Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Dzika Kaczka – wchodzi slow, wraca fast

Dzika Kaczka – wchodzi slow, wraca fast

Mazury. Na Mazurach można wszystko: można hodować własne warzywa i owoce, można mieć zwierzęta, widoki piękne i powietrze czyste. Gdyby wszyscy mieli takie podejście, to Mazury byłyby magiczną krainą mlekiem i miodem płynącą, rajem dla wszelkiej maści smakoszy rozmiłowanych w dobrym produkcie. Takich miejsc tutaj szukam – Wysp Szczęśliwych między kebabami i Biedronkami.

Jestem tu z kumpelką, która przypadkiem także pisze o restauracjach. Ot, spontaniczny wypad. Obie zwracamy dużą uwagę na jakość produktu, obie jemy dobrze i możliwie czysto. Jakoś bez większych planów nam się ten wyjazd przydarzył, więc po zmitrężeniu pierwszego dnia na takie przyjemności, jak siedzenie na pomoście, gapienie się na jezioro oraz jedzenie pierogów i chłodnika, postanowiłyśmy poszukać czegoś godnego, co będzie można polecić dalej. Po wywiadzie przeprowadzonym wśród tubylców o podobnym spektrum zainteresowań, na czoło peletonu wybija się Dzika Kaczka, która mówi o sobie, że jest slow food. No to w samochód i cyk.

Jedziemy malowniczą drogą między pagórkami, mijamy jezioro, aż docieramy do miejsca absolutnie magicznego: za niewielkim parkingiem otwiera się widok na jeden z najpiękniejszych ogródków warzywnych, jakie widziałam. Jest tu wszystko: nieprzebrana ilość różnych sałat, prężący się ku niebu szczypior, delikatne miotełki koperku, są też rozłożyste pomidory, jarmuż, który rośnie jak szalony i wszystko, o czym możecie zamarzyć. Cudowność.

dzika kaczka

Zaraz za warzywnikiem urocza chata, klika stolików i taka sielskość, że dech zapiera. Później aż ciężko jest nam zebrać się do wyjścia, mimo temperatury, która nie sprzyja dłuższym posiadówkom. Miejsce absolutnie magiczne, właściciele przemili, te wszystkie warzywa, które lądują prosto na twoim talerzu, cisza i widok na pagórki z gnącymi się pod naporem wiatru łanami traw. Ja pierniczę… Chełmoński!

dzika kaczka

W menu też dość ciekawie: domowa feta, mazurskie winniczki, placki z jarmużu, pierogi z soczewicą, jagnięcina, dzik, sarna – jest w czym wybierać! Obie zajarane jak pochodnie, że oto dokonujemy odkrycia na skalę co najmniej ogólnopolską, że odkrywamy nowy ląd, że po recenzji kolejna knajpa przeklnie mnie po stokroć, bo fala gości ich zaleje… Nastawienie mamy obie super pozytywne.

Zamawiamy więc solidną michę sałat z tego warzywnika, na który właśnie patrzymy, a do tego placki z jarmużu. Warzywa na start to zawsze dobry plan. Sałata jest chrupiąca, świeżutka i podlana przyjemnie zbalansowanym w smaku dressingiem. Zaraz za nimi placki z jarmużu. Są lekko chrupiące, ale łatwo rozpadają się przy krojeniu, co może być małą wadą. Chwilę dochodzimy do sedna smaku, bo okazuje się, że jest tu sporo składników. Na tyle dużo, że właścicielka nie do końca pamięta, co w nich jest. Wyraźnie czuć cynamon, ale też obie mamy wrażenie, że znalazło się tu curry. Pytamy, ale okazuje się, że nie. Jest oczywiście jarmuż, do tego twaróg, kasza jaglana, czosnek, koperek. Trochę brakuje im soli, podobnie jak pozostałym potrawom. Można tu uznać za wadę, ale można też za atut, zwłaszcza jeśli samemu używa się mało soli, więc nie oceniam tego.

