Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Los Angeles: Kultowe Pink’s – w piekle...

Los Angeles: Kultowe Pink’s – w piekle grubasy smaży się na głębokim tłuszczu

Kiedyś postanowiłam, że nie będę pisała o złych zagranicznych knajpach, bo to nie ma żadnego sensu. Ani oni tego nie przeczytają i się nie poprawią, ani to żaden przewodnik. Para w gwizdek. Wolę Wam podrzucić kilka sprawdzonych, smacznych adresów. Ale ten przypadek jest inny, grzebie bowiem moją głęboką wiarę w to, że ludzie głosują portfelem i prędzej czy później dziadowskie przybytki muszą umrzeć. Nie muszą. Oto jak w gastronomii z gówna da się ukręcić bat.

Historia Pink’s sięga roku 1939. Wtedy pewnie wszystko robili na miejscu, bla, bla, bla. Ale nas interesuje dzisiaj. Dzisiaj Pink’s wciąż serwuje hot dogi (oraz hamburgery, burritos i całą litanię innych fast foodów). I wciąż są to najsławniejsze hot dogi w całym Los Angeles. A więc można domniemywać, że również najlepsze. Czy czeka do nich kolejka? Ależ! Czy się w niej ustawiamy? No, ba! Przyzwyczajeni do tego, że knajpę czy nawet fast food obwołuje się kultowym, jeśli mięso do kanapek piecze się na miejscu minimum przez całą noc, nie mówiąc o domowych bułkach czy sosach, oto mamy dostąpić prawdziwego amerykańskiego hot dogowego wniebowstąpienia.

Jacek ustawia się w kolejce, a ja siadam obok dodatkowego okienka do kuchni, dzięki czemu w spokoju mogę się przyglądać dostawie. Wszyscy mogą, ale tylko my mamy oczy jak pięciozłotówki. Dmuchane bułki to w Stanach norma, więc kompletnie nie zwracam uwagi na wielkie, plastikowe worki wypełnione równie plastikowym pieczywem. Za to dalej jest tylko ciekawiej. Oto bowiem wjeżdżają głęboko mrożone kotlety wrzucone luzem do poplamionego kartonu. Jakby je w podziemiach Centralnego trzymali. W sumie przez pokrywający je szron ciężko oszacować, czy są to hamburgery, czy może coś zupełnie innego, więc pytam co to, a w odpowiedzi słyszę: „Jagnięcina”. Okeeej… Para bucha, dostawa wjeżdża i ewidentnie nikt z kolejki nie jest zaskoczony, że tu się tylko odgrzewa gotowce. Frytki z mrożonki to detal i oczywistość, ale chilli con carne w wielkich, przezroczystych workach sprawia, że brewka podjeżdża mi pod samą grzywkę. Co tu się właściwie odbywa?

W kolejce same grubasy (uwielbiam mit opalonych, wysportowanych kalifornijskich laseczek). Takie grubasy level hard, jak z programów o ekstremalnym odchudzaniu. Na ścianach setki zdjęć znanych aktorów, piosenkarzy i polityków. Wszyscy jedli w Pink’s i byli na tyle zachwyceni, by dać się sfotografować lub zostawić zdjęcie z płomienną dedykacją. Niektórzy poszli o krok dalej i skomponowali swoje hot dogi. Dzięki czemu zjadam… Pardon, NADGRYZAM, tego firmowanego nazwiskiem Marthy Stewart (w menu jest jeszcze Ozzy, Emeril Lagrasse czy Rosie O’Donnel) i stąd wiem, że jest jedną z gorszych i bardziej obrzydliwych rzeczy, jakich przyszło mi próbować. Skorpiony mnie tak nie mierziły, choć smakowały Domestosem. We wszystkim jest dużo cebuli i często… śmietana (?). No i w moim obowiązkowy bekon, który prawie zawsze ratuje sytuację. Ale nie tym razem. Smutna kiełbaska z papieru toaletowego, smutna bułka z plastiku, smutny, wodnisty pomidor, smutne półprodukty, smutni, głodni my.

