Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Chata Wędrowca – upadek legendy. W każdym se...

Chata Wędrowca – upadek legendy. W każdym sensie

Właściwie o Chacie powinnam napisać już dawno, być może w jednym z pierwszych postów. Z Bieszczadami mam szczególny związek i gdybym nie mogła odwiedzać ich kilka razy w roku, czułabym się chora. Rzadko zatrzymuję się w Wetlinie, ale w drodze na ten czy inny szlak przejeżdżam przez nią dość regularnie. I zazwyczaj jem wtedy w Chacie. Chyba najbardziej lubię ją jesienią, kiedy turystów jak na lekarstwo, buki i olchy w okolicznych lasach kolorami pasą oczy do nieprzytomności, a ja mogę zająć stolik przy oknie i w spokoju cieszyć się tym widokiem.

IMG_5433

O Bieszczadach napisano już bardzo wiele, większość tych publikacji spokojnie drzemie sobie w mojej biblioteczce, i nie będę starała się wzbić na poziom natchnionych urokiem tych gór poetów. Wciąż odkrywam ich małe i duże tajemnice, poznaję lokalnych artystów, którzy zazwyczaj swoje talenty odkrywają dopiero tam, szukam nowych smaków i smaczków czy dziewiczych, omijanych przez turystów miejsc. Pół życia tam wracam jak bumerang i wciąż uważam, że wiem o Bieszczadach za mało. Ale to, co wiem na pewno, to prosta prawda, że łatwo w to miejsce wsiąknąć, oddać mu serce i już nigdy się spod tego uroku nie uwolnić. Jeszcze kilkanaście lat temu było – w porównaniu do stanu obecnego – dość dziko, choć powoli pojawiały się pensjonaty, zaś obowiązujący górski outfit prezentował się zgoła inaczej – były stare buty, bojówki i plecak, co niejedno już widział. Wręcz wypadało być powsinogą i obwiesiem z kilkoma groszami przy duszy. Dziś, jak chyba wszędzie, królują błyszczące fury z rejestracjami z dużych miast, markowe kurtki i profesjonalny sprzęt fotograficzny, jednak wciąż odnajduję tam ten jeden wspólny mianownik spinający w całość to, co było z tym, co jest – ludzi. W zadyszce łapanej przy ostatnim podejściu na Tarnicę znów wszyscy jesteśmy równi, w zasłużonym piwie przy wieczornym ognisku też, a dźwięk nadchodzącej wiadomości wydawany przez najnowszy model telefonu z jabłuszkiem jest wciąż jednak trochę od czapy. Gdzieś po drodze zostają metki, atrybuty i gadżety. Tracą te bzdury na znaczeniu, a na pierwszy plan wybijają się rozmowy po świt, do których się tęskni całą długą zimę. Nie twierdzę, że tak jak piętnaście lat temu, przyjeżdżam w Bieszczady pociągiem do Zagórza i dalej przesiadam się w PKS. Raczej wrzucam plecak do bagażnika i jadę, gdzie chcę nie kłopocząc się rozkładem jazdy. Niby mam GPS, ABS, USB, itp., itd., mam nawet wyniki USG, jednak w Bieszczadach wszystkie te literki robią się jakieś takie durne i nie na miejscu. Być może jestem skażona wspomnieniami, bowiem pamiętam czasy, kiedy trzeba było udać się na pobliską górkę, by złapać tzw. pole i korzystając z jedynego w okolicy telefonu komórkowego zawiadomić rodziców, że się żyje. Pamiętam też takie czasy, kiedy w okolicy nie było żadnego telefonu, więc można było w celu zawiadomienia wysłać pocztówkę. A może tam po prostu jest taki, a nie inny klimat? Cytując klasyka odpowiem sama sobie: Jakby nie było, jest bardzo miło!

Wróćmy jednak do tematu – Chatę Wędrowca tworzą ludzie legitymujący się pasją i ogromną miłością do tych pagórów, to czuć we wnętrzu, zaangażowaniu. Nie wybrali sobie łatwego kawałka chleba – przez większą część roku łatwiej na bieszczadzkich drogach spotkać niedźwiedzia czy wilka, niż turystę z zasobnym potfelem, a więc to musi być miłość. I ja ich rozumiem.

Baraninówka i kwaśnica na wędzonych żeberkach poszły na pierwszy rzut. Chyba tę pierwszą oceniłabym wyżej, bo kwaśnica w tej okolicy jest dość powszechnie spotykana i jadałam już lepsze.

IMG_5436

Obie jednak gęste, aromatyczne i uczciwe. Gdybym miała określić je jednym słowem, byłoby to słowo: domowe. W ogóle kuchnia w Chacie jest właśnie taka – domowa.

IMG_5437Ze względu na bliskość Słowacji i moją słabość do smażonego sera, nie mogłam go nie zamówić. I tu niestety się rozczarowałam. Był zbyt twardy, nie ciągnął się, dość powiedzieć, że nie zjadłam nawet połowy porcji. A szkoda, bo już miałam nadzieję, że do sera będzie bliżej niż dalej.

IMG_5440Dalej mamy jagnięcinę z grilla, może nie wybitną, ale z pewnością dobrą, dość delikatną, miękką i aromatyczną, klasycznie podaną z zestawem surówek i opiekanymi ziemniakami. To jest naprawdę przyzwoite mięso.

