Czy było się do czego przyczepić? Tak. Czy było kilka „momentów”? Również owszem. Może dlatego zajęło mi tyle czasu napisanie tej recenzji. Te czarno-białe wydają się jakieś prostsze. Jak jest czarno-biało, to nie trzeba myśleć, wystarczy podklepać majestatem swojego autorytetu i można iść dalej. Jak w życiu.
Zatem może inaczej postawię pytanie (i w majestacie swojego autorytetu sama sobie na nie odpowiem): czy wrócę? Po namyśle dochodzę do wniosku, że raczej tak, ale tylko na określone rzeczy. I Wam też je polecę, inne odradzę, a pozostałe zostawię w tej palecie szarości i zrobicie z tym, co będziecie uważali.
A przyznaję, że ostrzyłam sobie ząbki, bo szef kuchni Rotisserie, Mateusz Wichrowski, ma naprawdę dobre cv i WIEM, że świetnie gotuje. Nie było go tego dnia w kuchni i nie ma w tym nic złego, bo nikt nie jest robotem i nie pracuje siedem dni w tygodniu, ale fakt jego nieobecności mógł mieć wpływ na poniższe doświadczenie.
Zatem bez zbędnej zwłoki udajmy się prosto do brzegu. Rotisserie ulokowała się dość nietypowo, jak na polskie standardy gastronomiczne, bo w centrum handlowym. Nie jest to oczywisty wybór na niedzielny obiad z rodziną. Przylega do niej całkiem dobrze zaopatrzony mięsny, więc spójrzcie w jego kierunku łakomym oczkiem. Wnętrze rzeczywiście odpowiada charakterem temu, co pojawia mi się w głowie, gdy myślę „bistro”, choć miałam wrażenie, że brakuje mu nieco przytulności. Być może jest to kwestia architektury, w każdym razie na pewno nie mebli czy wyposażenia.
Na początek drożdżowe bułeczki i masło (odpowiednio miękkie i słone, czyli plus razy dwa!). Ładnie podane i za to również ukłon, bo estetyka jest ważna i cieszy. A zaraz za nimi dwie przystawki, które polecam: przyjemne, miękkie, nadziane aromatycznym farszem z kaczki (i jakże ostatnio modne) pączki (29 zł) – takie haps na raz. A zaraz za nimi brzytkie lecz pyszne ptysie z kremem parmezanowym (29 zł).
Nie jest możliwym odmówić sobie czegoś, co ma w sobie krem parmezanowy i nie zapraszam do stołu wszystkich, którzy wzgardziliby kremem parmezanowym. I rzeczywiście, ta przystawka okazała się znakomita: ciasto ptysiowe delikatne, a krem płynny i bardzo intensywny w smaku. Jedynym minusem była kwestia podania – na talerzyku, pod ptysiami, leżał papierek. Na ten papierek wypływał krem parmezanowy, który – nie bacząc na etykietę i dobre wychowanie – chciałam zetrzeć palcem wskazującym, a następnie ten palec ordynarnie oblizać. Być może chciałam nawet powtórzyć tę czynność wielokrotnie. I NIE MOGŁAM PRZEZ TEN PAPIEREK KTÓRY NASIĄKŁ KREMEM PARMEZANOWYM.
Boże.
W menu znajdziecie mocne odniesienia do kuchni francuskiej, m.in. parfait z foie gras (52 zł), pâté en croûte (49 zł) czy terrine de campagne (42 zł). Ale ja mam serce z ziemniaka i zamówiłam tatara (54 zł). Tatar do Francji nie nawiązywał, bo nie wyczułam w nim np. sardeli. Był niezwykle prosty, może zbyt prosty. Podany z majonezem truflowym, co jest zawsze miłe, ale brakowało mu charakteru. Doceniam natomiast jakość mięsa i fakt, że było nico grubiej posiekane, zatem łatwo można było wyczuć jego strukturę.
Frytki z mrożonki to frytki z mrożonki, nie mam na ich temat nic do powiedzenia.
Zupa cebulowa zapiekana z Gruyerem (39 zł) była za to wspaniałą metaforą życia. Chcę przez to powiedzieć, że często rzeczy, które początkowo wydają nam się bardzo złe – obracają się ostatecznie w coś wspaniałego. Dokładnie tak było z cebulową. Sam bulion bardzo dobry, ciemny, esencjonalny, dający naprawdę dużą satysfakcję. Problem w tym, że nieprzytomna ilość kawałków chleba została tym bulionem zalana, sukcesywnie go absorbując. Po pierwsze, jak zamawiam cebulową, to chcę cebulową, a nie chleb z bulionem, a po drugie 39 zł za kilka łyżek bulionu, to jednak drogo. Bo nikt tego rozmoczonego chleba już nie chciał jeść. No i przy cebulowej było sapane, stękane i narzekane. To narzekanie objawiło się na koniec posiłku wspaniałym deserem, którego nikt nie zamawiał z uwagi na przewidywane katastrofalne przejedzenie. Deser pojawił się w ramach przeprosin za cebulową. Czyli kolejność wydarzeń dokładnie taka jak w życiu. Ale do deseru dotrę zaraz.
Z dań głównych wjechał sznycel wiedeński (65 zł) z sałatką ziemniaczaną tak monotonnie octową, że nie znalazła ani uznania, ani chętnego. Sam sznycel przyzwoity, choć mam pewne zastrzeżenia do panierki i sądzę, że widzicie to również na zdjęciu – sucha (a przecież sznycelek usmażony jak trzeba na smalczyku lub też klarowanym maśle, aż lśni!). Był też niezbyt dobrze doprawiony. Sznycel – średni.
Na dopchnięcie ribeye (140 zł) z sosem berneńskim. Sos świetny, długi w smaku, umamiczny, absolutnie szafa gra. Sam stek nieco przeciągnięty, bo chciałam krwisty, a był bardziej medium. Ale już nawet się tego nie czepiam, chyba przywykłam. Która kobieta w Polsce, jak zamawia stek, to mówi, że chce taki, żeby jeszcze muczał? No, właśnie. Jednakowoż mięso dość twarde, co w sumie jest dziwne, bo ta część antrykotu jest z natury raczej przyjemnie miękka. Takie mocne 3/5. A pieczony topinambur ze śmietaną (28 zł) to miłe połączenie, ale ponieważ brakowało mu jakiegoś konkretnego kontrapunktu – łatwe do zapomnienia.
No i teraz bajeczny deserek, którego nie było w planach: grillowany ananas, krem Chantilly i magdalenki. Niby proste rzeczy. Ale! Magdalenki idealnie wilgotne, puszyste i delikatne jednocześnie; lekko rozpieczony lecz bardzo soczysty i słodki ananas i w kontrze niezbyt słodki, rozpływający się na języku krem Chantilly – połączone razem w otworze gębowym były czymś roz-kosz-nym. Absolutnie polecam.
Wszystko to zjadły dwie osoby, nikt nie pił alkoholu, deser był gratis, rachunek wyniósł 488 zł plus 50 zł napiwku.
Czy to jakoś bardzo zachęca do powrotu? Umiarkowanie. Za przeszło 250 zł per capita chciałabym dostać lepsze doświadczenie, szczególnie że kilka dań wypadło blado. Może się czepiam, a może nie. Chciałabym jeszcze zjeść te ptysie z kremem parmezanowym.