Potraktujcie ten wpis bardziej jako zajawkę niż pełną opinię, bowiem do Orient Expressu trafiliśmy przypadkiem, nie mieliśmy w planach kolacji i właściwie nikt nie był głodny, więc na stół wjechało tylko kilka przystawek. Przyznam, że ulicę Grochowską traktuję trochę po macoszemu, nie przepadam za nią, ale tu spotkała nas wyjątkowo miła niespodzianka.
Najpierw genialna wątróbka z idealnie miękką cebulką i jabłkiem. Rozpłynęłam się nad nią z zachwytu. Doprawiona, wyraźna w smaku, wilgotna – dokładnie taka, jak powinna być. Wygląda mało apetycznie, ale – tak między nami – czy ktoś kiedyś widział ładną wątróbkę?
Dalej „Przysmak galicyjski”, czyli dobrze przyprawione, miękkie kawałki karkówki.
I klasyka gatunku, czyli śledzik – przegryziony, zwarty, a jednak rozpływający się w ustach.
Szef kuchni jest pasjonatem, udało nam się z nim chwilę porozmawiać, stąd wiemy, że ma jedno założenie – karmić dobrze (w chwili, kiedy padły te słowa, w cichości serca dopisałam go do listy moich ulubieńców po prawej stronie notatnika). Pracuje tam od pięciu lat i opiera się modzie na notorycznie zmieniające się menu. Nie mam nic przeciwko temu, uważam że to dobrze, że są miejsca, w których wiesz czego możesz się spodziewać niezależnie od pory dnia czy roku.
Obsługa bardzo miła, jednak kelnerka zapomniała, że zamówiliśmy również rosół.
Za to co powyżej plus drink i herbata zapłaciliśmy 61 zł., a więc ceny ludzkie.
Jest to dość lakoniczny wpis, ale obiecuję go przy najbliższej okazji uzupełnić.