NAJlepszy widok w mieście. NAJlepsza lokalizacja. NAJlepsze produkty. NAJlepsze wina. No i jest to NAJnowszy adres w Gdańsku. Tak się składa, że byłam na premierowej kolacji i przeszłam przez całe menu, którego obecnie możecie spróbować w MDWA. Rekomenduję zrobić rezerwację.
Materiał powstał we współpracy z hotelem Hilton Gdańsk
MDWA mieści się w gdańskim Hiltonie, ma zaledwie osiem stolików, ale za to aż trzy obrazy Fangora na ścianie. I bajeczny widok na Motławę z drugiej strony, więc czasem nie wiadomo gdzie patrzeć. Jest tu wszystko, co w dobrze pojętym fine diningu ma znaczenie: znakomita obsługa, szalenie kreatywny szef kuchni, produkty i wina najwyższej jakości (jeśli wybierzecie się do MDWA, to koniecznie wybierzcie menu z pairingiem win, naprawdę warto). Mam wszelkie podstawy, by sądzić, że celują w gwiazdkę. I fajnie, bardzo kibicuję, niech Polska ma ich jak najwięcej. To jest wspaniały wabik na turystów, a turyści to rozwój przeróżnych biznesów. Nie widzę słabych punktów.
Zastosowali dwa bardzo fajne rozwiązania, które mogą Wam przypaść do gustu. Po pierwsze na każdym stoliku stoi niewielka lampka, której zgaszenie oznacza, że oczekujemy cichego serwisu. Bardzo fajne rozwiązanie, gdy jesteśmy na randce czy spotkaniu biznesowym i nie chcemy, aby kelner rozwodził się nad tym, co mamy na talerzu i ciągle przerywał. Druga rzecz, to menu, na którym nie widać cen. Dopiero po podświetleniu go malutką latarką ze światłem UV ceny się magicznie objawiają. Nie uważam tego za sztuczkę lecz odwołanie do pewnych standardów. Widzicie, kiedyś, dawno, dawno temu, za górami, lasami oraz różnymi zbiornikami wodnymi, gdy mężczyzna zapraszał kobietę do restauracji, to w tych dobrych – ona zawsze dostawała menu bez cen. Bo przyjęte było, że to mężczyzna płaci. Dziś już nic nie jest przyjęte, poza może ogólną zasadą, że płaci ten, kto zaprasza, ale to też nie jest wyznacznik niczego, więc osoba, która uiszcza rachunek podświetla sobie menu, aby zobaczyć ceny.
Bardzo, bardzo fajne i kreatywne rozwiązanie.
Naturalnie na początku trzy rodzaje pieczywa i masła i malutkie, wypieszczone przystaweczki. Najbardziej kontrowersyjna była dla mnie „meduza bałtycka”, która naturalnie nie jest meduzą, tylko sferą z wodą spod ostryg i kawałeczkiem ośmiornicy wewnątrz. Na pewno nie można jej odmówić tego, że wywołała dyskusję przy stoliku, więc to całkiem niezłe otwarcie. Dalej maleńki pączek nadziany węgorzem, do tego kapka Antoniusa, a zaraz za nim siekane ślimaki przykryte zieloną pianką. Fajna rozgrzewka, ale moja osobista gwiazda tego wieczoru dopiero przed nami.
Dalej pokrojony w idealną kostkę jesiotr z beurre blanc. Ryba o idealnie zwartej, przyjemnej konsystencji – jednocześnie lekka, ale też za sprawą masła umamiczna. Świetne było raviolo z langustynką, mirabelką i szafranem, do którego na malutkich łyżeczkach do kawioru podano jeżowca i obok w niewielkim kubku bajeczny bisque o smaku, który jednocześnie był głęboki, delikatny i miał subtelnie gorzki finisz. Świetne danie!
Zatrzymam się na sekundę przy jeżowcu. Zwróćcie uwagę na ceramikę. To także charakterystyczne dla fine diningowych restauracji, że pod konkretne dania powstają talerze, miseczki czy różne szalone naczynia. W MDWA też to znajdziecie. Fajna zabawa nie tylko smakiem, ale i formą.
A teraz mój osobisty hit w menu opisany lakonicznie jako „grzyb, kwiaty, tymianek cytrynowy”. Mhm, jasne. Otóż jest to las. A w lesie tym – cuda. Na tym talerzu znajdziecie kilka rodzajów grzybów, bajeczne, klarowne, niezwykle smaczne consomme grzybowe i – teraz uwaga – smardze nadziewane truflą. Poziom rozpusty sięgnął zenitu. Smak zaspokoił pokładane w nim nadzieje. Ale to chyba nie jest zaskakujące, hm?
Dalej delikatna, bardzo smaczna sola dover marynowana w koji, do tego risotto z pora i lokalny żuławski ser, a w tle szkielet ryby, który naturalnie nie jest szkieletem, tylko wytrawnym ciastkiem. A zaraz za rybą soczysta, delikatna przepiórka (pierś na talerzu, a udko z fikuśnie przywiązanym piórkiem obok). Jeśli w dzieciństwie mówili Wam, abyście się nie bawili jedzeniem, to źle mówili. Z zabawy jedzeniem wynikają czasem świetne rzeczy. Jak widać na załączonych zdjęciach.
W ramach pre-deseru pojawiły się zupełnie wprost nawiązujące do obrazów Fangora przezroczyste żelki solidnie nadziane konfiturą różaną. A wiecie co robi konfitura różana? Przypomina, że babcia dawała poczucie bezpieczeństwa. Konfitura różana na zawsze w moim serduszku.
Na koniec delikatna gruszka nadziana… gruszką, do niej lody z rozmarynem. Tu zdania były podzielone, ja gruszki lubię, więc nie narzekałam. A pędzel na zdjęciu jest z masy cukrowej. Ideą było malowanie gruszki (znów zabawy jedzeniem), ale artystka ze mnie żadna, więc ją zjadłam.
Masa detali, masa uwagi i masa pracy została włożona w tę kolację. Do kawy jeszcze petit fours, m.in. żelki z gold wasser – lokalną wódką ze złotem. Sporo jest w tym menu swobody, ale jednocześnie bardzo duży ukłon w stronę lokalnych smaków i produktów. Ja to widzę jako rodzaj radosnej nonszalancji, której nie imają się żadne zasady.
Ciekawostką przyrodniczą jest też fakt, że wnętrze (zwróćcie koniecznie uwagę na sufit) zaprojektował młodziutki architekt in spe, student drugiego roku. Po prostu zgłosił się do konkursu i go wygrał. Bo mu się nudziło latem. Pomyślcie czego możecie dokonać, kiedy będzie Wam się nudziło latem.
Całe powyższe menu obecnie kosztuje 490 zł, co jest bardzo atrakcyjną ceną za kilkugodzinną kolację. Jeśli więc lubicie takie doświadczenia, to warto zrobić rezerwację.
Magda
Info
@mdwa_gdansk
mdwagdansk.pl
ul. Targ Rybny 1A, Gdańsk
Szef kuchni: Dominik Karpik
Spodobał Ci się wpis? To fajnie 🙂 Będzie mi miło, jeśli go polubisz lub udostępnisz. Dziękuję!