Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel

Cucina 88 – poznańska bellissima

Poznań – miasto doznań – bardzo rozwija się kulinarnie, dzięki kilku zapaleńcom, jak Patryk Dziamski czy Adam Adamczak. Jest też organizowany przez Wojtka Lewandowskiego coroczny Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku, który odwiedzaliśmy w zeszłym roku i w ogóle jest jakoś tak konkretnie pod kątem jedzenia. Jest uczciwie, szczodrze i szczerze – tak po wielkopolsku.

Ten region jest mi bliski pewnie głównie ze względu na moje korzenie, a bardziej korzenie mojej prababci. Moim najwyraźniejszym wspomnieniem z dzieciństwa jest gzik z pyrami i jak pamiętam prababcia miała mocny temat do kartofli. Na przykład kiedy my mieliśmy jako dodatek ryż, czy kaszę na obiad, prababcia Frania zawsze domagała się kartofli. Nie: mięsa, kapusty, gulaszu czy sera ale właśnie ulubionych kartofli. Potrafiła nawet narzekać i głośno komentować – że ona się na pewno tym razem nie naje, skoro dzisiaj na obiad jest ryż – i wygrywać swoją codzienną porcję ziemniaków. Frania świadomie i bez praktycznie żadnych problemów zdrowotnych przekroczyła 90 lat i odeszła pewnego dnia we śnie. Dzięki niej nauczyłem się grać w wojnę, śpiewać „Habry z poligonu” i inne piosenki z Festiwalu w Kołobrzegu ale przede wszystkim szanować ziemniaki.

A teraz wróćmy do Cuciny 88. Restauracja w której szefuje Ernest Jagodziński zlokalizowana jest na poznańskim Grunwaldzie, w dawnych koszarach ułańskich w kompleksie budynków City Park. Na miejscu przywitała nas miła i kompetentna obsługa, od razu proponując do wyboru kilka miejsc. Nie było tłoczno, ale kilka stolików było zajętych.

Od razu z moim kompanem przystąpiliśmy do studiowania menu i przyznam, że chwilę zajął nam wybór dań, którymi mieliśmy się raczyć tego miłego i niesamowicie gorącego popołudnia. Karta ewidentnie sezonowa, co lubimy i zawsze doceniamy – szczególnie że tak wiele miejsc w środku sezonu podaje np. bruschetty z najtańszymi, szklarniowymi pomidorami, kiedy na targu albo od ciut lepszego dostawcy za niewiele większą cenę dostaną soczyste, wspaniałe i pachnące gruntowe polskie pomidory. Nie, nie rozumiem tego.

Na stronach restauracji możemy przeczytać o filozofii tego miejsca – stwierdzenie Ernesta, że najchętniej zrezygnowałby z tworzenia menu, zdając się na nastrój chwili, dostępność składników i dziecięcą spontaniczność w odkrywaniu smaków i kształtów. Sezonowość – tak, eksperymenty – tak, najlepsze lokalne składniki – tak, ale brak menu – jak dla mnie nie do końca. W naszej domowej kuchni wiele eksperymentujemy ale najczęściej wracamy do tych naszych ulubionych potraw czy smaków. To tak trochę jak z „Rejsem” – nam się podobają przede wszystkim melodie, które już raz słyszeliśmy. I to nie chodzi o fakt, że wszyscy muszą być tacy sami – jak najbardziej widzę miejsce dla restauracji, która nie ma stałego menu – zdajesz się na szefa albo nie jesz. Tylko czy Poznań jest na to gotowy?

Na szczęście karta jest, więc na przystawkę wybieram wołowinę podkarpacką, gorczycę, jajko poszetowe, pumpernikiel (42 zł) a mój rozmówca Cucina ramen – wołowina, jajko 62’, grzyby shiitake, por, kapusta pekińska (28 zł). Oczywiście nie ma mowy o tym, żebyśmy wspólnie nie spróbowali swoich dań – zatem do dzieła!

Moja przystawka jest dobrze zbalansowana, nie potrzebuje żadnych przypraw. Sezonowana, cienko pokrojona polska wołowina jest wyraźnie słona, co bardzo fajnie współgra z lekko słodką ziemią z pumpernikla i jajkiem. Jajko po przekrojeniu oddaje swoją zawartość pod postacią półpłynnego żółtka na talerz i pozwala pobawić się konsystencją i fakturą podanych smaków. Domyka tę wariację na temat carpaccio świeża rukiew wodna. Danie kompletne, jedno na co mógłbym zwrócić uwagę to fakt, że w miarę jedzenia pozostała mi na talerzu znaczna porcja samej wołowiny bez dodatków.

IMG_0105

Ramen pełen umami, ale dla mnie za mało słony. Grzyby, wołowina, makaron w punkt – i do tego fajnie podane w glinianym głębokim talerzu. Danie pełne, świeże i niezwykle sycące. Mój towarzysz nie podołał mu w całości.

