Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Janusze marketingu: wszystkie grzechy restauracji,...

Janusze marketingu: wszystkie grzechy restauracji, które doprowadzają nas do szału

Chodźcie, zabiorę Was dziś na mały spacerek po rozległych ogrodach mojej pracy. Tu kwitnie bez, a tam psia kupa wygląda spod śniegu. Mojej pracy – raz wdzięcznej, a innym razem wcale. Nie, żebym narzekała, wprost przeciwnie, w tym roku rzygałam dopiero jeden raz. Uważam się więc za szczęśliwego człowieka. Ale materiału mam tyle, że wyciągnięcie wspólnego mianownika nie jest fizyką jądrową. Może jakiś Janusz weźmie i skorzysta. A ja sobie nabiję karma-punkty. I wszystkim będzie żyło się lepiej.

1. Nieaktualny Facebook

Jak już na nim jesteś, Januszu, to chociaż nie utrudniaj. Podaj adres, działający numer telefonu, kilka podstawowych danych. Zdjęcie jakieś wrzuć, i ładne żeby było. Żeby jeść się chciało, żyć i w ogóle. Dziś normą jest, że do wyszukiwania restauracji używa się Facebooka, a nie Googla. Wiem, to łamiąca wiadomość, ale naprawdę tak jest. Oddychaj do torebki.

2. Milczący telefon

O borze szumiący, to mnie doprowadza do takiej piany, że mam ochotę szarpać do krwi. Pocopocopoco podajesz ten numer, jeśli nikt nie odbiera? Chcę być ludzką panią, życie ci ułatwić, zrobić rezerwację, zapowiedzieć się z tabunem znajomych, ośmioosobowy stolik wziąć, ale nieee… Jebać cywilizację, komunikujmy się gołębiem pocztowym. A później się dziw, że nikt u ciebie nie robi rezerwacji i nic nie możesz zaplanować. Jak, pytam się? Telepatycznie?!…

3. Januszowy marketing za czy grosze

Ach, tu zapraszam Was za kulisy. Średnio kilka razy dziennie kasuję takie komentarze. Bo widzicie… Dziś marketing robi się na różne sposoby, a na marketingu się akurat znam, odbekałam w tej dziedzinie dobrą dekadę. Można go robić po bożemu, z pomysłem i sukcesem, można też nająć sztab Grażyn za czy grosze od komcia, żeby latały po takich blogach jak mój i wszędzie napierdzielały, że „najlepsza restauracja to Albatros z Pcimia, wiem bo cało rodzino hodzimy s horo curko na pićce”. Boże, daj mi cierpliwość, bo jak dasz siłę, to pozabijam.

Disqs (to okienko poniżej do komentowania) ma opcję wglądu w poprzednie komentarze użyszkodnika. Jak użyszkodnik napisał już 150 komci o restauracji Albatros z Pcimia, to zarobił tak na oko 6,30 PLN. Minus czy grosze u mnie, bo debila zbanowałam.

Można też kupić followersów oraz pozytywne recenzje w dowolnych kanałach. Przy czym u rodziny i znajomych taniej, bo za darmo. Nawet przed otwarciem lokalu. Uśmiecham się teraz ironicznie.

4. Zaproszenia z podtekstem romantycznym

To jest bardzo erotyczny podpunkt, albowiem mniej rozgarnięci restauratorzy spodziewają się laski za miskę zupy. I wciąż znajdują się tacy, którzy rzeczywiście klękają. To też jest taki kawałek, którego nigdy nie widzicie. Bo nie praktykuję. Są bowiem zaproszenia i „zaproszenia”. Jeśli w restauracji wydarzyło się coś naprawdę ciekawego – zmienił się szef kuchni, wprowadzili do menu tatara z foki (pozdro, Janina!) czy tam innej uchatki i warto się tym pochwalić blogerom oraz branżowym dziennikarzom – spoko. To jest naprawdę ok, bo jest ciekawe.

Ale na moją magiczną skrzynkę spływa też sporo wiadomości z cyklu: tu jest voucher na darmowe koryto, oczekujemy publikacji we wszystkich trzydziestu pięciu pani kanałach, lodzika z połykiem (ale koniecznie bez zahaczania ząbkami) oraz konkursu dla czytelników. Ale tylko dla tych, którzy także nie zahaczą. Och, walcie się na graty, Janusze paździerzowe!

5. Brak menu

Serio? Jest XXI wiek, zrób zdjęcie telefonem i wrzuć na fejsa. To nie jest rocket science!

6. Publiczne pyskówki

To ostatnio modny temat jest. Była Willa Karpatia, zaraz za nią Gościniec Graf. Ja doświadczyłam dwukrotnie – raz mnie chcieli pozwać, a za drugim smród i ferment jedna pani sieje do dziś myśląc, że o tym nie wiem. Bo mi żylastego kotleta dała. Życzę, aby wszystkim zainteresowanym smoła w piekle niezbyt gorącą była.

