Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Polacy za kółkiem: nie masz cwaniaka nad warszawia...

Polacy za kółkiem: nie masz cwaniaka nad warszawiaka!

Jeżdżę dużo, bezwypadkowo, mandatów w całej swojej karierze zebrałam powalającą ilość sztuk trzy, wciąż jednak lubię pocisnąć. Może to mój urok, a może to Maybelline. Prawo jazdy mam od, o borze szumiący, właśnie to policzyłam – od siedemnastu lat. Nie wiem ile przejechałam kilometrów, ale dość żeby pogrupować sobie współużytkowników dróg. A co czasem doprowadza człowieka do spazmów rozpaczy, może być też źródłem uciechy. Kwestia ustawienia się do sytuacji odpowiednią częścią ciała. Bo jak czegoś nie możesz zmienić, to chociaż weź to obśmiej. A Polacy za kółkiem to taki wdzięczny temat!

Anegdotka numer jeden: wiecie jak się nauczyłam czytać? Poprosiłam tatę, żeby mnie nauczył prowadzić samochód. On na to, że najpierw muszę zrobić prawo jazdy, a żeby zrobić prawo jazdy trzeba umieć czytać. Ja na to: „To mnie naucz”. I w ten sposób w wieku pięciu lat sama czytałam sobie książki. Chciałabym kiedyś mieć w stosunku do swoich dzieci taką przebiegłość.

Anegdotka numer dwa: mam taka znajomą, obecnie stateczną matkę dwójki, w którą niegdyś wstępował szatan ilekroć ktoś zajechał jej drogę. Opowiadała mi, że potrafiła takiego delikwenta gonić pod same drzwi. Nie wiem co mu tam robiła i może nawet lepiej, że nie wiem, ale miała też taki patent, że jak ktoś ją rozeźlił, to na tę okoliczność woziła ze sobą w butelce olej zmieszany z wodą. Wyprzedzała, otwierała okno i tą wodą z tym olejem po przedniej szybie delikwenta. Żadna wycieraczka się tego nie ima. Pozdrowienia. Nie piszę tego żebyście stosowali, tylko żeby Was wprowadzić w klimat. Polski dziki wschód.

Nie masz cwaniaka nad warszawiaka

Mój najbardziej nieulubiony typ, gdyż stykam się z nim każdego dnia. Kocha przepałować na czerwonym (widzę to średnio dziesięć razy dziennie, serio!), a jak się zwęża pas, to nie wpuszcza na suwak nikogo. Ni-ko-go. Oczywiście, że jest pałą zakutą, bo gdyby na kursie odrobił zadanie domowe, toby wiedział, że suwak dobra rzecz i dzięki niemu idzie płynniej, ale nie. ON jedzie, reszta – wypierdalać. Boże, jakie to musi być napięcie tak podjeżdżać centymetr co dwie sekundy! Korposzczur czelendżuje nawet na trasie do Lidla. I tak oto kiedyś Jaś się nie nauczył dobrych praktyk, więc dziś Jan ma braki w edukacji. Ale za to umie zredukować bieg i wcisnąć gaz do podłogi. Z drogi śledzie, menedżer niższego szczebla jedzie!

Dla kontrastu bardzo przyjemnie jeździ się po Śląsku, ludzie są uprzejmi nawet jak widzą warszawskie numery. A to – i jest to prawda powszechnie znana – nie daje plus sto do sympatii na drodze. Znowuż w Przemyślu zwalniają nawet na zielonym, bo zaraz może być czerwone. I tak dalej.

Wędkarz

Ja się ich chyba trochę boję. Wiecie, rybka to ta naklejka na zderzaku, że chrześcijanin inside. Wędkarz jest totalnie nieprzewidywalny. Niby powinien być pełen miłości do bliźniego, a potrafi być najwredniejszym sukinsynem na świecie. Typów z rybką nie ogarniam, bo wywołują dysonans poznawczy – spodziewasz się czegoś miłego, „Barki” w głośnikach, a tam Wędkarz z pianą na twarzy. God, why?!

Mistrz prostej

Strasznie denerwujący typ szczególnie w trasie – na prostej ciśnie do podłogi, ale za to na zakrętach zwalnia do takiej prędkości, że pewnie gdyby wysiadł i pchał samochód, to byłoby szybciej. W każdym razie piesi i rowerzyści go wyprzedzają. Oraz emeryci i renciści. Zwykle używa hamulca spazmatycznie i bez konkretnej przyczyny, bo po prostu zdjęcie nogi z gazu i ewentualne przewidywanie zdarzeń na drodze przekracza jego możliwości. Jak ci się taki trafi i na dłuższym odcinku nie masz możliwości wyprzedzenia, to ciśnienie rośnie skutecznie. Nie, nie w oponach.

Święta krowa

Święta krowa to bliska przyjaciółka Jana z Warszawy. Razem siedzieli w oślej ławce. Święta krowa nie wie, że przy skręcie w lewo należy zjechać do osi jezdni, więc nie zjeżdża. Zatrzymuje się na środku pasa i błyskawicznie tworzy zator. A że pozbawiona jest zwinności, to skręci dopiero jak NA PEWNO nic nie będzie jechało z naprzeciwka. Czyli za kwadrans. To jest w ogóle wspólna cecha bardzo dużej grupy polskich kierowców – myślenie wyłącznie o sobie. Nie jak ułatwić innym życie i nie być zawalidrogą, tylko dokładnie odwrotnie: JA jadę, handlujcie z tym.

