Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Euskadi – nie rozumiem zachwytu

Euskadi – nie rozumiem zachwytu

Euskadi to po baskijsku „Kraj Basków”. I wszystko jasne. Z jakiegoś powodu jest to dla mnie słowo nie do zapamiętania. Dla niektórych takim słowem jest na przykład „żyrandol”. A dla mnie „Euskadi”. W myślach więc zamieniam je na swojską Euzebię, a robię to często, bo myślę o Euzebii od wczoraj. Ostatni raz w Kraju Basków byłam jakieś piętnaście lat temu, a wczoraj… Wczoraj byłam jedną nogą w Kraju Basków, a drugą w Polsce. Innymi słowy: wczoraj byłam w szpagacie.

Dla porządku: Euskadi to niewielka knajpka, otworzyli się całkiem niedawno i przeżywają szturm podjaranych krakowskich foodies. Prawie trzeba się oddać za stolik. Ja im się nie dziwię, tym krakowskim foodiesom, kuchni baskijskiej w Krakowie nie ma, tych spektakularnych otwarć z widokami na szybkie zamknięcie też mniej, niż w stolicy… Też bym poszła. A nie, poczekaj – poszłam!

Miałam wsparcie w postaci dodatkowych czterech żołądków, więc przegląd karty dokonał się dość wnikliwy. Euskadi karmi swoich gości pintxos. To po hiszpańsku „tapas”. A po polsku „przekąski”. To niewielkie talerzyki w cenach od 7 do 29 zł z karty i do 41 zł spoza karty. Królują w niej ryby, owoce morza i mięsa, więc wegetarianie będą tu mieli pod górkę. Choć tortilla znakomita, bardzo polecam. Menu sugeruje, by zamawiać 3-4 przekąski na osobę, ja sugeruję 5, jeśli idziecie tam zjeść kolację.

Tak oto przez nasz stół przeszło co następuje: krokiety z szynką (9 zł) o przyjemnie chrupiącej panierce, wypełnione beszamelem. Bardzo dobrym beszamelem – kremowym i z wyraźnie wyczuwalną gałką muszkatołową. Jedynym, czego mi w nich brakowało, był smak szynki. Mimo wszystko były na tyle smaczne, że i tak zamówiłam je raz jeszcze. Krewetki z szynką serrano (10 zł) to bardzo przyjemna pozycja przede wszystkim ze względu na bardzo dobrze przygotowaną krewetkę – bardzo delikatną, ale jednak niemal chrupiącą. Nie będę ciasta aż tak rozbierała na czynniki pierwsze – moja uwaga jest taka, że mogłoby być cieńsze, ale to są przekąski, a nie fine dining, więc przykładajmy odpowiednią miarę i nie róbmy scen o byle co. Natomiast nie podobało mi się, że było je czuć przepracowanym olejem. Nic, a nic mi się to nie podobało.

Pulpety wołowe z sosem pomidorowym z serem Idiazabal (8 zł) przeszły bez większego echa, głównie dlatego, że mięso było twardawe i suchawe. Ale za to świetny sos. Bardzo dobra jest papryczka pequillo faszerowana musem z dorsza podana z sosem z sepii (9 zł) – jej skórka łagodnie pęka pod zębami, by te mogły zanurzyć się w rozkosznym, rybnym musie podkręconym charakterystycznym smakiem sepii. Świetna rzecz. Wzięliśmy też trzy deski wędlin: szynkę dojrzewającą trzy lata ze świni iberyjskiej karmionej żołędziami i ziołami, opis długi i wyczerpujący, poniekąd usprawiedliwiający jej cenę, czyli 29 zł za 30 g. Czyli blisko 1000 zł za kilogram.  Dla porównania ta sama szynka w polskich delikatesach internetowych kosztuje ok. 330 zł za kilogram. Ja wszystko wiem, że knajpa, obsługa, czynsze, rachunki, ale trochę za duża dysproporcja, aby tego nie zauważyć. Dalej było salami ze świni iberyjskiej z wolnego wybiegu (14 zł) oraz szynka dojrzewająca 18 miesięcy (19 zł).