To jest najgorsza ścieżka jaką można pójść – na zwarcie. Kocham internet z wielu powodów, ale na szczycie mojej listy jest to, że nie bierze jeńców. Internet nie odpuszcza, każdy Janusz prędzej czy później zostanie napiętnowany. I bardzo dobrze. A wystarczy przemilczeć lub w trzech kurtuazyjnych zdaniach wziąć na klatę i nie ma problemu, dymu i artykułów u Czaplickiej.

7. Obowiązkowe napiwki

Powiedzmy, że od sześciu osób w górę jest ok, choć też mi to leży umiarkowanie, bo jednak napiwek to kwestia uznaniowa i docenienie czyjejś pracy, a nie przymus. A ja bardzo nie lubię być przymuszana do czegokolwiek. Zabijam wtedy śmiechem. Ale rozumiem, że kelner musi się nabiegać, więc niech będzie. Natomiast obowiązkowe napiwki dla czteroosobowych stolików to nic innego, jak pazerny właściciel. Cztery osoby przy stoliku to jest norma, to są dwie pary, które spotkały się na kolacji. Jak obsługa jest dobra, przeszkolona i zna menu, to większość normalnych ludzi i tak zostawi tipa. W tej sytuacji wymuszanie jest cienkie jak dupa węża.

8. Znęcanie przez rozśmieszanie

…czyli poezja w menu. Śliski temat, bo od tego puszczają zwieracze. Uwaga, ostatnio odłowiłam co następuje: „Warzywa roztańczone z wołowiną na łożu z makaronu ryżowego w deszczu sosu >>Nuoc Cham<<„.

No, mówiłam, że puszczają.

9. Tłusty bit

Tłusty bit bardzo pomaga w podjęciu decyzji o miejscu, w którym zjem. Jak jest za głośno albo grają Gosię Andrzejewicz, to od razu wiem, że nie tu.

Kłaniam się

Magdalena

Spodobał Ci się tekst? To podaj dalej!

 


  • Anka Sekulska

    wow ….. dobrze że nie mam poczytnego bloga i nie muszę czytać mejli od roszczeniowych pacjentów

  • Agnieszka Przybysz

    w punkt <3

  • Maddy

    Do pkt 6. – Czasem nie mogę wprost uwierzyć w odwiedzi pracowników/właścicieli knajp na krytykę na FB – z oficjalnego profilu firmy.
    Bo ja rozumie że nie jest miło czytać, że wołowina w gulaszu była niedogotowana i twarda, ale odpowiedź w stylu „to sobie kup lepszą sztuczną szczękę, dziadu” napisane z imiennego profilu właściciela to już się nie mieści nie tylko w standardach PR ale i zdrowia psychicznego.
    Drugi mój ulubieniec to pan prowadzący w moim mieście 2 pizzerie, który na skargę ze zdjęciem jak wygląda „podwójna szynka” (8 plasterków, każdy wielkości znaczka pocztowego) odpowiedział „to trzeba był zamówić poczwórna, grubasie”. Pomijam już czystej wody bluzgi, raz nawet byłam celem takowego za drobna uwagę co do świeżości sałaty w burgerze.
    Pytanie „co oni sobie myślą” wydaj się naiwne….

  • Bogdan Czarnota

    Ad pkt 8. Ja to nazywam tak: grylowany lyść sałaty pod kołderko ryżowo z groszkiem ptysiowem. Smasznego

  • Maciej Maciej

    Faktycznie! Znalazłem nawet menu z pozycją Bún Bò Nam Bộ – roztańczone warzywa! 😀
    Świetny tekst!!! Pozdrawiam

  • Piotr Krzysztof Kułaga

    Mnie najbardziej wkurza punkt 7. Pierwszy raz się z tym spotkałem w Wawie koło kolumny. Wprost było napisane w rachunku, że obowiązkowo 10% jest doliczone za obsługę. Nie chciałem wyjśc na chama z wielkopolski wśród dużej grupy znajomych więc się dołożyłem. Ale wiem, że drugi raz na to nie pójdę. Kolejny raz podobną akcję, ale nie sformalizowaną na rachunku, miałem okazję zobaczyć w Ludwiku do Rondla w Poznaniu. Kelnerka jak zobaczyła napiwek to powiedziała wprost, że „przy takiej grupie (8 osób) kuchnia nie będzie zadowolona”. Zdębieliśmy i zostawiliśmy lekko ponad 10%. I to tylko dla kelnerki, która była kompenentna, szybka i do tego czarująca (pomimo ostatniej uwagi). Nie cierpię, podobnie jak autorka, jak coś jest wmuszane. Tego typu uwagi mają efekt odwrotny do zamierzonego.

