Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Restauracje z zakazem wstępu dla dzieci – ta...

Restauracje z zakazem wstępu dla dzieci – tak czy nie?

Od czasu, kiedy popełniłam tekst o dzieciach w restauracji przylgnęła do mnie etykietka „tej blogerki, która nie lubi dzieci”. Jest to jasny sygnał, że Polacy desperacko potrzebują lekcji z czytania ze zrozumieniem, bo tekst nie jest o dzieciach, tylko o ich amebowatych rodzicach. Uwaga – ten tekst również nie jest o dzieciach. Cała Polska w szoku.

Ostatnio coraz więcej mówi się o tym, czy restauracje z zakazem wstępu dla dzieci mają sens. Zaczęło się od pewnej włoskiej knajpy, która takie ograniczenie wprowadziła i… okazało się, że – ku ogólnemu niedowierzaniu – to był strzał w dziesiątkę. A przypominam, że Włochy to kraj wyjątkowo dzieciolubny, więc zaskoczenie tym większe. Choć coraz częściej pojawia się ostatnio w mediach, to tego rodzaju dyskusja jest w Polsce – póki co – wyłącznie teoretyczna, bo z tego co wiem tylko Atelier Amaro wprost komunikuje, że nie jest miejscem dla bobasów. I ja się z tym zgadzam – nie jest. I kto wie, może powstanie więcej takich miejsc? A właściwie pójdę o krok dalej, bo skoro wszyscy sobie na ten temat teoretyzują to ja też, i się tak głośno zastanowię: może to jest jakiś pierwiosnek odpowiedzi na terror macierzyństwa, który przetacza się przez świat? Bo się przetacza i wszyscy o tym doskonale wiemy. A spróbuj coś powiedzieć, to ci łeb urwą.

Znam dzieci, jedno ma na imię Karol, które były na kolacji u Amaro, choć wówczas były jeszcze mocno nieletnie. Ale te dzieci o imieniu Karol były tam dlatego, że jara je gastronomia i przeżywały wizytę bardziej, niż rodzice. I ja to rozumiem, i ja to szanuję. Ale takich dzieci jest mało, większość ma gdzieś kunszt szefa kuchni i jedyne, co je w życiu interesuje to dobra zabawa. W sumie teraz zdałam sobie sprawę, że ostatnia część tego zdania dobrze pasuje też do mnie, ale nie o tym jest ten tekst. Po co więc ciągnąć ze sobą dzieci w miejsce, które je kompletnie nie kręci, jeśli zamiast niego można wybrać coś, co będzie odpowiadało wszystkim zainteresowanym? Czy to nie jest troszeczkę… egoistyczne? Że tak uderzę w madczyną nutę.

Oczywiście typowa internetowa madka… Ach właśnie, może najpierw przybliżmy profil typowej madki. Madka (od angielskiego „mad”, czyli szalona) grasuje głównie w internecie. Ma horom curke, zdanie na każdy temat i lepiej, żeby nie wpadła do ciebie zostawić jakiegoś komcia. Póki co moja styczność z madkami ogranicza się jedynie do śmiesznych profili na fejsie i może z dwa razy w życiu musiałam kogoś takiego zbanować, więc powiem Wam, że żyję w naprawdę luksusowej bańce. Piszę o madkach dlatego, że dotykam delikatnego tematu (każdy, który dotyczy dzieci jest delikatny, gdybyście jeszcze nie wiedzieli) i jest szansa, że cała moja cywilizowana społeczność może dzisiaj pójść na czołowe z jedną madką, która postanowi nam się tu zaprezentować. Od razu uprzedzam – nie wdawajcie się w dyskusję, bo pokona Was doświadczeniem, ja później i tak przyjdę i posprzątam.

