Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Dżesika z chowu klatkowego, Brajanek z wolnego wyb...

Dżesika z chowu klatkowego, Brajanek z wolnego wybiegu

Kiedyś widziałam takiego mema, gdzie w jednej kolumnie wymienione były obowiązki rodziców dziś, a w drugiej – rodziców kiedyś. I tak oto dziś należy: zawieźć dziecko do szkoły, przywieźć dziecko ze szkoły, zawieźć na tenisa, dodatkowy angielski, chiński, basen, lekcje skrzypiec, piłkę nożną, konie, upewnić się, że nie ma deficytów emocjonalnych, ani żadnych innych, zdiagnozować mu coś, co ułatwi zdanie matury, zadbać o zbilansowaną dietę, zorganizować obóz narciarski oraz wakacje w Tajlandii. W drugiej kolumnie, tej dotyczącej wychowania kiedyś stało: od czasu do czasu nakarmić.

Śmieszne, nie? No pewnie. A prawdziwe? W sumie bardzo. Dziś dzieci wychowuje się zgodnie z poradnikami, w duchu uzasadnionego przygotowania do wyścigu szczurów, który kiedyś zostanie zwieńczony spektakularnym awansem, a może nawet i zasłużonym zawałem. Kto wie?

Formatujemy te biedne dzieci na obraz i podobieństwo naszych wyobrażeń o małym człowieku sukcesu. Co nam nie wyszło – wyjdzie im! I cała para idzie w projekt „Dziecko”. Zauważcie, użyłam słowa „projekt”. Dwujęzyczne przedszkola to już za mało, weź mnie nie rozśmieszaj. Teraz są dwujęzyczne żłobki, nianie biegle władające od biedy francuskim, ale najlepiej również mandaryńskim, zabawki koniecznie muszą być edukacyjne już od pierwszego miesiąca życia, bo jak grzechotka nie będzie wypierdywała „ej-bi-si-di”, to bombelek będzie do tyłu.

A dalej jest tylko gorzej. Podstawówka to już ostry zapierdol, że nie ma kiedy taczki załadować. Po zajęciach dodatkowych bombelek może liczyć na całe dwie godziny relaksu w cieple domowego ogniska. Przy odrabianiu pracy domowej. I do łóżka, i od nowa. Za to w soboty raczej luźno – tylko basen i jazda konna, więc w sumie relaks.

Umiejętności praktyczne, takie jak przechodzenie przez jezdnię, samodzielne dotarcie do szkoły na czas, spakowanie plecaka czy sprawna obsługa noża, chleba, masła i plasterka żółtego sera w celu samodzielnego zmontowania kanapki nie są premiowane. Ostatnio na pytanie dlaczego swojej całkiem już podrośniętej córki pewien ojciec nie nauczy przechodzenia przez jezdnię, odpowiedział: „Po co? Przecież wszędzie ją wożę”. Tak, to autentyk. Znam też przypadek pewnego dziesięciolatka, który całkiem niedawno nie umiał jeszcze wiązać butów i nie znał się na zegarku, ale jego matka utrzymuje, że jest dzieckiem genialnym. Może i jest, a może nie. To pokaże czas. Wiem jednak, że czterdziestolatek w butach na rzepy założonych do garnituru wygląda jak pajac. Tak tylko mówię.

Wiem również na pewno, że w ten sposób produkujemy pokolenie życiowych kalek. Pokolenie, które nie potrafi sobie zorganizować czasu, bo nigdy nie zaznało nudy, bo odpowiedzią na nudę jest pad czy telefon. Pokolenie, które jest całkowicie niesamodzielne, które zawsze we wszystkim wyręcza rodzic. I niech ręka boska broni, by takie dzieciątko doznało porażki, frustracji czy jakiejkolwiek trudnej emocji. Do tego nie możemy dopuścić pod żadnym pozorem! To mu zryje beret!

