Lobster House zrobił mi niezłą rewizję w głowie. Zawsze chodziłam za jakością i dobrymi szefami (szefowymi też!) kuchni. To była dla mnie gwarancja, że zjem dobrze. Teraz, w zalewie „instagramowości” takie miejsca są jak samotne wyspy. Kogo dziś obchodzi jakość? Ważne, żeby ładnie wyglądało. No więc mnie obchodzi jakość. I to bardzo.
W Lobster House schodzą się trzy elementy, które zrobią Wam wiele wieczorów. Po pierwsze znakomita jakość produktów. Tu nie ma chodzenia na skróty, ani kompromisów. Jeśli chcecie na chwilę wrócić do najlepszych wspomnień z wakacji, to idźcie właśnie tutaj. Po drugie każde podniebienie i każda grubość portfela się tu odnajdzie. Możecie zjeść najprzedniejszego homara za kilka tysięcy, ale możecie też zjeść makaron tak napakowany owocami morza, że nie wiadomo od czego zacząć za 79 zł. Totalnie frontem do człowieka. No i kwestia trzecia, która się jeszcze nie rozeszła w mieście: mają nowego szefa kuchni, takiego z importu – Bartka Cywińskiego, który 20 lat spędził w najprzedniejszych kuchniach świata, terminował u Gordona Ramsaya, miał wieloletni romans z Azją, pracował w Hongkongu, kilka lat w dwugwiazdkowej restauracji JAAN w Singapurze i ma na koncie całkiem sporo osiągnięć. Ale ten wpis to nie CV Bartka Cywińskiego. Zmierzam do tego, że mamy w mieście nowe złotko i polecam korzystać z jego umiejętności ile wlezie, bo są ogromne. Bartek Cywiński na luzie może stawać w konkury z wszystkimi naszymi gwiazdkowymi szefami, więc łapcie to info, póki jeszcze inspektorzy Michelin nie dojechali. Mówię teraz śmiertelnie poważnie.






Zrobiliśmy całkiem niezły rajd przez menu, więc zapnijcie pasy – jedziemy!
Absolutnym hitem, którego MUSICIE spróbować jest ich interpretacja szpiku. W mięsistym, stawiającym lekki opór zębom (ale bez przesady) krążku kalmara zamknięty jest szarpany, soczysty szponder. Takie surf&turf, tylko na resorach. Wspaniała przystaweczka. Na zdjęciach jest potrójna porcja, bo chętnych było więcej, niż tylko ja. To danko jest wspaniałe w każdym możliwym aspekcie: od pomysłu, przez technicznie perfekcyjne wykonanie, aż po smak. Zero słabych punktów.



Dalej tatar z tuńczyka bluefin z długo pieczonym arbuzem, cudownie utaplany w umamicznym, kokosowym sosiwie. Chcecie to jeść. Chcecie to jeść, ale ostrzegam, że to podstępna przystawka, bo po drugim kęsie zaczniecie szukać dobrych lotów w tropiki. Rzadko jedzenie robi taką teleportację i cenię to sobie bardzo. Bo jedzenie powinno budzić emocje. Ale tylko te dobre. Na drugim biegunie dobrych wrażeń jest wędzony mazurski węgorz na buraczkach okraszony lekką, chrzanową espumą. To jest taki comfort food, że można się rozpłynąć. No i jakość. Czy wspominałam już o jakości?









Sałatka z homarem jest leciutka jak tchnienie, cytrusowa, lekko gorzka od listków cykorii i stanowi wspaniały wstęp do bardziej konkretnych dań. Zapraszam więc tędy. Lobsterowa interpretacja klasycznej francuskiej bouillabaisse nie bierze jeńców. To jest 120% tego, co można wycisnąć z ryb i owoców morza. Jest gęsta, aromatyczna, tak naładowana smakiem, że aż nieco drażniąca. Ale w tym dobrym sensie. To się po prostu chce jeść do ostatniej kropelki. Bardzo satysfakcjonujące doświadczenie.
Zupa truflowa to zupa truflowa. Kto nie lubi trufli, ten do domu. Cudownie kremowa, głęboko umamiczna, przykryta truflową kołderką i okraszona – a jakże – przegrzebkami. Truflowa robi tak miło wokół serduszka, że ach!









W menu mają platery owoców morza, którymi możecie się dzielić, ale u nas padło na turbota, który jest porcją dla dwóch osób. Bajecznie delikatne i soczyste mięsko podane bez nadęcia z ziemniaczkami i lekką sałatką z kopru włoskiego duszonego w białym winie i pomarańczach. Bardzo dobry produkt (powtarzam się, wiem), technicznie przygotowany 10/10. Już naprawdę marzę o tym, żeby się do czegoś przypieprzyć, ale nie mam do czego.



Bardzo dobra jest też ośmiornica ze słodkimi akcentami dyni i kardamonu bezwstydnie rozłożona na marmoladzie z papryki i chorizo. Ma sprężyste, miękkie mięso i daje dużo przyjemności. Podobnie klasyczny gar muli w białym winie z pietruszką i suszonymi pomidorami – miękkich i jakościowych. Podają je z bagietką, więc wyjadanie sosiwa to sama przyjemność. No i wspomniany wyżej makaron z owocami morza – gargantiuczna porcja spaghetti ugotowanego idealnie al dente z taką ilością owoców morza, że nawet nasza polska mantra „dużo, tanio, dobrze” znajdzie w tym talerzu swoje spełnienie. Bez ujmy na jakości. Czy wspominałam już o jakości?









A na koniec dopchnijcie klasycznym, aksamitnym cremem brulee i możecie się rozejść do domków.



Lobster House nie bierze jeńców. Mają wszystko, co mieć powinni: fenomenalne produkty, niezwykle kreatywnego i doświadczonego szefa kuchni, który według mnie dopiero pokaże co potrafi, bo jakiś taki skromny mi się na razie wydaje. Mają też przekrojowe menu, które odpowiada na różne potrzeby (tu możecie je sprawdzić). Mają też regularnie festiwal ostryg, gdzie za 119 zł jesz ile chcesz oraz muli (99 zł). Tak tylko mówię.
Absolutnie warto mieć ten adres zaparkowany jako pewniak na ryby i owoce morza. Mocne 11/10.
Pssst, to samo menu znajdziecie również w siostrzanej restauracji Lobster House w Gdańsku przy Długim Pobrzeżu 24.
![]()
![]()
![]()
Magda
Info
www
@lobsterhouse_warszawa
ul. Królewska 2, Warszawa
Szef Kuchni: Bartek Cywiński
Lobster House jest klientem agencji @cherryontop_agency, którą mam przyjemność współtworzyć.