Tak więc typowa internetowa madka poczuje się obrażona samym faktem, że takie restauracje mogą istnieć. A ja uważam, że mogą i powinny. Z trzech prostych powodów:

 

1. Możliwość wyboru

Gastronomia rozwija się fenomenalnie. W ogóle uważam, że rynek się wysycił, przynajmniej w Warszawie, i jeśli ktoś chce startować z czymś nowym, to powinien mieć bardzo wyraźnie zarysowany pomysł, który jest inny, niż pizza/makaron/lunch za 25 zeta. Zieeew, to już było.

A skoro mamy taki wybór, skoro są propozycje dla wegan, dla celiaków, dla miłośników kuchni wszelakich oraz jest szeroka oferta dla rodzin z dziećmi, to czemu niby nie miałoby być knajp tylko dla dorosłych? Wszędzie jest mnóstwo obostrzeń. Nawet w parkach rozrywki na karuzelę można wejść powyżej pewnego wzrostu i nikt z tego powodu nie drze szat. Bo argument, że to wykluczenie jest inwalidą. Idąc tym tokiem myślenia stekownie wykluczają wegetarian, a knajpy wegetariańskie mięsożerców i tak dalej. I jakoś nikt nie płacze z tego powodu. Może dlatego, że to oczywista bzdura.

 

2. Wolnoć Tomku…

Teraz pomówmy o tym, na czym polega wolność. Otóż wolność polega na tym między innymi, że każdy w swoim biznesie ustala własne zasady gry. Ja na przykład nie pracuję ze słabymi markami, bo prywatnie także z nich nie korzystam, a restaurator może mieć życzenie, by jego restauracji nie odwiedzały dzieci. Ma takie prawo i naprawdę bez znaczenia jest to, czy decyzję podjął dlatego, że serwuje fine dining i najprzedniejsze wina, czy z przyczyn osobistych nie znosi dzieci, bo go popychały w podstawówce. Wolno mu taką decyzję podjąć, bo to jego restauracja i ma prawo prowadzić ją w taki sposób, jak mu się podoba. A reszta świata ma obowiązek to uszanować. Co więcej – uważam, że miałby wielu zadowolonych gości, także wśród rodziców. A dlaczego, to zaraz wytłumaczę.

 

3. Gatunek wcale nie specjalny – rodzic

Starzy to też ludzie. Nawet oni chcą czasem odpocząć od swoich rozkosznych dzieciątek. Wiem, są ludzie, dla których jest to niewyobrażalne, wynaturzone i najchętniej takich „złych” rodziców palili(ły)by na stosie. Ci ludzie są pierdolnięci i nie należy się nimi przejmować.

Jako zdeklarowana hedonistka uważam, że każdy ma prawo do chwili świętego spokoju, do randki z własnym facetem czy do zjedzenia czegoś dobrego we względnej ciszy. Tego rodzaju potrzeby to dobrze pojęte dbanie o własną równowagę psychiczną. Mam rację, mamuśki?

Magda

Spodobał Ci się tekst? To podaj dalej!

 


  • Anna Ciesielska

    Masz rację, Madzia. Jako matka (nie madka), wolałabym nawet, żeby restauracje jasno określały, czy chcą gościć dzieci, czy nie, bo uniknęlibyśmy wtedy krępującej ciszy w odpowiedzi o krzesełko, bo po prostu nie są nastawieni na taką klientelę 🙂

