Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Restauracje z zakazem wstępu dla dzieci – ta...

Restauracje z zakazem wstępu dla dzieci – tak czy nie?

Od czasu, kiedy popełniłam tekst o dzieciach w restauracji przylgnęła do mnie etykietka „tej blogerki, która nie lubi dzieci”. Jest to jasny sygnał, że Polacy desperacko potrzebują lekcji z czytania ze zrozumieniem, bo tekst nie jest o dzieciach, tylko o ich amebowatych rodzicach. Uwaga – ten tekst również nie jest o dzieciach. Cała Polska w szoku.

Ostatnio coraz więcej mówi się o tym, czy restauracje z zakazem wstępu dla dzieci mają sens. Zaczęło się od pewnej włoskiej knajpy, która takie ograniczenie wprowadziła i… okazało się, że – ku ogólnemu niedowierzaniu – to był strzał w dziesiątkę. A przypominam, że Włochy to kraj wyjątkowo dzieciolubny, więc zaskoczenie tym większe. Choć coraz częściej pojawia się ostatnio w mediach, to tego rodzaju dyskusja jest w Polsce – póki co – wyłącznie teoretyczna, bo z tego co wiem tylko Atelier Amaro wprost komunikuje, że nie jest miejscem dla bobasów. I ja się z tym zgadzam – nie jest. I kto wie, może powstanie więcej takich miejsc? A właściwie pójdę o krok dalej, bo skoro wszyscy sobie na ten temat teoretyzują to ja też, i się tak głośno zastanowię: może to jest jakiś pierwiosnek odpowiedzi na terror macierzyństwa, który przetacza się przez świat? Bo się przetacza i wszyscy o tym doskonale wiemy. A spróbuj coś powiedzieć, to ci łeb urwą.

Znam dzieci, jedno ma na imię Karol, które były na kolacji u Amaro, choć wówczas były jeszcze mocno nieletnie. Ale te dzieci o imieniu Karol były tam dlatego, że jara je gastronomia i przeżywały wizytę bardziej, niż rodzice. I ja to rozumiem, i ja to szanuję. Ale takich dzieci jest mało, większość ma gdzieś kunszt szefa kuchni i jedyne, co je w życiu interesuje to dobra zabawa. W sumie teraz zdałam sobie sprawę, że ostatnia część tego zdania dobrze pasuje też do mnie, ale nie o tym jest ten tekst. Po co więc ciągnąć ze sobą dzieci w miejsce, które je kompletnie nie kręci, jeśli zamiast niego można wybrać coś, co będzie odpowiadało wszystkim zainteresowanym? Czy to nie jest troszeczkę… egoistyczne? Że tak uderzę w madczyną nutę.

Oczywiście typowa internetowa madka… Ach właśnie, może najpierw przybliżmy profil typowej madki. Madka (od angielskiego „mad”, czyli szalona) grasuje głównie w internecie. Ma horom curke, zdanie na każdy temat i lepiej, żeby nie wpadła do ciebie zostawić jakiegoś komcia. Póki co moja styczność z madkami ogranicza się jedynie do śmiesznych profili na fejsie i może z dwa razy w życiu musiałam kogoś takiego zbanować, więc powiem Wam, że żyję w naprawdę luksusowej bańce. Piszę o madkach dlatego, że dotykam delikatnego tematu (każdy, który dotyczy dzieci jest delikatny, gdybyście jeszcze nie wiedzieli) i jest szansa, że cała moja cywilizowana społeczność może dzisiaj pójść na czołowe z jedną madką, która postanowi nam się tu zaprezentować. Od razu uprzedzam – nie wdawajcie się w dyskusję, bo pokona Was doświadczeniem, ja później i tak przyjdę i posprzątam.

Tak więc typowa internetowa madka poczuje się obrażona samym faktem, że takie restauracje mogą istnieć. A ja uważam, że mogą i powinny. Z trzech prostych powodów:

 

1. Możliwość wyboru

Gastronomia rozwija się fenomenalnie. W ogóle uważam, że rynek się wysycił, przynajmniej w Warszawie, i jeśli ktoś chce startować z czymś nowym, to powinien mieć bardzo wyraźnie zarysowany pomysł, który jest inny, niż pizza/makaron/lunch za 25 zeta. Zieeew, to już było.

A skoro mamy taki wybór, skoro są propozycje dla wegan, dla celiaków, dla miłośników kuchni wszelakich oraz jest szeroka oferta dla rodzin z dziećmi, to czemu niby nie miałoby być knajp tylko dla dorosłych? Wszędzie jest mnóstwo obostrzeń. Nawet w parkach rozrywki na karuzelę można wejść powyżej pewnego wzrostu i nikt z tego powodu nie drze szat. Bo argument, że to wykluczenie jest inwalidą. Idąc tym tokiem myślenia stekownie wykluczają wegetarian, a knajpy wegetariańskie mięsożerców i tak dalej. I jakoś nikt nie płacze z tego powodu. Może dlatego, że to oczywista bzdura.

 

2. Wolnoć Tomku…

Teraz pomówmy o tym, na czym polega wolność. Otóż wolność polega na tym między innymi, że każdy w swoim biznesie ustala własne zasady gry. Ja na przykład nie pracuję ze słabymi markami, bo prywatnie także z nich nie korzystam, a restaurator może mieć życzenie, by jego restauracji nie odwiedzały dzieci. Ma takie prawo i naprawdę bez znaczenia jest to, czy decyzję podjął dlatego, że serwuje fine dining i najprzedniejsze wina, czy z przyczyn osobistych nie znosi dzieci, bo go popychały w podstawówce. Wolno mu taką decyzję podjąć, bo to jego restauracja i ma prawo prowadzić ją w taki sposób, jak mu się podoba. A reszta świata ma obowiązek to uszanować. Co więcej – uważam, że miałby wielu zadowolonych gości, także wśród rodziców. A dlaczego, to zaraz wytłumaczę.

 

3. Gatunek wcale nie specjalny – rodzic

Starzy to też ludzie. Nawet oni chcą czasem odpocząć od swoich rozkosznych dzieciątek. Wiem, są ludzie, dla których jest to niewyobrażalne, wynaturzone i najchętniej takich „złych” rodziców palili(ły)by na stosie. Ci ludzie są pierdolnięci i nie należy się nimi przejmować.

Jako zdeklarowana hedonistka uważam, że każdy ma prawo do chwili świętego spokoju, do randki z własnym facetem czy do zjedzenia czegoś dobrego we względnej ciszy. Tego rodzaju potrzeby to dobrze pojęte dbanie o własną równowagę psychiczną. Mam rację, mamuśki?

Magda

Spodobał Ci się tekst? To podaj dalej!