Na pewno warto pochylić się tu nad absolutnie bezbłędną tortillą z dorszem i szpinakiem (16 zł). Pięknie przyrumieniona z wierzchu, po rozkrojeniu pokazuje parujący brzuszek pełen delikatnych jak tchnienie kawałków ryby i wcale niezmęczonych temperaturą liści szpinaku. Tortilla jest wyborna. Ośmiornica z pieczonymi ziemniakami (24 zł) zresztą też. Jej plastry są mięciutkie, a ziemniaki przyjemnie zarumienione. Bardzo proste, typowe dla tamtego regionu połączenie. Jednak w tym przypadku także trochę dziwi relacja wielkości porcji do ceny. Na desce znaleźliśmy pięć, może siedem centymetrów bieżących ośmiorniczej macki pokrojonej w plastry i półtora małego ziemniaczka. Również w plasterkach.

Bardzo udanym punktem programu był soft shell crab (19 zł), idealnie miękki i soczysty wewnątrz, podlany słodkawym, gęstym bisque. Przez nasz stół przewinął się jeszcze kurczak z sosem romesco (18 zł), którego nie próbowałam, znakomita polędwica ze świni iberyjskiej z ziemniakami confit (22 zł) – tu oba elementy dania sprawiły mi dużą przyjemność: i delikatne mięso smakujące zupełnie inaczej, niż polska wieprzowina; i plasterki ziemniaków nieprzytomnie tłustych i nieprzytomnie mięciutkich. To było naprawdę smaczne. Z kolei zdania co do steku z biodrówki jagnięcej (19 zł) są podzielone w zależności na który kawałek ktoś trafił. Ci od grubiej krojonej strony steku mówią, że mięso delikatne jak tchnienie (to ja), ci od cienkiej strony, że twarde i raczej słabe (to też ja, bo próbowałam z obu stron). Rozwiązanie jest proste: trzeba równo kroić mięso, to się wszędzie tak samo wysmaży.

Młoda sałata rzymska z sardelą i boczkiem (13 zł) jest dokładnie tym, co napisane, towarzyszy jej dość jednoznacznie kwaśny sos. Sardele dobrej jakości. Z jakiegoś powodu spodziewałam się, że sałata będzie z grilla. Spoza karty dostaliśmy jeszcze kawałek żabnicy (24 zł) o mięsie cudownie delikatnym i chylę tu czoła przed osobą, która przygotowała tę rybę. Nawet, jeśli dostał nam się ostatni kawałeczek. A szkoda, bo chętnie zjadłabym ją jeszcze raz. Na koniec stek z urugwajskiej wołowiny (41 zł) – smaczny, delikatny, wysmażony w punkt. Ponieważ podany był na rozgrzanym żeliwie dosmażał się na stole, co wcale nie było konieczne.

No i co? No i pstro! Jedzenie dobre i tego im odmówić nie można. Jeśli chodzi o same smaki, to zrobili na mnie bardo pozytywne wrażenie. Ale. Ale mam też inne wrażenia. Na przykład takie, że przeciętny użytkownik restauracji odwiedzi Euskadi dwa razy: pierwszy i ostatni. Bo oto mamy miejsce niemal barowe, bardzo luźne, serwujące przekąski oraz bardzo niewielką selekcją win w przystępnych cenach. Polacy chodzą do takich miejsc, jak Euskadi z trzech powodów:
a) żeby zjeść,
b) żeby się napić,
c) żeby zjeść i się napić.
Tu żeby zjeść, trzeba zamówić pięć przekąsek. To mniej więcej da porcję wielkości normalnego posiłku dla dorosłego człowieka. Wydamy na to około 100 zł. Hm, jest smacznie, owszem, ale czy aż tak? W końcu to tylko luźna knajpka z przekąskami. Wersji „się napić” z kolei nie zaspokaja bardzo wąska selekcja etykiet, a więc nie dostajemy usprawiedliwienia, by przyjść tu na wino i do niego ewentualnie skubnąć coś smacznego. Ja tego miejsca nie rozumiem, ale nie rozumiem go tylko w odniesieniu do polskich realiów. Te same ceny, to samo miejsce przeniesione do San Sebastian? Nie ma sprawy. W Polsce stówa za posiłek w knajpie to dużo. Plus pięć dych za pralnię. No właśnie, a o słabej wentylacji już pisałam?…

Magda

Info

fb
ul. Kazimierza Brodzińskiego 4, Kraków

Szef kuchni: Damian Surowiec