Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Dlaczego blogerzy to takie szuje i kasują komentar...

Dlaczego blogerzy to takie szuje i kasują komentarze, czyli banować czy nie?

Moja ulubiona forma spędzania czasu, to cieszenie się świętym spokojem. Lubię też przebywać wśród ludzi z którymi dzielę podobne zainteresowania, podobne poczucie humoru, z którymi dobrze się rozumiem i dobrze czuję. Tak wyszło, że każdego miesiąca spotykam się średnio z dwustu pięćdziesięcioma tysiącami takich ludzi. W internecie. I to jesteście Wy. To jesteś Ty.

Lubię się śmiać. Właściwie chyba każdą sytuację, poza chorobą i śmiercią, jestem w stanie obrócić w żart. Lubię to w sobie, bo często przydaje się żeby rozładować napięcie w towarzystwie, albo po prostu poprawić komuś humor. Śmiech jest FAJNY. Jestem też niepoprawna politycznie i to także w sobie lubię. Pójdę dalej – taka jestem, lubię taka być i się nie zmienię.

Kiedy zakładałam Krytykę Kulinarną robiłam to w pełni świadomie. Pisałam blogi od dziesięciu czy dwunastu lat, więc to nie było trudne. Założyłam, że zależy mi na społeczności, z którą się dobrze czuję, dla której będę chciała robić te wszystkie czaso-, praco- i hajsochłonne rzeczy, które robię, na społeczności, z którą mam nić porozumienia. Zależy mi na tym, żebyście chcieli ze mną być. Żeby było prawdziwie, szczerze, przystępnie, przydatnie, wesoło i bez zbędnej spiny. Żeby było tak, jak jest ze mną w realu.

I jest dokładnie tak, jak sobie wymyśliłam. Choć czasem muszę temu pomóc, bo o ile na świat nie mam wpływu, to nad miejscem, które stworzyłam ciężką pracą mam pełną kontrolę. I mam takie życzenie, żeby to było przyjemne miejsce, w którym ludzie dyskutują ze sobą w sposób cywilizowany, bez chamstwa i złośliwości. Tak oto wreszcie dotarliśmy do clou programu. Święty Ban. Ban jest dobry, ban jest przyjacielem każdego admina oraz wszystkich dbających o to, by małpy obrzucały się fekaliami w zoo, a nie w przestrzeni publicznej. Ostatnio kilka razy słyszałam, że rozdaję bany lekką ręką. I to jest prawda. Zaraz wyjaśnię dlaczego.

Po pierwsze – statystyka. Kiedy mój fanpage był mały złośliwe, wulgarne, chamskie, czy po prostu szukające gównoburzy komentarze się nie pojawiały. Teraz jest duży, więc to normalne, że w tych dziesiątkach tysięcy pojawiają się i tacy ludzie, z którymi zupełnie mi nie po drodze. To jest zwykła statystyka. Tym bardziej, że mam raczej zadziorny styl i niektórzy ciężko to znoszą. Tylko, że oni nie są mi do niczego potrzebni, tak jak nie jest mi do niczego potrzebna wiedza, że źle to znoszą. Niech idą tam, gdzie będzie im lepiej, po co się dręczyć? Przy okazji opowiem wam anegdotkę z cyklu #bloggerslife: ci sami ludzie, którzy lajkują komentarze hejtujące blogera, nie mają problemu, aby namiętnie brać udział w konkursach, które ten organizuje. #love #truestory

Po drugie – rozum. Przykładem genialnym w swej prostocie i trafności jest ten, który przytoczyła kiedyś Doda w 20m2 Jakóbiaka. Zapytana o to, czy czyta komentarze na swój temat, odpowiedziała żeby Jakóbiak obejrzał sobie „Matura to bzdura”, bo to są ludzie, którzy także piszą w internecie. I czy naprawdę ma się przejmować ich opiniami? No właśnie. Ona się nie przejmuje, ja też się nie przejmuję, a ponieważ mogę, to banuję. Bo niby czemu miałabym to znosić?

Po trzecie – to jest mój kawałek podłogi. Niektórzy myślą, że internet, w tym blogi, to takie miejsce, gdzie można napisać wszystko, a internet ma to przyjąć, zaś bloger pokajać się, posypać głowę popiołem i obiecać solennie, że od dzisiaj będzie się zachowywał dokładnie tak, jak komentujący sobie życzy. Otóż nie. Nie znam blogera, który ma ambicję, aby czytał go cały świat i cały świat się z nim zgadzał. Znam natomiast wielu, i sama się do tej grupy zaliczam, którzy mają życzenie otaczać się ludźmi podobnymi do nich samych. Nikt z nas nie ma ochoty, aby wjechał mu na chatę jakiś przypadkowy troll i robił burdę. To są nasze mikroświaty i urządzamy je tak, jak nam się podoba, nadając im własny, unikalny charakter. A Ty, czytelniku, masz dzięki temu ogromny wybór, więc wybierz taki mikroświat, żebyś był w nim szczęśliwy.

I standardem jest, że takie komentarze piszą ludzie, którzy nigdy wcześniej się nie odezwali. Nie jakiś element żywej społeczności, tylko ktoś, kogo pierwszy raz widzę na oczy. I co oczy moje zielone widzą? „Jestem stałym czytelnikiem (sprawdzam – polubienie strony od ubiegłego tygodnia), tego się po was nie spodziewałam, co to za żenujący poziom? ODLAJKOWUJĘ!”. Tak zrób i daj żyć. Jak kumpel wrzuca dowcip, który mnie nie śmieszy, to nie piszę mu, że wyrzucę go ze znajomych, po prostu scrolluję dalej. Jak fanpage zaczyna publikować treści, które mi nie odpowiadają, to przestaję go obserwować, bez potrzeby informowania kogokolwiek o tym fakcie. Szok, że w ogóle tak można, nie? I żeby była jasność: to nie jest brak szacunku do czytelników. To jest brak szacunku do głupich kóz, które szwendają się po internecie i wszędzie, gdzie się da zostawiają swoje śmierdzące bobki.

Powiedzmy, że internet to taka osobna Ziemia, na której wielu z nas buduje własne domy. Sami układamy klepki na podłodze, sami malujemy ściany i wreszcie otwieramy drzwi na oścież. Liczymy na to, że zajrzą do nas fajni ludzie. I rzeczywiście tak się dzieje. Jest ich coraz więcej, mamy o czym gadać, jest fajna energia i dobrze się bawimy. Tymczasem do naszej wesołej pełnej chaty wchodzi jakiś palant w brudnych butach i mówi: „Co za beznadziejny dom, jakiś tuman go projektował, ale chujowa kanapa. Masz się przede mną pokajać, bo otworzyłeś drzwi, więc mogłem tu wejść i to powiedzieć”. W tej sytuacji powinniśmy przeprosić, że żyjemy i wymienić kanapę, czy jednak takiego gościa wyprosić, żeby nie psuł atmosfery?

No właśnie. I na internetowej Ziemi służy do tego ban.

Magda

foto: blogbeatz.com