  • Matka

    Mi nie podoba sie zarówno terror madek jak i najazdy na rodziny z dziećmi, moim zdaniem jedno i drugie nabrało niezdrowego już kształtu. Albo jestes psychopatką widzącą swiat tylko przez pryzmat swojego dziecka, albo jestes super hiper wolnym czlowiekiem bez dziecka w planach co by Cie OZM (odpieluszkowe zapalenie mózgu) nie dopadlo. Idealna bańka bylaby taka, w ktorej obie te grupy sie szanują i dostrzegają w sobie co dobre :). Ja mam dziecko, dwuletnie, chodze z nim do knajp, dziecko wie ze chodzi sie do restauracji jeść, czas oczekiwania na posilek przeznaczamy albo na kącik zabawowy albo na zwiedzanie okolicy lub restauracji jak warunki na to pozwalają, studiujemy też menu. Dwa razy w zyciu zdarzyło mi sie z restauracji wyjsc przed zjedzeniem, bo dziecku cos sie odwidzialo i zmienilo sie w potwora, jedznie na wynos i korona nam z glowy nie spadla, raz zjedlismy w domu raz na lawce na placu zabaw. Jednak tez zostalam w swoim zyciu źle wg mnie potraktowana, moje dziecko jest a etapie „a co to, a po co”, jendym z ulubionych zajec jest jak pisalam wyzej studiowanie menu i wypytywanie o sklad kazdej potrawy, wiec tak sobie rozmawiamy, normalnym tonem, Panstwu przy stoliku obok jednak nieodpowiadał dźwięk… dzieciecego głosu, nawrzucali nam ze z dzieckiem w domu sie je, co gorsza ludzie siedzący dalej zaraz podłapali temat 🙂 nie mając pojecia o co poszlo, podłapując, ze można dopiec madce z gówniakiem, paranoja 🙂 tego nigdy nie zrozumiem, teraz na topie nie jest krytyka madek, teraz na topie jest ich wyszukiwanie, kreowanie, dopierdzielanie i opisywanie tego w necie, trend idzie w zlym kierunku, coraz czesciej czuje sie zaszczuta.

    Wracając do tematu knajp niewpuszczających dzieci to jestem jak najbardziej za 🙂 sama z chęcią bym je odwiedzała, nie widze w tym kompletnie nic zlego i nie wiem jakim cudem cos zlego w tym mozna dostrzec.

  • Ada

    Myślę, że nie ma co się wściekać i tłumaczyć. Madki i tak nie zrozumieją a reszta świata przestanie mieć fun z tego że może pójść do knajpy bez dzieci. Cała masa moich znajomych jest szczęśliwa jak tylko uda im się „sprzedać” dziecko na parę godzin. Dodatkowo, co pewnie będzie wstrząsającą wiadomością, mamy MADEK też najprawdopodobniej robiły sobie od nich wolne, szok.

  • O tak, terror macierzyństwa to jest bardzo celne określenie 🙂 Popieram rugowanie z dyskusji matriarchalnych oszołomek bez wiedzy o kulturze dyskusji i jakiejkolwiek komunikacji w ogóle. Podejrzewam że akurat wśród czytelników bloga nie masz Magdo problemów z osobami nieposiadającymi umiejętności czytania ze zrozumieniem. Ale jednak jest smutnym faktem, że coraz częściej trzeba włożyć ogromną ilość wysiłku w napisanie lub nawet powiedzenie czegoś w taki sposób by być normalnie i od pierwszego słowa rozumianym. A mi na przykład sie juz nie chce. A żyć (wśród ludzi) jednak trzeba…

  • Katarzyna

    Jaka jest granica wieku dla „dziecka”? Mam 4 letniego wnuka którego odkąd pamietam w restauracji interesuje zawartość talerza a nie demolka tejże restauracji.

    • Marek Zakrzewski

      Ja, jako osobnik który chętnie przyjdzie do takiego miejsca, uznaję dziecko w tym wieku za „DZIECKO”… i tyle.
      Wolałbym zjeść bez towarzystwa tego dziecka.
      I proszę nie traktować tego osobiście. Jest tyle miejsc, do których można przyjść z dzieckiem. Polecam też wizytę samemu, bez dziecka. Doznania kulinarne, na których będzie można się skupić, będą wtedy o wiele przyjemniejsze. Odpoczynek od dziecka swojego (i cudzych) jest dla każdego dostępny. Zwłaszcza dla rodziców / opiekunów dzieci.

