Dublin - krówki i biblioteka jak z Harrego Pottera | Krytyka Kulinarna
Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Dublin – krówki i biblioteka jak z Harrego P...

Dublin – krówki i biblioteka jak z Harrego Pottera

Na ponowne odwiedzenie Irlandii czekałam półtora roku. I konsekwentnie, punkt po punkcie, odhaczam wszystko to, na co poprzednio nie starczyło mi czasu. Żałuję tylko, że tym razem podróżuję samotnie. Jacek został w Polsce i pomnaża PKB ku chwale Ojczyzny.

Poprzednio zajadałam się rybami na półwyspie Howth, a teraz postanowiłam poświęcić pięknemu miastu Dublin nieco więcej uwagi. Cieszę się, że mam tu przyjaciół, bo to dobry powód, aby wpadać od czasu do czasu, a Irlandia ma tak wiele do zaoferowania, że nie sposób się znudzić. Tak więc tym razem postanowiłam zobaczyć więcej, niż poprzednio. Ale nie tak z marszu.

Pierwszy wieczór to romans między mną, a Guinnessem, za którym przepadam, ale pod jednym warunkiem – pod takim warunkiem, że piję go w irlandzkim pubie. Kilka pint później mój angielski akcent w naturalny sposób zaczyna zbliżać się do tego irlandzkiego, a to oznacza dwie rzeczy: po pierwsze czas spać, a po drugie jestem gotowa na zwiedzanie.

Tak więc następnego dnia idę obejrzeć najstarszą i jednocześnie największa katedrę w mieście. Katedra św. Patryka to wczesny gotyk – wysoki, strzelisty i majestatyczny, z otwartymi dla zwiedzających katakumbami, w których znajduje się… kawiarnia. Także kawiarnia.

IMG_9887IMG_9912IMG_9892IMG_9901

Później, płynnie zbaczając z głównej drogi, która prosto jak strzelił prowadzi mnie do cukiereczka, na który czekam najbardziej, zahaczam o dwa miejsca. Pierwsze trafiam przypadkowo, to stary sklepik z cukierkami, w którym dostaję oczopląsu i nie mogąc się zdecydować pytam z czego są sławni? Pani odpowiada, że z krówek. To bardzo dobrze się składa. Biorę mieszankę różnych smaków, a przy okazji dowiaduję się o kanałach, które rozchodzą od znajdującego się nieopodal zamku. Zabieram swój pakuneczek, dziękuję i idę na Temple’s Bar.

KK Dublin

IMG_8760IMG_9926

Być w Dublinie i nie wypić pinty na Temple’s Bar, to ewidentne nieporozumienie. Przysiadam więc na obowiązkowego Guinnessa, a po dopełnieniu tego jakże przykrego obowiązku idę już prosto do Trinity College i nie są w stanie rozproszyć mnie nawet piękne, kolorowe fasady mijanych budynków. Tak naprawdę to wszystko, co robiłam do tej pory jest jak gra wstępna i dokładnie taką ma funkcję.

IMG_9966IMG_9936

Mijam wreszcie dziedziniec i jak po sznurku idę prosto do biblioteki. Pięknej, imponująco ogromnej, trzystuletniej biblioteki, w której mogłabym zamieszkać. Mamy na pokładzie fanów Harrego Pottera? Jeśli tak, to powinniście się wybrać do Dublina. Taka biblioteka była w Hogwarcie. Spędzam tam sporo czasu, najpierw robię zdjęcia i chyba mam z wrażenia otwartą buzię, a później już tylko cieszę się spokojem i inhaluję kurz. Jaram się, po prostu.

IMG_9938IMG_9953IMG_9946IMG_9958

Radosna jak szczygieł wychodzę wreszcie na skwer, nie wiem ile czasu tam spędziłam, ale słońce jest zdecydowanie niżej. Przysiadam na schodku i wzdycham jak Krecik z czeskiej bajki – Ach, jooo… W słońcu jest zdecydowanie powyżej dwudziestu stopni. Ach, jooo… Posilam się krówkami, wystawiam twarz do ciepła i autentycznie cieszę się tym dniem.

Następnego ranka, za sprawą przyjaciół, trafiam do uroczego Malahide – małego miasteczka położonego nad oceanem. Trochę spaceruję i na plaży znajduję pięknego golden retrievera. Jakoś nie czuję się zaskoczona, bo znajduję psy w najdziwniejszych miejscach na świecie, więc przyjmuję to ze spokojem i rozpoczynam akcję poszukiwawczą. Na szczęście zakończoną happy endem. Postanawiam już nie prowokować losu i idę coś zjeść.

IMG_9972IMG_8800

W Malahide uwił sobie gniazdko najmłodszy Irlandczyk odznaczony gwiazdką Michelin, Oliver Dunne. Bon Apetit to ciekawy koncept i przede wszystkim z tego powodu postanawiam tam zajrzeć. Na piętrze mają elegancką fine diningową restaurację, a na parterze tapas bar z wysokimi stolikami. Zdecydowanie chcę się dowiedzieć jak smakują gwiazdkowe tapasy, więc idąc za radą kelnerki zamawiam trzy z kilkunastu propozycji.

IMG_0014

Zdecydowanie najlepsze są krokiety z owoców morza z majonezem cytrynowym. Delikatne wewnątrz, z dużymi kawałkami ryb i owoców morza, otoczone chrupiącą panierką, smakujące morzem. Prosta rzecz, ale naprawdę dobrze przygotowana. Trochę słabiej wypadają klopsy z czarnego Angusa i foie gras z casserole z chorizo, bo brakuje im odrobiny smaku, przytupu. Są z grubsza poprawne, choć trochę za suche, ale przede wszystkim nie czuję foie gras, które w zasadzie zrobiłoby to danie nadając mu i smak, i odpowiednią ilość tłuszczu. Natomiast rozkosznie miękki boczek rozpływa się na języku, a ja wraz z nim. Niespecjalnie zauważam nawet jabłkowo-imbirowy mus, który mu towarzyszy. Boczek jest pierwszorzędny.

KK Dublin1

Trzy porcje to rzeczywiście ekwiwalent pełnej kolacji, więc daję sobie spokój z domową kaszanką, która zalotnie łypie na mnie z menu, pokrzepiam się Guinnessem, co oczywiście ma swoje logiczne wytłumaczenie, bo w okresie umiarkowanej prosperity kraju, w irlandzkich szpitalach, dawano kobietom na porodówce po szklaneczce Guinnessa – ku pokrzepieniu właśnie i w ramach uzupełnienia kalorii. Tak zatem pokrzepiona grzecznie wychodzę, nim noc się na dobre zacznie, bo słyszałam, że jutro ruszamy w góry. A góry to poważna sprawa.

Magda