Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Dlaczego kiedy zamawiasz jedzenie z dowozem, to je...

Dlaczego kiedy zamawiasz jedzenie z dowozem, to jesteś klientem drugiej kategorii?

Przyznaję, że piszę ten tekst na pełnym wkurwie dodatkowo napędzanym wilczym głodem. I jak zobaczycie zdjęcia, to zgodzicie się, że czulibyście dokładnie to samo. Żałuję, że nie zbierałam materiałów wcześniej, bo miałabym więcej takich soczystych wpadek. Wpadek, które skutecznie leczą mnie z zamawiania jedzenia. Bo ile można żreć sushi z jednego miejsca, które NA PEWNO nie kantuje?

I żeby była jasność – zamawiam często i nie za pięć złotych tylko za stówę lub dwie, więc można przyjąć, że takiego klienta się szanuje, zgadza się? Otóż nie. Bo w Polsce nie szanuje się nikogo i niczego. Smutne jest to, że w dużym mieście, w którym jest spora konkurencja jeśli chodzi o firmy dostarczające jedzenie, w którym jest ogromny potencjał dla takiego kanału sprzedaży, bo wszyscy zapierdalają jak zajączki w reklamie Duracella i nie mają czasu gotować, w tym właśnie dużym mieście restauratorzy plują swoim klientom w twarz. Plują też firmom dostarczającym żarcie, bo to one obsługują reklamacje. Ach, no tak, przecież tu się nie szanuje nikogo i niczego.

Jakieś dwa lata temu przyjęłam strategię, że o gównie pisać nie będę. Dlatego nigdy nie dowiedzieliście się o kilku moich zatruciach. Powód jest bardzo prosty – nie będę dawała dziadom ani grama uwagi. Dlatego jest mało recenzji – interesują mnie perełki, miejsca które zachwycają, wyjątkowe i godne polecenia. Chcę, żebyście mieli z życia tylko przyjemność, a dla marności jest osobny krąg piekieł. Ten najciemniejszy. Niech tam sobie po wielkiemu cichu zdychają w kątku.

Ale, kurwa, nie tym razem. I nawet nie zamierzam pisać, że „pardon le mot”. Żadne tam „pardon”, tylko właśnie „kurwa mać!”. Wróciłam ci ja z mazurskich wojaży, w lodówce nic świeżego, na zakupy nie mam czasu, więc standardowo wybrałam jedną z trzech aplikacji z jedzeniem na dowóz, z których korzystam i tym razem padło na ursynowską Stajnię. Pierwszy raz ktoś mi ją bardzo polecał wiele lat temu i od tej pory gdzieś tam z tyłu głowy o niej pamiętałam. Wypadło dziś – bęc. Kuchnia polska, w sam raz na powolne wychodzenie ze świątecznej rozpasanej diety.

Placków ziemniaczanych mi się zwykle nie chce robić, co tym razem znacząco utrudniał fakt braku ziemniaków na stanie. A więc zamówiłam placki ziemniaczane z sosem kurkowym. Wiecie co powiedziałam, kiedy otworzyłam styropianowe pudełko, prawda? Dokładnie to właśnie, o czym pomyśleliście: o ja pierdolę, to się nie dzieje naprawdę. Placki w ponurej czerni prezentowały się jak esencja pierwszego listopada, ale przetopione na wylot pudełko pod nimi dopiero spowodowało, że szczęka opadła mi z hukiem. Bo już takie detale, jak to, że zamiast ruskich przysłali pierogi z kapustą przepieprzone tak, że oczy mi wyszły z orbit, oraz że zestawu pasztetów z dziczyzny jednak postanowili nie mieć, albo że mizerię spakowali z ciepłym, więc też była (Jezu, zaraz puszczę pawia) ciepła, to naprawdę pomijam. To są takie małe fiku-miku detale.

Jak myślicie, czy topiony styropian jest zdrowy? A jeśli nie, to może chociaż wyróżnia się jakimiś szczególnymi walorami smakowymi? Mmm, styropian – znakomita przekąska dla odchudzających się. Wiecie co zrobili, prawda? Spalili te nieszczęsne placki, nie odsączyli na papierze, tylko prosto z wrzącego oleju, z jego całkiem sporą porcją włożyli w styropian. Bo klient, który jest daleko jest mniej awanturujący się. Frajer znaczy. Wszystko można mu wepchnąć. Obrzydliwe podejście, które należy piętnować i wystawiać na publiczny pręgierz.

Ileż to razy pizza przyjechała ze smutnym smarkiem sera? Albo z jednym plasterkiem salami? Ileż to razy sushi składało się z samego ryżu, który być może stał nawet kiedyś obok ryby, ale to było dawno? Ja przepraszam, ale kiedy to piszę, to te placki cały czas koło mnie stoją i radośnie śmierdzą, więc na chwilę przerwę i pójdę je wyrzucić. Bo nie jestem sadystką, żeby taki syf dawać psom.

Już. Wcale mi nie zależy na piętnowaniu akurat tej restauracji, bo palcem mogę wytknąć więcej takich miejsc, choć przyznaję, że Stajnia przegięła pałę tak bardzo, że jak puści, to sobie nabije guza na czole. Zależy mi na tym, żeby restauracje, które mają w swojej ofercie dowóz zaczęły traktować swoich klientów z odrobiną szacunku. Człowiek, który zamawia przez telefon czy aplikację to nie jest śmietnik, któremu za te same pieniądze można wepchnąć mniej, gorszej jakości czy najpodlejsze ścinki. Oczywiście istnieje szansa, że nie będzie reklamacji, bo ten niewidoczny płatnik jest daleko, jest głodny i w swej nieskończonej rezygnacji zeżre byle co, ale zapominacie o jednej ważnej rzeczy, wy pały zakute: następnym razem zagłosuje portfelem. I zamówi u konkurencji. Albo traficie na mnie i wywieszę was na afisz z majtkami ściągniętymi do kolan. Ku uciesze gawiedzi.

A teraz bardzo proszę, abyście w komentarzach dopisywali restauracje, które:
a) zawiodły i dowiozły gorszą jakość, niż w lokalu – aby reszta wiedziała kogo omijać
b) oraz te, które trzymają poziom także w przypadku zamówień z dowozem – aby reszta wiedziała u kogo zamawiać.

Od siebie dodam, że nigdy, przenigdy nie zawiodłam się na Zushi Sushi przy Żabińskiego w Warszawie – doskonała proporcja ryżu do ryby, a ta druga świeża i smaczna. Za. Każdym. Razem. Można zamawiać w ciemno.

Ale się wkurrr… zdenerwowałam, no mówię Wam!

Magda

Też masz dość bylejakości? To podaj dalej!