Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Los Angeles: Daikokuya – ramen, który rozbił...

Los Angeles: Daikokuya – ramen, który rozbił bank

W Polsce ramen powoli staje się daniem narodowym. I bardzo dobrze, uwielbiam ten esencjonalny, pełen kolagenu bulion. W ogóle uwielbiam zupy, ale to inna sprawa. Warto jednak szukać różnych punktów odniesienia, aby nikt nie próbował nam wmówić, że cienki rosołek to już jest ten ramen. Nie jest.

IMG_2535

Los Angeles to prawdziwy tygiel kulturowy i róg obfitości dla każdego, kto szuka kulinarnych podniet z rodowodem w różnych regionach świata. Gdy tylko przeczytałam o Daikokuya, wiedziałam, że tam pójdziemy. Oczywiście przed drzwiami stoi kolejka, co jest w Stanach całkowicie normalne – do bardzo wielu dobrych knajp stoi kolejka. Na listę wpisujemy się samodzielnie, podając imię i liczbę osób. Co pewien czas wychodzi miła pani, która średnio habla po angielsku i wywołuje kolejnych głodomorów.

IMG_2534

W środku sytuacja się zagęszcza, bo wnętrze stylizowane jest na małą, wąską i niezbyt czystą uliczkę. Z tą czystością to faktycznie… No i z poziomem angielskiego jakby słabiej, jednak nikomu to nie przeszkadza. Rozglądam się i widzę w kuchni Japończyków, obsługujące dziewczyny to także Japonki, mniej więcej połowa gości to – pełne zaskoczenie – Japończycy. Same dobre znaki. Zamawiamy więc dwa różne rameny – ja zwykły (9,95$), a Jacek miso ramen (10,95$). Zgodnie spieramy się, który jest lepszy i zgodnie twierdzimy, że mój. A nie, bo mój. I tak w kółko.

Rzeczywiście zupa jest fenomenalna. Bulion aż gęsty od kolagenu, lepki, jest także dość słony, co w duchu bardzo mnie cieszy. Nie ma tu przesadnie dużo dodatków – ot, kacze jajo o doskonale kremowo-półpłynnym żółtku, kilka plastrów długo pieczonego boczku, które rozpadają się na kawałki od samego patrzenia na nie (!), kiełki soi, dymka i cudowny, lekki makaron ugotowany w punkt. Można oszaleć z miłości! Ramen, który wybrał Jacek, był nieco bardziej pikantny i bardzo wyraźnie smakował miso, poza tym nie różnił się dodatkami.

IMG_2522IMG_2526

Trochę piszę od końca, bo pominęłam przystawki, a jest to rzecz haniebna. Przede wszystkim kimchi (3,50$), którego niewielka miseczka zrobiła mi dzień. Kimchi doskonałe, o idealnych proporcjach między kwasowością, a ostrością, między chrupkością, a delikatnością. Kimchni uczynione ręką zawodowca. Nie mogłam się od niego oderwać!

IMG_2520

Zamówiliśmy też kuleczki takoyaki (5,95$) o delikatnej strukturze i rozkosznym wypełnieniu z kawałków sprężystej ośmiornicy. Podobne, także bardzo smaczne i z tańczącymi na nich płatkami ryby bonito, jedliśmy w bezbłędnym Yetztu w Poznaniu. Kuleczkom takoyaki na pewno +100 do mlaskania dodaje majonez, ale kto nie kocha majonezu powinien teraz wykonać zwrot przez lewe ramię i opuścić salę.

IMG_2516

Gyoza (5,95$), czyli chrupiących pierożków wypełnionych mielonym mięsem nie zamawialiśmy, ale dostaliśmy. Widniały także później na rachunku. Może są z nich dumni i chcieli się pochwalić, kto wie? Są raczej średnie i słabo doprawione. Jakkolwiek by nie było – ja wybieram ramen i kimchi. Dużo kimchi.

IMG_2514IMG_2515

Przy najbliższej okazji koniecznie odwiedźcie Daikokuya, postójcie w kolejce i zjedzcie wielką michę zupy, która zapadnie Wam w serca na długo. Będzie zachwyt, obiecuję.

pigs5

Magda

Info

www fb
<


  • Dagmara Kopińska

    Witam i pytam 🙂
    Która Daikokuya, bo w LA są dwie? Przy East 1st Street czy Sawtelle Boulevard? Pozdrawiam