Jacek też bez przekonania nadgryza swoje dzieło ulicznej sztuki kulinarnej, po które stał w kolejce pół godziny, po czym patrzymy sobie głęboko w oczy i już wiemy, że dzisiaj szczury będą miały bal. A obok nas, przy plastikowych stołach siedzą grubasy, całe rozlewające się na boki rodziny, a każdy jak tocząca się szafa gdańska. Rezerwat bambarył, konstelacja trzęsących się fałd i bingo wings, po amerykańsku karykaturalnie wielkich. Siedzą, jedzą swoje kiełbasy, oblizują tłuste plauchy i wyglądają na uszczęśliwionych. Na samą myśl o tym ile wieńcówek, żylaków, hemoroidów i cukrzyc mnie otacza robi mi się słabo. Apokalipsa, krówa.

Jakim cudem miejsce, które zajmuje się odgrzewaniem dojmująco obrzydliwych półproduktów nadal uważane jest za kultowe? Nie jestem w stanie znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi. To taka Ameryka w krzywym zwierciadle, jakby zebrać wszystkie stereotypy w jednym miejscu i polać majonezem. Jest dużo – dużo sosów, dużo dodatków, które co rusz z mokrym plaśnięciem lądują na plastikowych stołach, a niezdrowy tłuszcz spływa po drugim, trzecim i czwartym podbródku plamiąc wielkie, kołyszące się na boki cyce. To taka Ameryka z kiepskiej komedii klasy C. Byliśmy przecież już w tym kraju, podróżowaliśmy po nim całkiem sporo, ale czegoś równie obrzydliwego nie doświadczyłam nigdy wcześniej. I mam nadzieję, że już nigdy nie doświadczę. A ponieważ aktualnie jesteśmy na diecie, cudownym remedium na zachcianki będzie powrót do tego tekstu. 100% skuteczności.

Różnie mówi się o polskiej gastronomii, ale Pink’s sprawiło, że poczułam prawdziwą dumę. I Wy też powinniście. Jestem wieczną optymistką, więc stoję na stanowisku, że polska gastronomia jest wspaniała, cudownie się rozwija i trzymajmy za nią kciuki. Ale są tacy, co twierdzą, że wciąż jesteśmy sto lat za Murzynami. Powiedzmy, że kilka ziaren prawdy w tym twierdzeniu także dostrzegam. Wiem natomiast jedno – miejsce serwujące takie kosmiczne gówno w kraju nad Wisłą nie miałoby szans na miano „miejsca kultowego”. I to mnie cieszy i za to Wam, drodzy gastronomowie, dziękuję.

Magda


  • To się może tylko w Ameryce dziać hahahhah 🙂

  • Rafal Knap

    A juz myslalem ze sie wam bedzie „podobac”…..:):):)

    • Magda

      Jezu, daj spokój…

  • FuzBal

    kurde czemu ja wcześniej nie czytałem tego bloga :O już nawet pomijając jedzenie… będę wracał.

  • Bartlomiej Huk Hukos

    Ja miałem podobnie w Nowym Jorku z kultowymi podobno Papaya Dog. Niby najlepsze w NY, Anthony Bourdain zachwycony i tak dalej, a ja niestety w szoku byłem, bo to co dostałem było ledwo, ledwo poprawne. Również wtedy pomyślałem, że cos takiego w Polsce by nie przeszło.

  • Wuj Chlodek

    Jestescie pewni, ze w Polsce by nie przeszlo? A probowaliscie w Krakowie „kultowych” zapiekanek od Endziora (zreszta wybierzcie sobie dowolne okienko w okraglaku na pl. Nowym – z kazdego sa jednakowo obrzydliwe) albo jeszcze bardziej „kultowych” kielbasek z nyski?