Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel

Léa Linster – serce na talerzu

Wczoraj mieliśmy okazję spotkać kobietę, która wersalikami zapisała się na kartach historii kuchni. Jako jedyna w tej zmaskulinizowanej kulinarnej Olimpiadzie (przynajmniej do chwili obecnej) zdobyła Bocuse d’Or. To wyróżnienie porównywane jest do Oskara. W roku 1987 otrzymała też gwiazdkę Michelin, którą z żelazną konsekwencją utrzymuje do dziś. Tyle, że to nie będzie bajka o nagrodach.

To było rozkoszne, kameralne spotkanie. Léa opowiadała o swoim dzieciństwie, rodzinie, spojrzeniu na kuchnię. Sporo miejsca poświęciła jakości produktów i miłości wkładanej w gotowanie. A my tymczasem raczyliśmy się rillette z foie fras, świetnie zbalansowaną zupą jarzynową i crème brûlée w towarzystwie odpowiednich win. Oczywiście wszystko, co trafiło na nasz stół przygotowała Léa.

Lea LinsterTo świetna, charyzmatyczna, młoda duchem babeczka. Chyba wszyscy czuliśmy się serdecznie ugoszczeni. Chodziła między stolikami, częstowała własnoręcznie upieczonymi magdalenkami, każdemu poświęcała trochę uwagi i nie przestawała się śmiać. I w cholerę z metryką, ona jest młoda jak szczypiorek na wiosnę!

Kiedy już po części formalnej i rozdaniu swojej porcji autografów przysiadła się do naszego stolika, czas zaczął biec mimo, bo kiedy po czterdziestu minutach podniosłam głowę okazało się, że sala jest właściwie pusta. A my nadal nie mogliśmy przestać rozmawiać. O miłości do prostej kuchni, którą darzymy jednakową estymą, jakościowych produktach, dobrych, lokalnych smakach, pierogach, którymi jest zafascynowana, świetnych ciastach, ale też o polskich restauracjach. Trochę jej opowiedzieliśmy o tych, które lubimy najbardziej. Co ciekawe – daleko mniej interesuje ją fine dining, niż specyficzna, regionalna kuchnia.

To nie jest rozdęty, pusty w środku balonik, tylko świetna, ciepła kobieta, która tak skraca dystans, że natychmiast chcesz się zaprzyjaźnić. I nie mówi o sobie „chef” tylko „kucharka”. Jest niezwykle inspirującą osobą z toną dobrej energii. Jasne, że kupiliśmy jej książkę kucharską, która jest lustrzanym odbiciem tego, o czym sama mówiła. To są stosunkowo proste przepisy, znakomite produkty i zawsze „to coś”, co wybija je ponad przeciętność.

Lea Linster1Spotkania z takimi ludźmi są jak potężny kopniak. Léa generuje tyle energii, co średniej wielkości elektrownia. I nadal kocha to, co robi. To jest prawdziwa pasja. Nie poza, lecz pasja, pokora, ciekawość nowych smaków, optymizm, głowa pełna pomysłów. No i za kilka miesięcy wraca do Polski. Wymieniliśmy się namiarami i jesteśmy umówieni na pierogi. I to naprawdę nie szkodzi, że aby ją nakarmić tymi najlepszymi, będziemy musieli przejechać pięćset kilometrów. Bo Léa jedzie z nami.

Magda

Więcej detali tutaj (klik).