Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel
CZYTASZ

Ban Bao – boczuś tak kruchy jak polska demok...

Ban Bao – boczuś tak kruchy jak polska demokracja

Czego ja o Ban Bao nie słyszałam, pani kochana?! Same superlatywy z naciskiem na super. I rzeczywiście znalazłam tam kilka rzeczy godnych pochwały. Oraz kilka innych, które możecie sobie darować. Cóż.

Bao to takie bułeczki przygotowywane na parze. Same w sobie nie są niczym niezwykłym pod względem smaku, natomiast pewnie są tacy, którzy mogliby napisać doktorat ze struktury. We wdzięcznej pamięci zachowałam te, których próbowałam w nowojorskim Momofuku – były delikatne i puszyste niczym chmurka, znikały w ustach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przy czym o smaku stanowiło genialnie dopracowane wnętrze. I dokładnie tego szukałam w Ban Bao.

Cóż.

W Ban Bao swoje bułeczki robią z przepisu Davida Changa, tego od wspomnianego Momofuku. Tylko nie do końca im wychodzą. Sami przyznają, że czasem są lepsze, czasem słabsze, a ja trafiłam chyba w środek skali, bo były nico zbyt zbite, o strukturze wymagającej pracy żuchwy, którą to energię wolałabym poświęcić na rozprawienie się z cudownym boczusiem, jaki znalazłam we wnętrzu jednej z bułeczek. Boczusiem soczystym, delikatnym, pełnym smaku i kruchym jak polska demokracja. Wyjątkowo zręczny kontrapunkt stanowił tu lekki, rześki ogórek w godnej ilości, do tego orzeszki ziemne, kolendra i robi się naprawdę przyjemnie. I w ostatecznym rozrachunku bao z boczkiem było najlepszą rzeczą jakiej spróbowałam w tym miejscu. Mimo drobnych uwag do samej bułeczki.

Zaraz za nim ustawia się bao z awokado w chrupiącej panierce panko zręcznie przełamane cytrynowym majonezem, shiso i lekko kwaskowym colesławem. Awokado bardzo ładnie się broni i jarosze powinni być zadowoleni. Weganie mniej, bo majonez.

Dużo słabiej wypadła natomiast bułeczka z panierowanym kurczakiem, kapustą pekińską i dymką. Kiepskiej jakości kurczak nigdy nie będzie mercedesem wśród drobiu i trzeba to sobie powiedzieć wprost. I wszystko na ten temat.

Z lunchowej karty na stół trafiła też zupa pho, dość śmieszna w sumie, bo z jednej strony smaczna tak po domowemu, ale też posiadająca wyraźne braki – brak ziół, brak kwaśnego marynowanego czosnku, brak mięsnej wkładki. Generalnie to takie trochę naciągane pho, ale zupa naprawdę smaczna i jadłam ją z niekłamaną przyjemnością. Tylko kapustę pekińską pominęłam, bo jak śpiewa Kayah „po co, po co, po co?”.

Bao burger, w mojej wersji z wołowiną, to niezbyt udana wariacja na temat burgera i wszyscy fani solidnej buły z mięchem spokojnie mogą opuścić ten akapit. Już wyjaśniam dlaczego. Otóż nieudaność bułeczek bao powtarza się również w burgerze, bo z tego samego co bao zrobiona jest bułka do burgera. A to niestety uwydatnia wszelkie mankamenty samego ciasta, albowiem jest go znacznie więcej, a więc jest więcej zbitej, nieatrakcyjnej ani pod względem smaku, ani struktury buły. Wnętrze tego stanu rzeczy nie tuszuje, bowiem jest to tylko cienki, wysmażony do samego koniuszka kotlecik i trochę warzyw. Nic specjalnego, naprawdę.

O przystawkach powinnam napisać na początku, ale w sumie to nie ma znaczenia. Chciałam chrupiącego kalafiora – skończył się. Chciałam tajską zupę z kaczki – nie było. Chciałam kurczaka KFC (korean fried chicken) – też brak. Stanęło na nie do końca ukwaszonym kimchi, a więc lekko pikantnym, ale w ogóle nie kwaśnym i wietnamskich piklach (marchewka i rzepa krojone w słupki), dość przyjemnych, kwaskowych i chrupiących.

Przyznam, że nie do końca rozumiem ideę powielania flagowych dań sąsiedniego Miss Kimchi, które jest znane i z kimchi, i z kurczaka KFC. Chcąc powielać dania, w których sąsiedzi osiągnęli mistrzostwo trzeba być albo bezczelnym i ta bezczelność może wynikać wyłącznie z absolutnej pewności, że moje lepsze, albo nierozsądnym. A skoro już ustaliliśmy, że ta pierwsza opcja odpada, to… Póki co kimchi lepsze jest u sąsiadów. KFC nie wiem, bo się skończyło.

To ja też może już skończę i zostawię Was z namiarem na bao z dobrym boczkiem, a i o tym z awokado pamiętajcie. Mają też bardzo dobrą kawę po wietnamsku.

Rachunek.

Magda

Info

fb
ul. Żelazna 58/62, Warszawa

Spodobał Ci się post? To podaj dalej!

 

 

 


  • Porównanie zastosowane w tytule mnie rozbroiło:D

  • Agnieszka Zielonka

    Może The cool cat przetestujesz. Bao wypróbowane na Nocnym targu sprawiło, że pokochałam miłością bezgraniczną. Mam tylko dobre doświadczenia z tego miejsca, a najobłędniejsze (jest w ogóle akie słowo??) oprócz bao są tam śniadania 🙂