Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Ol ekskjuzmi po polsku, czyli tydzień w Ośrodku Wc...

Ol ekskjuzmi po polsku, czyli tydzień w Ośrodku Wczasów Pracowniczych

Mazury, środek wyjątkowo upalnego lata. Ośrodek Wczasów Pracowniczych położony malowniczo gdzieś między jeziorem, a fermą krów. Te ostatnie, przy sprzyjającym wietrze, dostarczają niezapomnianych wiejskich aromatów. Dobry dzień jest wtedy, kiedy tuż nad taflą wody nie unosi się charakterystyczny zapach obory. Czort jedyny wie co rzuciło mnie w to uzdrowisko – chciałoby się zanucić.

Czas płynie leniwie, a rytm dnia wyznaczają pory posiłków, które największego marudera mobilizują do zjawiania się w stołówce punktualnie. A tam – cuda! Cud przemienienia na przykład. Kalafiorowa z piątku w niedzielę objawia się jako barszcz biały, a kurczak z obiadu w porze kolacyjnej przyjmuje postać potrawki. W jedynym sklepiku wąski repertuar: cola, chipsy, jakieś cukierki. Ci bez samochodu przegrywają z kretesem.

Domki czyste, widać, że kilka lat temu odnowione, ale bez aneksów kuchennych. Czyli tydzień na owocach. To teraz podobno modne – dieta raw. No i ten krowi zapach. Kawa z mlekiem smakuje inaczej, niż zwykle.

Domki rezerwuje się tu już w styczniu, a te najbliżej jeziora rozchodzą się nawet wcześniej. Dla dzieci to niemal raj – duży plac zabaw, wyznaczone płytkie kąpielisko, ratownik. A może to jednak bardziej raj dla rodziców?… Dzieciaki się znają, ganiają całymi bandami, ale od niebezpieczeństw świata z jednej strony oddziela je płot, a z drugiej bystre oko ratownika. Są atrakcje i animacje, takie jak dyskoteki kończące się obowiązkowym „To już jest koniec, nie ma już nic”, ale za to nie ma ajfonów, ajpadów, rąbania w gry. Trzeba sobie samodzielnie wymyślać zabawy do dyspozycji mając to, co się napatoczy. Szach-mat, warszawskie smarkacze.

Starszych zaś podziwiam za umiejętność swobodnego przepuszczania czasu przez palce, choć jeszcze nie rozumiem o co chodzi, kiedy mówią „Byle do kolacji…”. Po dwóch dniach zaczyna mnie nosić i muszę się gdzieś urwać. Siedmiolatka, którą mam na pokładzie ma mniej spostrzeżeń, bo po dziecięcemu bierze życie jakie jest. Wykorzystujemy czas bez technologii LTE na naukę rzeczy przyziemnych – uczę ją jak jeść nożem i widelcem like a Queen of England i że te racuchy konsekwentnie pozbawione jabłek, które dali na kolację, to takie turnusowe trzy na dziesięć. Łapie w lot. Mówi, że jak dorośnie, to też będzie blogować.

Z pieskami nie ma problemu, póki nie zmienia się turnus. To dzięki nim układa mi się w głowie typologia wczasowiczów. I tak mamy tu na przykład Starą Babę. Stara Baba to jednostka o specyficznej konstrukcji psychicznej, która znajdzie się w każdym większym zbirowisku ludzkim, a w Ośrodku Wczasów Pracowniczych na pewno. Starej Babie zawsze coś przeszkadza, na przykład to, że psy są, oddychają i chodzą. Dlatego w tej sprawie nie zwraca się do właścicieli lecz dzwoni do recepcji, z której ktoś dzwoni do ratowniczki, aby ta przekazała właścicielom, że Starej Babie przeszkadzają psy. Wszyscy bohaterowie komediodramatu (z wyjątkiem recepcjonistki) znajdują się w odległości nie większej, niż dwadzieścia metrów od siebie. Następnego dnia na drzwiach stołówki pojawia się informacja, że psy na terenie ośrodka mają być na smyczy i w kagańcu.

Notatka do siebie: nigdy nie zmienić się w Starą Babę.

Są też Melomani. „Drina goni kolejny drin, remix browar, wóda, gin” – tak rozpoczyna się bal. Nie wiedziłam, że twórczość Tedego wciąż ma swoich odbiorców. Tłusty bit dochodzi spod piętnastki lub szesnastki. Tu operuje się numerami domków. Była zmiana turnusu, a to onacza schemat: ostra najebka w pierwszy wieczór – kac – względna normalność.

Czas płynie tak wolno, że pospolite ruszenie przypadające na 13:30 wywołuje mój niepokój. Kolejne będzie o 18:30. To pory posiłków. Lepiej stawić się punktualnie, bo ledwie dwa kwadranse później nic już nie zostaje. Magiczna zegarowa trójca: 9:30 – 13:30 – 18:30 to również momenty w ciągu dnia, kiedy pomost jest całkiem pusty, drobinki pisaku zmieszanego z mazurskim mułem leniwie jak czas opadają na dno jeziora i można prawie-prawie pomedytować.

Chyba, że jakiś jebany kundel ujada.

 

 

 

 

Byle do kolacji…

Magda

Tekst powstał w ramach cyklu #KuUciesze, choć tak naprawdę cieszę się, że mogłam dołączyć to doświadczenie do kolekcji. Nigdy nie zetknęłam się z takim ekosystemem jak Ośrodek Wczasów Pracowniczych. Okazuje się, że solidnie się wynudzić to rzecz w życiu potrzebna. To pisałam ja – Magdalena, która od blisko sześciu lat nie doświadczyła czegoś tak abstrakcyjnego, jak urlop.

Spodobał Ci się tekst? To super! Będzie mi bardzo miło, jeśli zechcesz go udostępnić 🙂