Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Za gaz nie zapłacisz zameldowaniem w gazowni. Rest...

Za gaz nie zapłacisz zameldowaniem w gazowni. Restauracja kontra instagramerki – studium przypadku

Sopocka restauracja Cały Gaweł kilka dni temu wrzuciła na swój instagram screeny wiadomości od kilku instagramerek (celowo nie używam słowa „influencerek” i zaraz wyjaśnię dlaczego), które tejże zaproponowały barter w postaci zdjęcia i zameldowania na instagramie za żarcie i picie. Gównoburza rozkręciła się taka, jakby co najmniej po raz pierwszy tego typu proceder miał miejsce.

Otóż proceder ten jest powszechny na wielu poziomach i w wielu konfiguracjach, lecz ma dwie strony. Zachowanie instagramerek jest żenujące, ale zachowanie restauracji też. Już wyjaśniam dlaczego.

Szczypta historii

Dawno, dawno temu, tak z siedem lat już będzie, piszących o restauracjach była garstka. I mieliśmy coś w rodzaju niepisanego kodeksu etycznego – za recenzje pieniędzy się nie bierze, recenzje pisze się za własne. A jak się nie ma miedzi, to się na dupie siedzi. Oczywiście w tym także były pewne wyłomy i ci, co dziś z takim zapałem piszą, że oni nigdy, oni zawsze różne propozycje składali restauracjom. Zupełnie jak te instagramerki. Ale to margines, z którym się raczej nie utrzymuje relacji. Generalnie tego się nie robiło i już, a jak ktoś robił, to mógł liczyć na ostracyzm.

Później nastał czas proszonych kolacji. Nie był to zły czas, póki wszystko odbywało się na pewnym poziomie kultury. Chcesz, to napisz, nie chcesz – nie pisz. Ale jeśli możesz się podzielić uwagami, to chętnie wysłuchamy. Raczej się nie pisało, bo przecież wiadomo, że jak coś jest za darmo i gospodarze mili, to ciężko napisać, że na talerzu gunwo. Więc się nie pisało nic, ale na papierosku po kolacji mówiło w cztery oczy. Wierzę, że do pewnego momentu te działania naprawdę służyły rozwojowi polskiej gastronomii. W tym dobrym sensie.

A póżniej się wszystko spierdoliło. Nagle ekspertami od jedzenia stali się wszyscy, szczególnie od jedzenia za darmo. Na własne oczy widziałam całkiem niedawno cennik jednego z warszawskich blogów, który bez krępacji wymienia możliwe działania – recenzja, zestawienie, itd. Jest tanio.

Co to w ogóle jest ten „influencer”?

Followersów się dziś kupuje i nawet nie trzeba do weryfikacji tego procederu używać specjalnych narzędzi, choć te są ogólnodostępne. Wystarczy zaktywizować szare komórki. Zbudowanie dużej społeczności czy to na blogu, facebooku czy na instagramie to wiele lat codziennej pracy. Społeczności aktywnej, mającej zaufanie do twórcy, takiej trochę zajebiście wielkiej internetowej bandy znajomych.

I tu dochodzimy do definicji słowa „influencer”. „Influence” to inaczej wpływ. Nie mylić z manipulowaniem. Od influencerów, którzy zbudowali swoją pozycję ciężką pracą ludzie kupują, ufają ich poleceniom. Sama mam pełne zaufanie do niektórych twórców i od nich biorę w ciemno wszystko – od Moniki Kamińskiej, od Oli Budzyńskiej, od Matyldy Kozakiewicz, od Elizy Wydrych i wielu innych. Do takich ludzi się wraca, kibicuje się ich działaniom latami. Lubi się ich i darzy zaufaniem. Bo oni – uwaga – mają reputację, na której im zależy. A zależy im dlatego, że pracowali na swoje nazwiska zbyt długo i zbyt ciężko.

Natomiast ktoś, kto ma ponad 300 000 „obserwujących” na dowolnym kanale i prosi o miskę zupy, o której nawet nie wie czy będzie smaczna, ale już z góry obiecuje, że będzie ją polecał, to wydmuszka. Widzę te wydmuszki każdego dnia na zamkniętych grupach dla instagramerów czy blogerów. To takie tablice ogłoszeń, gdzie większość propozycji sprowadza się do „kremik do pięt za osiem estetycznych foteczek na insta – kto pierwszy ten lepszy”. A w komentarzach: „ja!, ja!, weź mnie!”. Klikasz kto zacz, a tam sto, dwieście, trzysta tysięcy obserwujących. No to klikasz w tych obserwujących i masz jak na dłoni – 50% z Rosji, reszta po połowie – z Indii i Turcji.

Tak. Vlad i Abdul z pewnością ten kremik kupią, Marzena.

Kto na tym skorzystał? 

Na pewno restauracja, bo od kilku dni non stop ten temat wraca, a raczej znakomita większość konsumentów tego typu treści to masa bitumiczna i jedyny wysiłek intelektualny, jaki wykonają będzie wyglądał mniej więcej tak: restauracja cacy-influencery dziady-wszystko majo za darmo-niech zdechno w piekle/koniec procesu myślowego.