Drugą cechą charakterystyczną Świętej krowy jest całkowity brak umiejętności parkowania. Zająć dwa miejsca na wypełnionym po brzegi parkingu? Nie ma sprawy. Przykleić się do drzwi kierowcy sąsiedniego samochodu? A proszę cię uprzejmie. Wsiadaj przez bagażnik.

Szarpałabym.
Do.
Kości.

Pan w kapelutku (i paltociku)

Znany też jako „niedzielny kierowca”. No co ja Wam będę pisała?… Wychodzi z gawry tylko w czasie najważniejszych świąt, nigdy nie przekracza 50 km/h choć z chęcią piłuje na drugim biegu, jego Matiz ma piętnaście lat i osiem tysięcy przebiegu. W pozostałe 360 dni w roku trzymany jest pod kocem.

Jajko z niespodzianką a.k.a zbuk

Ty nie musisz wcześniej wiedzieć, że on skręca. Włączenie kierunkowskazu w momencie wykonywania manewru to chyba dość uprzejmości, co nie?

Z kolei lusterka wsteczne są po to, żeby się w nich przeglądać, bo niby jaką inną funkcję mogą mieć skoro skierowane są powierzchnią odbijającą w stronę kierowcy? Logiki trochę! Zbuk całą paletę swoich samochodowych umiejętności rozwija dopiero na autostradzie. To właśnie on z chęcią wyskoczy ci pod koła kiedy masz złoty osiemdziesiąt na blacie. To na pewno z dobrego serduszka, żebyś nie łamał przepisów. Razem wyprzedzicie tego tira. Prawilnie. Dziewięćdziesiąt dwa. Na. Godzinę.

Czasem fantazjuję, że wysiadam, wyjmuję z bagażnika jakiś ciężki długi przedmiot i obrywam im te wsteczne jednym ciosem z karata. Przecież i tak nie korzystają.

Ten, co ma łączność

On ma zawsze kontakt z bazą, choć nie ma zestawu głośnomówiącego. Łatwo go rozpoznać po tym, że jedzie jak pijany. Już-już sięgasz po telefon, że i-jo, i-jo, halo, policja, proszę przyjechać na Marszałkowską, ale wtedy się zrównujecie i odkrywasz, że ten baran pisze smsa. Bardzo mądrze. Najmądrzej.

Doktorek nerwosolek

Doktorek nerwosolek to taki typ, z którym trzeba ostrożnie, bo nie wiadomo czy nie dopadnie cię na światłach i nie spróbuje wyciągnąć z samochodu w celu lekkiego zdefasonowania pysiaczka. Poznasz go po tym, że pięć razy podjedzie ci pod sam zderzak, osiem razy błyśnie światłami sygnalizując uprzejme „wypierdalaj”, trzy razy zmieni pas z lewego na prawy oraz z prawego na lewy, przy czym nie ma znaczenia, że przed tobą jest jeszcze pińcet samochodów i nie ma jak pojechać szybciej. I nawet jak już w końcu znajdzie jakiś prześwit i wystrzeli do przodu, to jeszcze zdąży pokazać ci międzynarodowy znak pokoju. Najśmieszniejsze jest to, że i tak cztery światła dalej spotkacie się na czerwonym. To ten sam typ, który wygraża innym kierowcom pięściami, pokazuje faki wszystkimi dziesięcioma palcami i zna dużo brzydkich słów. To baran jest ale nabuzowany, więc lepiej zablokuj drzwi.

Jeśli jesteś pasażerem, to łatwo poznasz, że jedziesz z Doktorkiem nerwosolkiem po tym, że ciągle się kłaniasz. Hamulec (kłaniasz się) – gaz (jeb! potylicą o zagłówek) – hamulec (kłaniasz się) – gaz (jeb! potylicą o zagłówek).

Czasem, jak mi za blisko podjedzie pod zderzak, to lubię mu zafundować rzadki stolec – na ułamek sekundy wcisnąć hamulec w podłogę i natychmiast odpuścić. Tak, żeby dostał mikro zawału i pot mu wystąpił na czoło, ale nie zdążył mi zaparkować w bagażniku. Nie polecam jednak tego rozwiązania niedoświadczonym kierowcom, gdyż trzeba jednocześnie ostro przyhamować i patrzeć we wsteczne, żeby wiedzieć kiedy podnieść nogę. Jak ma resztki mózgu, to zatrybi, że jest to prosta informacja: „odklej się, chamie”. A jak nie, to na czerwonym blokuję drzwi i patrzę jak mu na skroni nabrzmiewa żyłka pierdząca kiedy z uśmiechem Mony Lizy wybieram numer 112. Ale tak, żeby widział. Jak oni potulnieją, mówię Wam!

Magda

PS Na pytanie dlaczego nie czepiłam się greckich kierowców, którzy non stop jeżdżą na lekkiej bani, albo włoskich, którzy pierwsze rysy na zderzakach sąsiednich samochodów robią jeszcze przed porannym espresso odpowiadam: bo żyjemy w Polsce i mamy dość małp we własnym zoo.

Tekst powstał w ramach cyklu #KuUciesze, bo gdyby miał być na serio, to pękłaby mi żyłka pierdząca.

Rozbawiłam Cię? To podaj dalej!