IMG_0107

Drugie dania to comber jagnięcy, pieczony w ogniu seler, majonez truflowy, jus truflowe, szpik kostny (78 zł) i stek Bavette 200g, pieczona kalarepa, purée ziemniaczane, sos z pieczonego kurczaka, domowa musztarda. Kelnerka pyta nas o stopień wysmażenia naszych dań (tutaj pełna zgoda na medium rare), po czym znika złożyć zamówienie.

Muszę przyznać, że mój comber wygląda świetnie., lubię jagnięcinę ale kilka razy niestety musiałem obejść się ze smakiem, bo kucharz który przygotowywał tę potrawę uparł się, żeby ją zarżnąć, więc trzymam kciuki, wbijam nóż i… Jest niemal idealnie. Może minimalnie bardziej medium, niż medium rare przy pierwszym kawałku, natomiast drugi jest już w punkt. Miękkie, soczyste mięso i do tego seler petarda – to ten pieczony na ogniu. Świetny pomysł, do teraz nie jadłem tak przyrządzonego selera. Natomiast nie zrozumiałem zupełnie jusu truflowego. Gdzieś ten element dania znikł przy doskonałości selera z idealną jagnięciną. Tak bywa. Gwoli ścisłości bób i fasolka al dente – tak jak lubimy najbardziej. Ach i kurki też.

 IMG_0108

Przy Bavette mam mieszane uczucia. Tak jak wszystkie dodatki w tej potrawie: marchewka, kurki, kalarepa, puree z ziemniaka, sos z kurczaka były znakomite, tak samo mięso niestety zbyt gumowe. I nie mam tu nic do zarzucenia kucharzowi, bo mięso, jak na zdjęciach zresztą widać, było przygotowane idealnie tylko niestety twarde.

 IMG_0109

Po daniach głównych znaleźliśmy jeszcze trochę miejsca na desery i zdecydowałem się na lody domowe – śmietanka z poziomką i karmel (19 zł), a dla mojego współbiesiadnika, mimo protestów z jego strony, zamówiłem tiramisu z amaretto (24 zł).

 IMG_0112IMG_0113

Oba desery były na naprawdę wysokim poziomie, uczciwie zrobione na miejscu z odpowiednią starannością zarówno o składniki, jak i ich połączenie. To co zrobiło mój dzień, to palone masło, o które poprosiłem do swoich lodów. Nawet nie wiecie, jaką frajdę sprawiło mi obserwowanie jak gorące masło zastyga na zimnych lodach, a następnie połączenie tych dwóch smaków w ustach z lekko kruszącym się masłem – bezcenne doświadczenie. Za całość zapłaciliśmy rachunek ok. 330 zł.

Zdecydowanie warto. Cucina nie dość, że świetnie karmi, ma nienachalną, doskonale przeszkoloną obsługę, jest bezpretensjonalna i na swój sposób kameralna, to wierzę, że ma do zaoferowania o wiele więcej, niż to czego dotknęliśmy podczas tego miłego popołudnia w upalnym Poznaniu.

pigs5

Jacek

Info

www fb
ul. Wyspiańskiego 26A, 60-748 Poznań

Szef kuchni: Ernest Jagodziński


  1. Jakub Sokalski

    27 sierpnia

    Droga Krytyko, cenię sobie bardzo Twoje opinie w kwestiach kulinarnych (i nie tylko), ale tym razem totalna wtopa. Wczorajszy obiad w Cucina88 był w zasadzie katastrofą, w dodatku dość drogą. Zacznijmy od tego, że od złożenia zamówienia do podania przystawek (chłodnika, zupy szczawiowej i trzech bruschett) minęło 25 min. Moje nieśmiałe narzekania w tym względzie zostały skwitowane przez – uprzejmego skądinąd kelnera w ten sposób, że „restauracja jest pełna”. No cóż, w takim razie albo należy selekcjonować ilość gości na pokładzie, jak to robi każdy sklep LV po przybyciu gości z Japonii, albo być przygotowanym na to, że działa się sprawnie również przy pełnej sali. Co więcej, restauracja nie była pełna – zajętych było mniej więcej 30% stolików. Następnie kelner jak mantrę powtarzał „mam nadzieję, że smak potraw wynagrodzi panom czas oczekiwania”. Niestety, nie wynagrodził. W roli szczawiowej wystąpiła dość paskudna zielona breja z „czymś”. Mój chłodnik był w porządku, natomiast mój towarzysz miał wybitnego pecha, bowiem jego dorsz „w towarzystwie” i „na chmurze” i „w otulinie” był po prostu bez smaku, zaś marchewka, która miała zastąpić brukselkę, była po prostu surowa. Za te wątpliwe rozkosze (i dwa kieliszki Sancerre) zapłaciłem 300 zł. Doprawdy, nie było to warte połowy tej ceny, zaś pretensje są spore, a ambicje wygórowane.