Ale my nie jesteśmy masą bitumiczną, więc zastanówmy się czy korzyść restauracji nie jest dyskusyjna? Ujawnianie korespondencji jest cienkie. Źle świadczy o klasie człowieka. To działa też w drugą stronę – zapewniam Was, że wszyscy blogerzy, szczególnie ci zasięgowi, dostają mnóstwo różnych propozycji. Czasem są niezbyt trafione, czasem żenujące, a czasem po prostu zabawne. Mam tego całą wielką furę i gdybym zaczęła wrzucać screeny, to byśmy się posikali ze śmiechu i lajków by było co niemiara. A jednak tego nie robię.

Możemy bronić restauracji, bo głośno wyraziła sprzeciw tego rodzaju praktykom. Ja również się im sprzeciwiam. Problem polega na tym, że jest to sprawnie funkcjonujący model bezwartościowych poleceń. Marki, restauracje czy agencje w ich imieniu szczodrze rozdają mało warte podarki, vouchery i zaproszenia. A skoro tak, to pojawia się coraz więcej chętnych, by je przyjmować. Fakt, że ktoś chce im coś dać już uważają za swój zawodowy sukces, nie rozumiejąc, że w długiej perspektywie robią z siebie choinkę, do której każdy przypina co chce, a ich polecenia nie mają żadnej wartości dla nikogo. I w tej sytuacji którą rękę uciąć najpierw – tę, która daje, czy tę, która bierze? To trochę jak dywagacje nad jajkiem i kurą.

To, że przy okazji tej gównoburzki do jednego worka darmozjadów wrzuca się wszystkich influencerów, to bardzo źle. Ale myślę sobie, że w jakiś przewrotny sposób na takich sytuacjach mimo wszystko korzystamy. Bo one są jak orzeźwiający powiew bryzy od morza, one przypominają co należy, a czego nie.

Tu musimy sobie wyjaśnić jedną kwestię: blogerzy, youtuberzy i wszyscy inni -erzy funkcjonują na dokładnie takich samych zasadach, jak media tradycyjne, np. prasa. Otóż twórcy, jak nazwa wskazuje, tworzą tzw. content, który ich społeczności czytają i oglądają, a utrzymują się z reklam. Dzięki reklamom mają pieniądze na tworzenie contentu, który ich społeczności czytają i oglądają. Oraz na rachunki. Co więcej – często reklamy są jednocześnie świetnym, merytorycznym contentem! Jedyna różnica jest taka, że aby poczytać gazetę i obejrzeć reklamy w niej zawarte trzeba za nią zapłacić. U nas jest natomiast wieczna promocja – wszystkie treści za darmo. To jest najprostszy i najpowszechniejszy model, ale ma jeden zasadniczy haczyk – żeby ci ktoś chciał płacić za reklamę musisz mieć dobry content i prawdziwe zasięgi, a żeby mieć dobry content i prawdziwe zasięgi musisz… No cóż, musisz na to zapracować. Dzięki temu stać cię na obiad w knajpie. Choćby i w Sopocie, hej!

Od nastoletnich dziewczynek, które wydały kilka stów z kieszonkowego, nadmuchały sobie konto na instagramie, które tak na koniec jest bezwartościowe (przykład Marzeny, Vlada i kremiku do stóp), nie oczekuję kompletnie niczego. One są przekonane, że życie twórców, którzy wyciągają ze świata całą esencję piekna, dobra i smakowitości ogranicza się do tego, co widać na zdjęciach, gdzie ta esencja jest prezentowana. Nie biorą pod uwagę, że za tym wszystkim stoi – szok, oddychajmy do torebki – praca. One po prostu wykoncypowały sobie, że tak wygląda życie „influencera” – bez worków pod oczami, bez zarwanych nocy, z wiecznie świecącym słońcem, błękitnym niebem, „darami losu” i płatnością nie kartą, lecz zameldowaniem na instagramie. Bezgotówkowy obrót dóbr. Najlepiej luksusowych.

Żyjemy w takim śmiesznym świecie, w którym wszystko musi być przede wszystkim ładne i łatwo dostępne, więc czemu mielibyśmy winić te dziewczyny? Talent, wysiłek, konsekwencja – to nie są modne słowa. Żyjemy w świecie, w którym nikt nie tłumaczy, że przed przyjmnościami jest zawsze praca (i jeb! – pierwszy plaskacz od życia), że robienie selfie to nie jest praca (i jeb! – drugi plaskacz od życia), że królową w dziedzinie bycia królową jest z nadania tylko Elżbieta, a cała reszta na to miano w swoich dziedzinach musi… pracować latami. I jeb! – trzeci plaskacz od życia.

Magda

P.S. I żeby nie było nieporozumień – obie strony jednakowo potępiam w czambuł, ale nie godzę się na to, by w jednym szeregu stawiać ludzi dobrej roboty, którym szacunek i uznanie i to zjawisko społeczne, które żyje w przekonaniu, że za gaz zapłaci zameldowaniem w gazowni.

Spodobał Ci się wpis? To git. Będzie mi miło, jeśli go udostępnisz. Dzięki!