  • ja

    niestety, stwierdzenie, że „wolność polega na tym między innymi, że
    każdy w swoim biznesie ustala własne zasady gry” nie zawsze się
    sprawdza;
    jeśli właściciel restauracji jest zagorzałym katolikiem i
    nie uznaje par jednopłciowych i po prostu nie życzy sobie ich obecności w
    swojej knajpie nie może zabronić takim oosobom wejscia do restauracji i
    napisać karteczki ze par homoseksualnych nie obsługujemy; ba, nawet nie
    majac takiej kartki na wejsciu nie moze bezkarnie odmówic obsłuzenia
    takiej osoby – bo zostanie posądzony o dyskryminacje.

    • Sara Skupień

      Jeśli jest zagorzałym katolikiem, to nie robi takiej segregacji ludzi, bo ma kochać i być dobrym dla wszystkich bez względu na ich „grzechy”.

      Chyba, że jest katopatolem, to wtedy faktycznie, nie ma pozwolenia na dyskryminację. Nikt nie ma.

    • Zuza

      To zostanie posądzony o dyskryminację i już. Tolerancja to takie wieeeeelkie słowo. Jeżeli tolerować należy wszystko- to widzimisię restauratora też. Dopiero wtedy to jest tolerancja.

  • Magda

    Święte słowa.

  • Paulina

    Hej, na wstępie napiszę, że bardzo lubię czytać Twoje teksty. A teraz do rzeczy, a w zasadzie do punktu 3. dodam, że rodzice chcąc odpocząć od swoich dzieci, chcą też od cudzych, dlatego takie restauracje bez dzieci są dobrym pomysłem, byle nie wszystkie 😉

  • Michał Bratos

    no cóż, piszesz rzeczy najoczywistrze co i tak nic nie zmieni ;P Z madkami jeszcze nikt nie wygrał. 😛 Gorzej bo mimo deklarowanego antydzieciowstwa im bliżej do rozwiązania mojej Partnerki, zaczynam się łapać ze mi się coś w głowie przestawia ;P Obym nie zmienił się w takiego nawiedzonego tatę #masakra :/

    • Monika Leonowicz

      no niestety, po pojawieniu sie potomka wszystko sie przestawia i zmienia sie diametralnie punkt widzenia

      • Michał Bratos

        no staram się z tym walczyć;P jedyne ustępstwo na jakie na razie poszedłem to ze może mieszkać w mieszkaniu a nie w piwnicy co byłoby idealnym rozwiązaniem 😛

  • Małgorzata Murawska

    zgadzam się w 100% i w 200% też – a na dodatek w mojej maleńkiej agroturystyce też nie będe przyjmować dzieci. taki azyl dla dorosłych

    • Antek Czorcik

      Namiary poproszę 🙂

  • Filip Moreteen

    Powód 4. Dlaczego nie… 😀

  • Anna Górniak

    Amen 🙂

  • Barbara Słania

    Nie mam dzieci, jestem ich bardzo umiarkowaną fanka i często mnie wkurzają, ale uważam, że ZAKAZ jest przesadą. Dla większości ludzi jest raczej logiczne, że w pewne miejsca z dziećmi się nie przychodzi – czy to z uwagi na menu, czy inne „atrakcje” lokalu. I raczej logiczne, że z kapryszącym maluchem idzie się tam, gdzie dostanie on swoje ulubione frytki z udkiem z kurczaka, będzie przewijak czy kącik dziecięcy itd.
    „Otóż wolność polega na tym między innymi, że każdy w swoim biznesie ustala własne zasady gry […] Wolno mu taką decyzję podjąć, bo to jego restauracja i ma prawo prowadzić ją w taki sposób, jak mu się podoba. A reszta świata ma obowiązek to uszanować- a wolno mu odmówić obsłużenia osoby o innym kolorze skry? Albo mowiącej z nie takim, jak trzeba akcentem- czy jadąc do Sosnowca jako mieszkanka Śląska mam się gryźć w język, by nie nazwać śmietnika hasiokiem, bo wtedy ktoś ma prawo odmówić podania mi zupy, czy wręcz wyproszenia z lokalu?
    Lubię Twojego bloga i regularnie go czytam, ale czasami mam wrażenie, że choć jesteśmy w tym samym wieku i pod paroma innymi względami podobne, żyjemy w róznych światach. Dla wielu osób samo wyjście do knajpy- nawet podającej tego nieszczęsnego kurczaka z marketu- jest wydatkiem, i to sporym, w ich domowym budżecie. A opiekunka do dziecka też nie jest za darmo.
    Wracając do „naszego rozbestwionego kilkulatka- oczywście, że by mnie w knajpie wkurzał i marzyłabym o chwili, gdy z niej wyjdzie. To samo czułabym jednak i w zatłoczonym autobusie,