    • Michal

      Panie kochany,radze sie przyzwyczaic bo na zachodzie to norma, ze powyzej 8 osob napiwek jest doliczony do serwisu. Ciesz sie ze 10% nie 20%;)lol

      • Sylwia

        Niekoniecznie norma, mieszkalam w Hiszpani kilka lat i z doswiadczenia wiem, ze na Polwyspie Iberyjskim napiwki sa baaaaaaardzo symboliczne, czesto wrecz smiesznie male. Turysci, owszem, zostawiaja wieksza gotowke, ale ludzie, ktorzy jedza w restauracjach prawie codziennie (chciazby lunch), sporadycznie zostawiaja jakikolwiek napiwek…

  • Anna Kurpanik

    Do tych grzechów dodałabym jeszcze brak możliwości płacenia kartą/telefonem/blikiem w niektórych knajpach – jak dla mnie, osoby „bezgotówkowej” – dziwne to w dzisiejszych czasach… Pół biedy gdy jest to stale odwiedzana restauracja, gorzej jak jesteś pierwszy raz, bez gotówki i latasz jak kot z pęcherzem po okolicy szukając bankomatu. Warto dodać, że nagminnym jest brak informacji o nie posiadaniu terminala.

    • Hm, to skoro już o tym wiesz, może na wszelki wypadek noś przy sobie gotówkę?

      • Anna Kurpanik

        Jasne – noszę gdy idę do knajpy o której wiem, że nie ma możliwości płacenia kartą. Generalnie jednak uważam, że powinna być taka opcja w dzisiaj ogólnie dostępna.

    • Maddy

      Znaj proporcujm, Aniu.
      Jak nie ma nalepek z symbolami kart to można założyć, że nie ma terminala – raz w życiu w sklepie bez oznaczeń się okazało, że terminal jest, po prostu dzień wcześniej nową szybę wstawiali w drzwiach bo ktoś wybili i czekali na nowe nalepki. Raz w życiu, a płacę kartą wszędzie gdzie się da pewnie od 20 lat.
      Nie ma za to obowiązku informowania, że go nie ma.
      W interesie firmy jest za to informować, że akurat nie działa. Ale to zupełnie inna okoliczność.

      • Anna Kurpanik

        Miałam raczej na myśli brak informacji na profilach bądź stronach internetowych restauracji o nie posiadaniu terminala. Wtedy każdy mógłby się przygotować i mieć gotówkę.

    • Paweł Kojkoł

      Ja bym z tym polemizował, oczywiście jesteśmy przyzwyczajeni bo jesteśmy w tym temacie rozpieszczeni. Nawet bogaty zachód nie ma tyle terminali płatniczych. W Niemczech, Hiszpanii czy Francji nie zapłacisz kartą w warzywniaku jakw Polsce, a duża część restauracji też tylko gotóweczkę przyjmuje. W Niemczech nawet parkomaty tylko coiny przyjmują, a u nas płacimy praktycznie jak chcemy.

  • Marcin

    Dopisał bym jeszcze coś co spotyka mnie nagminnie w polskich restauracjach i tych dobrych i tych złych. Wchodzę do restauracji bez rezerwacji. OK jestem drugi zaraz za rezerwacjami więc nie grymaszę. Pusta sala. Pytam czy mogę zjeść i czy jest wolny stolik. NO nie bo nie mam rezerwacji ! Pytam na którą Pani/Pan ma pierwszą rezerwację. Za 1,5 godziny. Mówię że przyszedłem zjeść i wyjść. Zostawiam zapłatę i tip i za 1,15 godziny mnie nie ma. Kelner/ka mówi że nie może. Proszę szefa. Szef różnie reaguje. Jeden trzyma stronę kelnera i grzecznie wyprasza. Inny dziwi się co kelner gada i sadza mnie przy pierwszym wolnym stoliku. Inny mówi ok ale gdy przyjdzie gość z rezerwacji będę poproszony o zmianę miejsca. OK i teraz najlepsze siedzę tak i siedzę w kącie sali i po 1,5 godziny a nawet dłużej nic się nie dzieje. Ktoś nie chce zarobić czy co ? Zaznaczę że zazwyczaj jestem w rynsztunku roboczym – garnitur, koszula, czyste buty i przed pierwszym drinkiem 🙂 masakra

  • inkaniekawa

    „zahaczanie ząbkami” pobiło mi cała resztę <3

  • Alex

    Coś fantastycznego Pani Magdaleno! Uwielbiam taki sposób komentowania, bo sama taki stosuję. Sama też dobrze (sic!) gotuję i uwielbiam fobre jadłodajnie. Z przyjemnością czytam Pani recenzje. Z racji zawodu, połowę miesiąca spędzam poza naszym krajem, co skądinąd, daje mi wiele możliwości obserwacji, organoleptycznego testowania i zbierania danych. I w 90% ma Pani rację. Pozdrawiam serdecznie, Ola

  • agawa070

    A ja używam Google

  • Fajny styl pisania. Też nie nawidzę, gdy kelner nie chce wydać reszty, bo mu się należy. I to u Kucharzy mnie spotkało u Gesslerów… masakra jakaś. tfu

  • Olga Kowalczyk

    Siemka.
    Jeżeli byście jechali trasą 74 przez Rusiec w kierunku Widawy (trasą na Wrocław), to polecam hostel Łasuch. Dobre domowe jedzenie. Nie śmierdzi. Szczególnie polecam placki ziemniaczane a chłopak żurek z jajkiem. Ceny są ok. Dodatkowo w sezonie można zdobyć domowe konfitury i warzywa w zalewie.