IMG_5442Zaś na koniec kilka słów o tym, z czego Chata słynie – chciałabym Państwu przedstawić przedziwny, gruby Naleśnik Gigant, słusznie pisany z dużej litery. Cóż, porcja jest zaiste gigantyczna, ale można zamówić połowę. Połowę, która wciąż jest ogromna. Naleśnik jest w istocie rodzajem pulchno-chrupkiego racucha z dziurami, smażonego na głębokim tłuszczu. Do tego jagody z połonin, śmietana, miód i cukier puder. Słodka, dziko sycąca, jedyna w swoim rodzaju rozpusta. Kocham naleśniki z jagodami w Barze Pod Gontami, ale ten jest zupełnie inny. Nie lepszy, nie gorszy, lecz inny. Mało prawdopodobne, by udało Wam się coś podobnego spotkać w innym miejscu, zwłaszcza że Naleśnik Gigant jest Certyfikowanym Produktem Lokalnym. Występuje w menu również w towarzystwie jabłek czy truskawek, ale jedząc go po raz pierwszy zachęcam jednak do jagód. Obecnie jest już dojrzałym dżentelmenem, bowiem skończył dwadzieścia lat, a jego historia zaczyna się w Bacówce pod Małą Rawką, do której jagody dostarczał jeden z wielu legendarnych bieszczadzkich zakapiorów, nieżyjący już Władek Nadopta, szerzej znany dzięki piosence Wojtka Belona jako Majster Bieda. Jak widzicie za Naleśnikiem Gigantem stoi nie lada historia, a jeśli dodamy do tego prostą prawdę, że nad wykonaniem ciasta po dziś dzień pieczę sprawuje wciąż ten sam człowiek, to czy można przejść obok niego obojętnie? Chyba nie.

IMG_5444Chata Wędrowca z pewnością zajmuje istotne miejsce na mapie bieszczadzkich jadłodajni. Z przyjemnością patrzę jak się rozwijają, teraz mają również pijalnię piwa i mogą się pochwalić wcale niezłym wyborem piw z Czech i Słowacji. A jeśli ktoś szczególnie zapała miłością do tego miejsca, może w Chacie przenocować, bowiem dysponują kilkoma uroczymi pokojami.

Tu kończymy sentymentalno-kulinarną wycieczkę, dodając, że za to, co powyżej plus piwo rachunek opiewał na 101 zł.

UPDATE z jesieni 2014

Jak jasno wynika z powyższego tekstu, w Chacie stołowałam się… naście lat. Długo i regularnie. Był okres, kiedy wspaniale trzymali fason, ale od kilku lat jest coraz słabiej. I już mniejsza o obsługę, którą co roku szkolą od nowa i dopiero w sierpniu jest w miarę przyzwoita. Mniejsza też o szybujące w górę ceny.

Tej jesieni zrobiłam dwa podejścia do Chaty i oba były kompletną klapą i rozczarowaniem. Poza – oczywiście – naleśnikiem, który jest jednakowo wielki i jednakowo tłusty każdego roku. Cała reszta, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, bo przepadałam za tym miejscem, była praktycznie niejadalna. Ociekające tłuszczem, żylaste kotlety, słabej jakości produkty i jechanie na wypracowanej renomie. Dwie wizyty, dwa razy potrawy wracały do kuchni, a byliśmy tam we trójkę!

Oczywiście, że nadal jest tam pełno czy jednak jest to kolejka po dobre jedzenie czy może to już po prostu taki sam punkt programu jak Siekierezada?… Mam inne standardy i choć pewnie zaraz jakiś fanatyk napisze, że w Chacie jest najlepiej, to ja jednak pozostanę przy swoim stanowisku. Ale w mojej kuchni nie ma supermarketowych produktów, nie ma kostki rosołowej i sosu z proszku. Nie ma sera topionego i szynki z polepszaczami. Bo takie mam standardy. W Chacie mi nie smakuje i nie polecę tego miejsca tylko dlatego, że kiedyś było tam fajnie i dobrze. Kiedyś, to kiedyś. Zostały dobre wspomnienia doprawione łyżką dziegciu.

I w swej nieskończonej wielkoduszności zmilczę brak klasy właścicielki, która nie przyjmuje do wiadomości, że kiedyś było lepiej, że można coś poprawić, natomiast obrzuca błotem swoich gości, którzy przez lata całe oddawali temu miejscu cześć. Tylko dlatego, że zauważają zmiany na gorsze i grzecznie zwracają dania do kuchni. Wstyd.

Już nie cztery świnki, lecz dwie. Wyłącznie za naleśnika. A jak chcecie z tymi samymi jagodami z połonin, ale taniej i z mniejszą ilością tłuszczu, to skoczcie do Baru pod Gontami. Jasia Was tak nakarmi, że klękniecie. Pierogi, żurek, kwaśnica i naleśniki to obowiązkowe punkty programu.

[EDIT, wiosna 2016] Pani Ewa postanowiła skasować swoje komentarze pod tym postem, ale z moich odpowiedzi łatwo wywnioskować co w nich było napisane. Zostawiam to ku pamięci.

pigs2

Magda