sałata

placki z jarmużem

Dalej na naszym stole lądują dania główne. Monika decyduje się na sandacza, a ja na sarnę. Sandacz jest przygotowany po mistrzowsku – mięso jest soczyste i delikatne, a skórka cudnie zrumieniona i chrupiąca. Do tego ziemniaki z wody, fasolka szparagowa i trochę sałatki z majonezem.

sandacz

Ja najpierw decyduję się na pieczeń z sarny, ale okazuje się, że pieczeni nie ma. Jest za to gulasz, którego z kolei nie ma w menu. Normalnie pomyślałabym coś w stylu: „Hola, hola, pieczeń nie poszła, trzeba było zrobić recykling”. Wiecie, taki case jak z mielonymi. Ale tym razem tak nie pomyślałam. Sielskość totalna uśpiła moją czujność, więc bez zastanowienia przystałam na gulasz. Podobnie, jak sandaczowi, towarzyszy mu fasolka szparagowa, do tego jest kasza gryczana. Mięso nie jest najdelikatniejszym, jakie jadłam, ale chciałabym skupić się na smakach. Z gulaszu mocno przebija fenkuł, dając wyraźny, anyżowy posmak i podbijając lekko słodki smak sosu. W menu widnieje, że pieczeń z sarny macerowana jest w Maderze. To może wskazywać, że moje podejrzenie dotyczące przerobienia pieczeni na gulasz jest słuszne. Nie sądzę, by ktoś używał do pieczeni z sarny wytrawnej Madery, raczej celowałabym w słodką, która podczas pieczenia ładnie się zredukuje i da gęsty, wyraźny w smaku sos. Brakuje tu soli, podobnie jak fasolce li tylko ugotowanej w wodzie i tak samo potraktowanej kaszy gryczanej. Dla mnie to jedzenie nie ma takiego wyrazu, jaki lubię, ale przyjmuję to, bo rozumiem, że ktoś może mieć film na gotowanie bez soli. Co prawda sól nie jest tak niezdrowa, jak się mówi i sodu potrzebujemy wszyscy, ale nie dyskutuję z tym. Sól to także konserwant, ale to już taka zupełnie luźna myśl.

gulasz z sarny

Siedzimy jeszcze trochę, jest nam tu nieprzytomnie miło. Choć dziękujemy za deser, to dostajemy jeszcze po małym kawałku domowego sernika z cudnym sosem malinowym, a później kupujemy jeszcze przetwory, sery i miód do domu. Żegnamy się, odpalamy powóz i wracamy do miejsca zamieszkania.

sernik

Mija godzina, robię się zielona na twarzy i gonię go toalety oddać treść żołądka. Pawia puściłam, po prostu. Trzy razy. Oszczędzę Wam szczegółów, ale było niewesoło. Pozdrowiłyśmy się z sarną i każda oddaliła się w swoim kierunku. Znaczy się wchodzi slow, wychodzi fast. A później już normalnie – kubek rosołu na gęsinie, żeby załagodzić, herbatka z miętą i nadzieja na lepsze jutro. Monika nie miała aż takich sensacji, ale obie nas przez pół nocy męczył naprawdę przykry ból brzucha.

Przyznaję, że miałam dylemat, co z tym fantem począć, więc dokonałam szybkiej analizy i wyszło mi z obliczeń, że nie ma opcji – mam obowiązek o tym napisać. Miejsce jest urzekające, ludzie też wydają się mili, te wszystkie warzywa i klimat… Fajnie. A z drugiej strony mam: mam z wyróżnieniem skończone studia dziennikarskie, na których dziennikarze z krwi i kości, a nie jakieś pomioty-szatana-teoretycy-zakichani, wpoili mi rzetelność. Nie ma, że boli – prawda najpierw. Taka stara szkoła. Mam czytelników, którzy mi ufają. Mam też bloga zbudowanego od początku do końca na rzetelności i w związku z tym wszystkim mam także obowiązki. Do tego mam koleżankę, która czuła się prawie tak samo źle, jak ja, więc nie ma mowy o przypadku, zwłaszcza, że obie jadłyśmy placki z jarmużem dzieląc porcję po równo i podejrzewam je o nasze kłopoty tak samo, jak gulasz.