    • Marta Bzoma

      Przeciez nie jest mowa o calkowitym zakazie wchodzenia z dziećmi do wszystkich restauracji, tylko o wybranych miejscach – ąę na kolacje biznesową czy randkę z mężem. Zapewniam, że żadna knajpa podająca „kurczaka z marketu” nie pozbędzie sie dzieci, jeśli rodziny to ich główny target. A jeśli kogoś nie stać na opiekunkę to może wybrać 1000 knajp przyjaznym dzieciom, zamiast tych 3-4 z zakazem. Jaki to jest provlem? A zakaz, jest ciekawą opcją bo jak sama napisałas „dla większości ludzi jest to oczywiste” zeby nie pchac sie z dziecmi do niektorych miejsc. Widocznie nie dla wszystkich – stad chyba ten tekst.

  • Kinga

    Wprowadzanie zakazu wstępu dla dzieci nie rozwiązuje problemu „chcę zjeść w restauracji w spokoju, a nie mogę” – bo prawdopodobnie większości z nas chodzi właśnie o to, a nie na przykład sam widok dziecka odbiera komuś apetyt. Głośne rozmowy albo jeszcze głośniejsze po alkoholu, czasem chamskie albo agresywne zachowanie – nie trzeba przyjść z dzieckiem, żeby zatruć innym święty spokój. I z tym właściciele lokali jakoś sobie radzą, lepiej lub gorzej. Zwraca się buractwu uwagę, w ostateczności wyprasza. Tak samo powinno to działac w przypadku rozdartych rodzin, wydaje mi się, że tak się często dzieje i rozsądny personel dba o komfort wszystkich gości. Chociaż nie ukrywam też, że nie byłam nigdy świadkiem takiej sytuacji. To nie jest problem z dziećmi, to jest problem dorosłych, którzy, z dziećmi czy bez, i tak nie wiedzą jak się zachować. Ktoś poniżej podawał przykład, jak sobie radzi z dzieciakami w restauracji – drze japę, to na zewnątrz, jak nie uda się uspokoić, składa się broń, bierze jedzenie na wynos i wychodzi. Każdy człowiek legitymujący się podstawową ogładą tak robi.
    Wprowadzanie zakazu wstępu do lokalu gastronomicznego czy innego usługowego na podstawie wieku czy jakiejkolwiek innej cechy jest po prostu niebezpieczne. I szczerze mówiąc przeraża mnie, dla jak wielu z osób wypowiadających się tutaj jest to „oczywiste”, że dzieci nie i że właściciel może decydować kogo wpuszczać. Dzisiaj dzieci, jutro baby. W swoim otoczeniu słyszałam o przypadku wyproszenia z barber shopu kobitki, która chciała poczekać na faceta, który akurat siedział na fotelu, bo padało. I nie piszę tu o świadczeniu usług dla określonej grupy (babka nie domagała się, żeby jej ogolili nogi brzytwą), ani o przypadkach gdzie obecność osoby np. innej płci mogłaby być krępująca (panowie nie siedzieli z pałami na wierzchu), ale o zakazie wstępu do lokalu. Przecież to jest cebulandia, ma cycki to niech moknie na dworze, bo mężczyźni piją whisky w męskim gronie i zaznają typowo męskich zabiegów. Jutro baby, a pojutrze Żydzi. Albo geje. Albo hetero. Albo brzydcy. Mam knajpę i wpuszczam tylko ładnych, dobrze ubranych ludzi, żeby innym ładnym, dobrze ubranym ludziom było miło, co by przychodzili, siedzieli i płacili. To jest bardzo zły kierunek.
    Nie słyszałam za to, żeby ktoś formalnie zakazywał wstępu chamskim, agresywnym ciulom (niezależnie od płci).