Otóż wprost przeciwnie. Nie jestem psychologiem dziecięcym, jestem dobrym obserwatorem i o tych obserwacjach sobie czasem piszę. Logicznym jest, że dziecko potrzebuje samodzielności, potrzebuje odrobiny zaufania i wiary w jego możliwości. Potrzebuje popełniać błędy, uczyć się na nich i wyciągać wnioski. Wreszcie potrzebuje się złościć, wkurzać, potrzebuje poznać smak porażki i na koniec uczyć, jak z tymi emocjami należy sobie radzić. Potrzebuje rozmowy, prawdziwej bliskości i tłumaczenia świata. Potrzebuje zabawy, zdrowej porcji wolności i czasem siniaka na kolanie. Nie mandaryńskiego, nie napiętego do granic wytrzymałości grafiku, nie rodzica – strażnika obowiązków. Potrzebuje ciepłego człowieka obok. Myślę, że mądry rodzic wspiera, a nie biega z poduszką (w razie upadku) i parasolem (w razie deszczu). Istnieje pojęcie „helikopterowych rodziców”, czyli rodziców roztaczających nad dzieckiem taką opiekę, że to nie ma szans na samodzielność, choćby nawet bardzo jej chciało. Coś nam się gdzieś pomieszało.

Ja wiem, że dzisiejsi rodzice żyją w strachu. Wszyscy jesteśmy bombardowani nieprawdopodobną ilością złych informacji. Ale uwaga – nie dlatego, że świat jest taki zdziczały, tylko dlatego, że mamy do tych informacji łatwy dostęp. Poczytajcie statystyki porwań, zabójstw, gwałtów i czego tam chcecie. Jest naprawdę bezpiecznie, a my daliśmy sobie zrobić z mózgów budyń, daliśmy się zastraszyć i wmówić, że świat jest pełen niebezpieczeństw. Pewnie trochę jest, ale czy nie lepiej nauczyć dziecko jak postępować w sytuacji zagrożenia, niż pewnego dnia odwalić kitę i zostawić na świecie bezradnego, przerażonego pięćdziesięciolatka? Tak się tylko głośno zastanawiam.

Nie mówię, by iść tropem wolnego wybiegu i pozwalać dzieciom na wszystko. Wcale nie uważam, że dzieci rodzą się naturalnie tak mądre, że nie należy im stawiać granic. Należy. Granice dają dzieciom poczucie bezpieczeństwa. Ale wolność w obrębie tych granic (i może czasem ciut poza nimi) jest dobra.

Dzieci z wolnego wybiegu nie potrafią się zachować, w knajpach chodzą po ścianach i w wieku siedmiu lat (również autentyk) leją matkę po gębie, bo uważają, że to zabawne, kiedy ta dziesiąty raz prosi, aby przestały. No więc to wszystko w ogóle nie jest zabawne, a temat szalenie szeroki. Nie da się jednak w blogowym wpisie rozwinąć do objętości książki. Kto mądry, ten poszuka odpowiedniej lektury. A głupiemu i tak nic nie pomoże.

Ostatecznie prawdziwa mądrość pewnie leży gdzieś po środku, czyli jak zwykle. Ja nie mam złotego patentu na wychowanie dzieci. Nikt nie ma. Nie od dziś jednak wiadomo, że skrajności są złe.

I choć pisze mi się to dość lekko, a przy mandaryńskim się nawet zaśmiałam, to zostawiam Was z niewesołymi informacjami do prywatnego rozważenia: w tej chwili w Polsce tak wiele dzieci potrzebuje fachowej pomocy psychologicznej, że nie mamy dość specjalistów, aby im tę pomoc zapewnić.

Ponadto nigdy w historii odsetek samobójstw wśród nastolatków nie był tak wysoki.

Magda

P.S. Tytuł to zdanie, które przeczytałam w jakiejś książce, niestety nie pamiętam w jakiej. Było zbyt dobre, aby go nie wykorzystać.

Uważasz, że to ważny post i może się komuś przydać? To bądź tak uprzejmy/-a i go udostępnij. Dziękuję!