Nie jestem wredną piczą z internetów, więc rano dzwonię do Dzikiej Kaczki. Dzwonię i spokojnie mówię, co zaszło. Bez awantur, bez krzyków, po prostu mówię. Mówię też, że zastanawiałam się co z tym zrobić i z obliczeń mi wyszło, że chcę czy nie – napisać muszę. Wolę dzielić się z Wami zachwytem, nie mam też żadnej przyjemności w objeżdżaniu jakiegoś miejsca, ale w zatruciu pokarmowym też nie ma nic przyjemnego.

Właścicielka sama wskazuje na placki z jarmużem (czyli celuję dobrze) jako przyczynę i pyta czy jadłyśmy coś wcześniej. Wcześniej jadłyśmy tylko pyszny twaróg na śniadanie, równie dobrą jajecznicę i pomidory, a było to sześć czy siedem godzin wcześniej, choć miła pani dwa razy upewnia się, czy na pewno nie jadłyśmy lodów. Nie, nie jadłyśmy. Rozumiem szukanie innej przyczyny, też jej szukałam, tylko problem polega na tym, że innej przyczyny nie ma. Później dzwoni raz jeszcze i mówi, że zebrała nazwiska i numery telefonów gości, którzy jedli to samo i nic im nie jest. Najpierw były prośby, teraz jest słabo zakamuflowany szantaż. Kobieto, ja ci nie chcę robić źle, ale na drugie mam „Bezkompromisowa”. I to tyle.

Rachunek.

pigs1
Magda

Info

www fb
Faszcze 28, 11-730 Mikołajki

P.S. Zostawiłam im wlepę z rekomendacją, ale to było przed tymi wszystkimi nieprzyjemnościami. Pewnie jej nie wkleją, ale gdyby, to nie sugerujcie się.


  • Dominika

    hmmmm….. pochodzę z Giżycka i miałam jeszcze przyjemność tam jeść coś dobrego bez perturbacji żołądkowych. Pani N. najwyraźniej boi się rzetelnych opinii i komentarzy

  • Maciek Adamczyk

    Ja po wczorajszym zdjeciu na instagrami napalilem sie na to miejsce jak szczerbaty na suchary(pochodze z okolicy), ale jednak nie skorzystam. Miejsce nawet dla tubylca malo znane.

    • Magda

      Fakt, robiłam zdjęcia jak szalona, bo przepięknie. Ale to było jeszcze PRZED… sam wiesz czym.

  • Liludenver

    Pani Magdo! Przypadkowo trafiłam dziś na Pani bloga, przypadkowo również odbyłam taką sama podróż kulinarną jak Panie w tym samych dniach mojego pobytu na Mazurach. W Dzikiej Kaczce dosłownie minęliśmy się na tarasie! Podróżowałam z małym psem, Pani że swoją suczka, a psiarze mają to do siebie, ze zawsze wpadną sobie w oko..:) W Dzikiej Kaczce zjadłam te same placki z jarmuzem, pierogi z serem oraz naleśniki, próbowałam też zupę ogórkowa. Mój współtowarzysz jadł również placki, bitki wołowe i deser czekoladowy. Dania były wyśmienite! Obiad nie wywołał u nas żadnych sensacji żołądkowych! Czuliśmy się rewelacyjnie! Stoję więc murem za Panią, która przygotowywała tego dnia posiłki i mam nadzieję, że przypadek Pań był incydentalny.Pozdrawiam, Ola

    • Magda

      Też mam taką nadzieję, bo miejsce jest przepiękne.