  • Powód nr 3 <3 Naprawdę ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę, kiedy wychodzimy sami z mężem, jest oglądanie cudzych dzieci 😉

    Swoją drogą nasz syn często chodzi z nami do restauracji, ale zawsze staramy się wybierać miejsca przyjazne młodszym klientom. Dlaczego? Dla własnej wygody przede wszystkim! On idzie się bawić do fajnego kącika dla dzieci, a my możemy w spokoju porozmawiać. Bez stresu, że zaraz będzie afera, bo mu się nudzi 😉

  • Zuza

    Matką jestem córki ośmioletniej, ogarniętej życiowo ( wstydu mi przy ludziach nie robi 🙂 ) i zgadzam się z Tobą. Fajnie pójść gdzieś, gdzie można się poczuć jak dorosły człowiek w towarzystwie dorosłych ludzi…..Dzieciaki mają swoje miejsca zabaw, miejmy też coś dla siebie 🙂

  • Magdalena Kaniewska

    „Otóż wolność polega na tym między innymi, że każdy w swoim biznesie ustala własne zasady gry” Nie do końca jest to prawda, na co dowodem są np. wyroki sądowe w sprawie odmowy obsługi organizacji gejowskiej albo frontu wojujących narodowców.
    Prywatnie popieram pomysły na restauracje bez dzieci choć chyba nie wyciągałabym wieku granicznego do 18. W większości przypadków nawet dzieci w wieku szkolnym potrafią się już zachować (również przy stole). Powinno się bardzo ostrożnie motywować takie zakazy. Gdyby tak np. zrobić restaurację wyłącznie dla mężczyzn, po 50. i z grubym portfelem to (wolność Tomku…) mielibyśmy seksizm, ageizm i (coś jakby) elitaryzm… czyli towarzystwo raczej marne ;).

    Może zamiast robić zakazy lepiej „wychować” klientów uprzejmie wypraszając wszystkich (zarówno biegająco-rozwrzeszczanych, jak i tych ubzdryngolonych), który przeszkadzają. Problem by się skończył bez stawiania granic typu jesteś za młody, za stary, za gruby itd. Choć może w czasach kiedy ludzie nie szanują siebie nawzajem i nie są skłonni do odrobiny empatii, za dużo wymagam?

  • Marek Zakrzewski

    Nie. Sprawa drukarza nie jest ani trochę podobna. Drukarz chciał skorzystać z „klauzuli sumienia”, która nie istnieje. Tożsamość płciowa zamawiającego plakat, jego wyznanie czy poglądy nie wpływają na druk, na drukarzy ani na innych uczestników procesu produkcji. Zaś usługi gastronomiczne to inna para kaloszy. Ktoś otwiera lokal w którym cisza i przyjemność spożywania posiłku jest ważniejsza od samego dostarczenia wartości odżywczych. Restaurator może mieć nawet tabun dzieci, które kocha bezgranicznie. I może dlatego otwiera restaurację, która będzie oferowała możliwość odpoczynku dla rodziców (i nie tylko) od dzieci swoich i cudzych.
    Jest tyle lokali, które udostępniają miejsce dla dzieci, ja wiem, jak się tam „spożywa wartości odżywcze „.
    Szybko.
    Spożywam więc czemprędzej i uciekam. Bo nie chcę (nie muszę – a jestem zmuszany) siedzieć w hałasie wytwarzanym przez dzieci.
    Czy restauracja dla dorosłych jest taką obrazą dla rodzica? Przecież może z niej skorzystać ze smakiem, a na dodatek odpocząć! Od swojego dziecka i cudzych.
    Stworzenie takiego lokalu nie jest atakiem wymierzonym w rodziców lubujących się w dzieciach bądź w same dzieci. Jest alternatywą dla wielu miejsc, do których dziecko można zabrać i nikt nic nie powie.
    Chyba, że ucieknie z bolącymi uszami i starganymi nerwami. A trawienie w takich okolicznościach jest katorgą. O smaku nie wspomnę, bo nabiera to drugorzędnego znaczenia.

