Prawda jest taka, że o kuchni Agaty Wojdy można pewnie napisać książkę. Jest nie tylko jedną z najbardziej utalentowanych i cenionych polskich szefowych kuchni, ale też fajnym człowiekiem z poczuciem humoru wysokiej próby. Jest też szczera. Tak samo, jak jedzenie, którym karmi swoich gości. Dlatego nie sądzę, aby opinie na temat tego miejsca były w jakikolwiek sposób rozbieżne.
Właściwie identyczne odczucia miałam, kiedy pisałam o Opasłym Tomie – restauracji, której naonczas szefowała Agata. To jedzenie się broni, ono nie potrzebuje nadmiaru pianek, pudrów i wygibasów, które często mają przykryć niedostatki warsztatowe. To jedzenie jest szalenie smaczne, czytelne, oparte na produkcie dobrej jakości. To jest naprawdę fajna kuchnia, którą się lubi bez żadnego „ale”.
Ponieważ udało nam się wpaść tu nieco większą bandą, to zamówiliśmy… wszystko. Każdą przystawkę, główne i każdy deser, a o zupach można napisać poemat. Na pewno świetny i delikatny jest śledź z jesiennymi warzywami i w sam raz kwaśną piklowaną cebulą, równie przyjemne lekko kwaskowe, ale bez przesady, buraki z gorzkawą cykorią, słodkimi pestkami granatu, ciecierzycą i kolendrą. A podwędzana, delikatna pierś z gęsi podana z macerowaną w hibiskusie gruszką to już najczystszej próby poezja. Te smaki brzmią razem więcej, niż dobrze.









Same pozytywy mogę też napisać o wędzonym jesiotrze podanym w uroczo-rustykalnie przepołowionych ziemniakach, bardzo to pięknie zagrało. Jedynie do mięciutkich boczniaków, które na pierwszy rzut oka wyglądały jak bakłażany mieliśmy taką uwagę, że być może w ich miejsce lepiej sprawdziłoby się coś o innej teksturze, może coś chrupiącego? Z kolei jarosze zadowoleni będą sałatki z dynią, orzechową quinoą i podwędzanym serem Rita.






W menu są zaledwie dwie zupy, ale obie absolutnie doskonałe. Wielokrotnie już pisałam, że gardzę kremem z dyni chyba, że jest naprawdę kozacki. No i ten jest. Mdła, nudna słodycz dyni została zupełnie zgaszona i na pierwszy plan wyszły zdecydowanie bardziej wyraźne smaki. Jest tu nuta pigwy i przyjemne chrupnięcie orzecha włoskiego. Taka jesień jest bardzo przyjemna.
W żadnym wypadku nie możecie sobie odmówić kremu z selera tak pełnego umami, że człowiekowi stają w oczach łzy ze wzruszenia. Znajdziecie tu subtelną nutkę jabłka, kleks równie subtelnie podbitej chrzanem śmietany i konfitowane gęsie żołądki o kruchości, która urąga logice. Ta zupa to cud!



Teraz lecimy przez główne. Co do gładzicy zdania były podzielone i orbitowaliśmy w przedziale od „za delikatne smaki” do „w sam raz”. Nie dyskutuję z żadną wersją. To jest naprawdę dobra ryba i już. Kiełbaska Fest z kolei podana z polentą i warzywnym ragout to już konkret. Nie będziecie mieli wątpliwości, że macie do czynienia z wysoką jakością. Kiełbaska jest wspaniale doprawiona i zwyczajnie pyszna.






Nie mam nic do zarzucenia delikatnym, rozpadającym się na włókna żeberkom podanym z batatem i wędzonym ananasem. Ciekawe są też pierogi o wyraźnym smaku gryki podane z musem jabłkowym i borowikami, choć ja mam dewiację związaną z ciastem i to jest dla mnie trochę za grube. Ale najjaśniejszą gwiazdą wśród dań głównych jest bez wątpienia gęś – cudownie soczysta i znakomicie doprawiona, podana na grochu. A obok pyszni się lekko kwaskowa, fenomenalna czerwona kapusta, która na równi z gęsią walczy na tym talerzu o uwagę. Jest to też jedyne danie, którego zdjęcia nie opublikuję, bo jest, kurwa, ruszone.



