niebanalnie i w rozsądnej cenie. Podpowiem, że chłopcy pracowali niegdyś w Atelier Amaro i tę otwartość na ciekawe smaki czuć w ich jedzeniu.

2. Thaisty Street Food

thaisty

Myślę, że Thaisty na placu Bankowym znacie wszyscy. Ich zupa z pieczonej kaczki słusznie owiana jest już legendą. Thaisty Street Food nad Wisłą to znacznie krótsze menu, wina w bardzo dobrych cenach (z naciskiem na „bardzo”), naprawdę niezłe zielone curry (wege), przyjemnie pikantne czerwone (z kurczakiem) czy lekkie spring rollsy. Bardzo fajne smaki, adekwatne do miejsca i okoliczności ceny oraz uzasadniona kolejka non stop.

3. Coco Bowls

coco_bowls

Sąsiad Thaisty i zdrowa alternatywa w jednym. Bardzo to odświeżające wśród grilli i hamburgerów. Dostaniecie u nich oparte na acai smoothie czy koktajle. O acai pisałam w tekście o naszych ulubionych spożywczych dopalaczach. Można „dnia następnego”, a można też zamiast dnia poprzedniego. Zdrowa, lekkostrawna porcja witamin i energii. W sumie chciałabym ich mieć gdzieś pod ręką, tak żeby można było w kapciach wyskoczyć po śniadanie. Po wiszących bananach ich poznacie. Ale pamiętajcie, że zwykle wyprzedają wszystko do szesnastej.

Reszta jest czasem śmieszna, czasem straszna, a czasem wywołuje tylko wzruszenie ramion.

Smuci mnie natomiast Fiesta i Siesta, całkiem przyjemna knajpka, która serwowała przyzwoite hiszpańskie tapasy. Właściwie miała być pewniakiem i od niej zaczęliśmy. Przy zajętych niemal wszystkich stolikach byliśmy jedynymi, którzy zamówili pełny przegląd hiszpańskich przekąsek, jakie w tym momencie mogli nam wyserwować: pimientos de padron (wciąż niezłe), krokieciki z szynką serrano (dobre), chorizo (lekko pikantne, w nieprzytomnie tłustym sosie, smaczne), empanadas (letnie i niejadalne), czy te nieszczęsne rybki, które w sumie nie wiadomo czym były, bo sardynki się skończyły, ale po namyśle jednak coś wykopali. A mogli odpuścić, bo gdyby nie one, to po prostu bym ten kiełbasiany cyrk przemilczała. Choć prawda jest taka, że sami się doprosiliśmy, bo najpierw zaproponowali nam to, co jadła cała reszta. A cała reszta jadła dwie rzeczy: kiełbasę właśnie lub karkówkę z grilla. ¡Olé!

fiesta_i_siesta

I nie dlatego Fiesta i Siesta serwuje karkówkę na tle hiszpańskiej flagi, bo lubią, jak jedzenie nie ma związku z nazwą i wystrojem, lecz dlatego, że jest to najbardziej pożądane przez klientów danie. Pamiętam to miejsce z ubiegłego roku. Zjadłam tu kilka dań na zupełnie znośnym poziomie i z ewidentnie hiszpańskim rodowodem. Karkówki nie było. I teraz tak: ktoś chce robić fajne rzeczy, karmić ciekawie, dać alternatywę, a na to wszystko przychodzi prawdziwy Polak przez duże „Pe” i mówi, że on chce kiełbasę, bo się czuje nieswojo jak jest daleko od domu. Hołubiec!

Nie wiem co tu zaszło, ale nie podoba mi się to. Swoją drogą to ciekawy temat do dyskusji. Bo niby „nasz klient, nasz pan”, ale może jednak gdzieś jest koniec tego koncertu życzeń? Na przykład przy słowie „kiełbasa”.

Magda

P.S. Macie swoje ulubione jedzeniowe miejscówki nad Wisłą? Dajcie znać, może przegapiliśmy coś ciekawego i warto wrócić.