  • Dawid Deja

    Cała dyskusja trochę przypomina mi obrazek z cyklu „kupiłem(am) mieszkanie w bloku bo chcę mieszkać w ciszy i spokoju”. Autorka tekstu przede wszystkim zapomina zdefiniować tego jaki lokal nazywamy restauracją. Więc już na tym etapie dyskusja przyjmuje dość mało wyraźny kształt. Większość lokali, do których przychodzą rodziny z dziećmi restauracjami są tylko z nazwy. Miejsca, które faktycznie restauracją nazwać można w większości wypadków przez „rodziny” są omijane. Powodów dla których tak się dzieje jest mnóstwo poczynając od tego jakie warunki dany lokal naturalnie spełnia, po miejsce i czas, w którym dany lokal się znajduje. Należy tu tez uwzględnić pewne odstępstwa od reguły i zdarzenia losowe, które jako przykłady każdy(a) z nas może podać. Podsumowując dyskusja nie o restauracjach się toczy a o lokalach gastronomicznych w mej skromnej ocenie. Te jako szeroka pojętą grupa wymagają od społeczeństwa by ono świadomie wybierało w jakie miejsce się udaje i co się z tym wiązać może. Ta sama reguła i właścicieli tychże lokali dotyczy bo jak się komuś MCbuła jeno dla dorosłych marzy to ta MCbuła odpowiednie warunki spełniać musi i w jakiś sposób tylko dorosłych zachęcać inaczej szerokim łukiem omijana będzie. Bo w biznesie trzeba pamiętać, ze nie tylko dziś i wielki zachwyt się liczy śle i to co za parę lat będzie (oczywiście teoretyzuje tylko bo może być to strzał w 10). Mając więc tych pare lat doświadczenia z „knajpami” stwierdzam, ze świadomość w narodzie jest, cała dyskusja zaś wydaje się być sztucznie generowana przez pieniaczy paru co albo kebaba restauracją nazywają (celowe przejaskrawienie) albo z kanapy w domu larum podnoszą. Pozdrawiam wszystkich i zdrowia dużo życzę jak i fajnych doświadczeń kulinarnych 🙂

  • Bar Szatanek

    Tak, tak, tak!!! Dość już drących bachorów! Odkryłam ostatnio piekne studio sauny-baseny-komory lodowe, cuda na kiju. Całkowiy zakaz wstępu dla bachorów. Stało się to tym samym moje numer jeden miejsce z tej kategorii. Jeszcze tylko taką knajpę i będe super happy.!

  • Pionierka

    Mam kilkumiesięczną córkę, chodzę z nią bardzo dużo po różnych lokalach. Nie przeszkadza mi, że będą istniały takie, gdzie nie wpuszcza się osobników poniżej 15 roku życia czy powyżej 50. Jak uznam, że mi to nie pasuje to tam nie pójdę i tyle.
    Za to kompletnie nie zgadzam się z tym, że w Polsce jest jakikolwiek terror macierzyństwa. Nie ma. jest terror chamstwa. Przy czym to chamstwo może mieć oblicze macierzyńskie, ale może mieć inne. Zdecydowanie częściej w przestrzeni publicznej spotykam się z terrorem chamów bez dzieci – takich, którzy siadają rozwalając nogi na trzy siedzenia, którzy dra ryje do telefonu, którzy bluzgają publicznie i śmiecą tam, gdzie stoją. Wnerwiające matki to może jedna dziesiąta chamow.