Najpopularniejszy i najbardziej opiniotwórczy blog restauracyjno-podróżniczy w Polsce
CZYTASZ

Lokal na rybę – można jeść palcami. I oblizy...

Lokal na rybę – można jeść palcami. I oblizywać!

Lokal na rybę robi mi tak, że w głowie słyszę ten kawałek i od razu chce mi się śmiać. To nie jest kwestia samego miejsca, choć jest luźne, swobodne i pozbawione tego typowego warszawskiego ścisku dupy, ale chyba przede wszystkim Bartka Liska, który – choć nadmorski – to kotwiczy w Warszawie. Ale wciąż jego nadmorskość jakby porami wyłaziła.

Nie wiem, może to my byliśmy tacy rozbawieni, ale ten wieczór otworzył mi szufladkę ze wszystkimi trójmiejskimi imprezami, jakie zaliczyłam. A nie od dziś wiadomo, że w Trójmieście są najlepsze balety. I nadal lubię sobie tam wyskoczyć na gościnne występy. Och, jakże mi w tej knajpie było dobrze i wesoło, zupełnie jak ostatnio w Sopocie! I ten Bartek, który wymyślił sobie lokal lekko urągający logice, czyli otwarty tylko trzy dni w tygodniu. Prawie wariat, ale jednak nie, bo to miejsce ma własną tożsamość. Sami o sobie piszą tak: „Serwujemy dania kuchni jachtowej według widzi mi się gotującego żeglarza Bartosza Liska, głównie ryby i owoce morza. Można jeść palcami.” Ja się w takich wariatach zakochuję z miejsca.

Ponieważ byliśmy w trzypaku, spróbowaliśmy prawie wszystkiego z karty. A śledzia z sosem curry (25 zł)… trzy razy pod rząd. Tak, dobrze czytacie – raz po razie zamawialiśmy to samo danie, bo sobie je musieliśmy wyrywać. Nie pamiętam, żeby nam się to kiedykolwiek przydarzyło. To jest geniusz w najczystszej postaci i bardzo bym chciała, żeby szef kuchni miał takie widzi mi się i pozostawił go w menu na zawsze. Dobrej jakości, dość zwarty, marynowany w zalewie octowej śledź, do niego cebulka w kosteczkę, cudny domowy chleb i sos o smaku curry. Takie proste, a tyle daje szczęścia! A teraz ogarnijcie tę informację: zamówiłam kilogram tego śledzia na Święta. Hell yeah!

img_0502

Sałatka śledziowa mojej mamy (20 zł), to znaczy Bartka mamy, nie mojej, jest bardzo smaczna. Jeśli lubicie śledzie pod szubą/pierzynką, to ta wersja podana w szklance powinna wam przypaść do gustu. Jest delikatniejsza, nie jest tak intensywna w smaku jak śledź z sosem curry, ale po tym śledziu świat w ogóle już nie jest taki sam i zastanawiam się czy to dobrze, że od niego zaczęliśmy, bo kładł się cieniem na wszystkich kolejnych daniach, które same w sobie były świetne. Ale śledź i tak numer-jeden-amen. Niezłym wyborem jest też gubbrora (25 zł), rodzaj pasty do chleba opartej na trzech składnikach: kwaśnej śmietanie, anchovis i siekanym jajku na twardo. Fajna i szybka w przygotowaniu rzecz, myślę, że wejdzie do mojego stałego repertuaru porannych past do chleba.

img_0513

img_0501

A barszcz z uszkami śledziowymi (20 zł)? No, marzenie! Smakuje tak domowo, że aż się łza w oku kręci. Wiem, że „domowo” znaczy dla każdego coś innego, ale identyczny barszcz robiła moja babcia, więc naprawdę się wzruszyłam. A z drugiej strony wszyscy troje najpierw określiliśmy jego smak „domowym”, więc może też to odnajdziecie?… Tylko do uszek się przyczepię, bo ciasto za twarde i za grube. Cóż, to się zdarza nawet w najlepszej rodzinie.

img_0517

Podany z olejem świerkowym rodzaj gravlaxa, ale podwędzonego (30 zł) to przede wszystkim dobrej jakości ryba. Zupełnie pozbawiona tego paskudnego smaku mułu, który zawsze wychodzi z hodowlanego łososia. Tu jest fajna, smaczna, podwędzona ryba o mięsie charakteryzującym się znakomitą, i delikatną i zwartą jednocześnie, strukturą. Takiego łososia, to ja mogę. Wszyscy cieszymy się na kulebiak z barszczem (30 zł), bo wiemy, że ten barszcz to jest hit, więc kubek idzie w kółko i widzę, że nawet się trochę pilnujemy, żeby nikt łapczywie nie przyjął większej porcji, niż mu się należy. Jak dzieci, które dzielą się cukierkami po równo. Rybny kulebiak pasuje tu jak marzenie, więc pogryzamy i powolutku dochodzi nam do mózgów informacja, że chyba znowu się przejedliśmy.
– Trudno – mówię. I dopycham makowcem.

img_0507

img_0508

img_0509

img_0520

O, jak mi się to miejsce podoba! I jakie jest smaczne i luźne, i sympatyczne, i pan, który nas obsługiwał z dwa razy czegoś zapomniał, ale wszystko mu wybaczam, bo tak mi się spodobało, że nawet jakby mnie tym barszczem oblał, to też bym mu wybaczyła. Idźcie tam, jak w dym! My się wybieraliśmy od jesieni, a jak już wreszcie dotarliśmy, to z miejsca miłość na zabój.

pigs5

Magda

Info

www fb
ul. Kwiatowa 1/3/5 (wejście od Różanej), Warszawa

Szef kuchni: Bartek Lisek


  • Gustavo Woltmann

    Niby mamy kraj nad morzem, a tak ciężko u nas o dobre ryby… Dlatego jeszcze bardziej cieszy mnie ten post. Na pewno zajdę!

    • Style

      Co z tego ze ten kraj ma dluga linie brzegowa, ten kraj nie ma tradycji w obcowaniu z morzem. Dlugosc tej lini brzegowej powstala zaledwie 70 lat temu na skutek przesuniecia granic po II wojnie swiatowej. Polacy nie mieszkali wczesniej nad morzem i korzystania z jego dobrodziejstw natury dopiero i nader topornie sie ucza. Wystarczy porownac z kultura krajow z dostepem do Baltyku od zawsze Szwecja, Dania czy Niemcami. Wypadamy jak jaskrawy bazar, zarowno estetycznie jak i kulinarnie.