8 pomysłów na prezenty tak dobre, że lepiej jeśli byliście grzeczni

U mnie jak zwykle – jakość przede wszystkim. No i ładność. Nie zapominajmy, że jestem dziewczyną i legitymuję się dużą słabością do ładnych przedmiotów. Wszystkie te rzeczy przeszły przez moje ręce, wszystkie mam, znam i z czystym sumieniem mogę polecić. A gdybym nie miała i znalazła pod choinką, to bym zapiszczała z uciechy.

 

Robot do zadań specjalnych

Magimix to nowość na Polskim rynku, jednak we Francji, skąd pochodzi, jest uznaną marką. Jamie Oliver i Gordon Ramsey korzystają z niego w swoich programach, a ja, mała kuchareczka mówię Wam, że zastępuje wiele różnych sprzętów. Na przykład wyciska sok, co jest w tego typu sprzęcie dość zaskakujące. Oprócz tego, że jest to urządzenie wielofunkcyjne i przeszło mój prywatny test ostateczny, czyli krojenie pomidorów w idealne plasterki bez szarpania czy miażdżenia ich, ważne jest też to, że producent daje 30 lat gwarancji na jednostkę napędową. A to akurat nie jest takie oczywiste w czasach, kiedy sprzęty psują się po kilku latach i zwykle wymieniamy je na nowe. Matka Ziemia lubi to.

Co więcej, 95% elementów poddaje się recyklingowi, a więc jest przyjazny środowisku. Choć w sumie ta informacja jest zbędna, bo to sprzęt na całe życie. Wszystkie elementy, które mają kontakt z żywnością są wolne od BPA, a pojemniki wykonano z tego samego tworzywa, z którego wykonuje się okna w samolotach, więc nie zdziwcie się, jeśli sprzedający będzie Was zachęcał do stanięcia na jednym z nich i poskakania. Nie pęknie. Do tego samoostrzące się noże Sabatier (kto wie, ten wie) i wszystkie elementy wykonane we Francji. Nie w Chinach. Jeśli szukacie naprawdę konkretnego sprzętu dla zapalonego kucharza, to nie będzie wstydu, jeśli wręczycie Magimix nawet profesjonaliście. Bo małe kuchareczki powinny być więcej, niż kontente. Więcej o samym urządzeniu tutaj. Magimix do nabycia tutaj.

 

Gadżety ładne i praktyczne

Z kuchennymi gadżetami jest trochę tak, że nie zawsze są naszym pierwszym zakupowym wyborem. Czasem mamy inne priorytety. Właśnie dlatego tak dobrze nadają się na prezenty. BergHOFF wypuścił bardzo fajną linię Leo – z jednej strony są to rzeczy bardzo dobrej jakości, a z drugiej po prostu ładne, funkcjonalne i uniwersalne jeśli chodzi o dopasowanie do konkretnego wnętrza czy kuchni. Bardzo podoba mi się zestaw do pizzy, w którym znajdziecie kamień do pieczenia (trzeba go rozgrzewać razem z piekarnikiem, to ważne), deskę do serwowania i dość specyficzny nóż razem z tarką do sera. Sprytne i wygodne.

Drobniejszym i mniej zobowiązującym prezentem będzie zestaw do siekania ziół lub miska do sałaty razem z drewnianymi łyżkami. Fajną opcją jest też deska z miseczką na sos lub oliwę. W sumie mało jest w życiu lepszych rzeczy od świeżej, chrupiącej bagietki, dobrej oliwy i kropli octu balsamicznego. Ale Wy to wiecie, prawda? I gdybym komuś dawała tę deskę w prezencie, to dołączyłabym chrupiącą bagietkę, butelkę oliwy i ocet balsamiczny. Niech ma.

Zestaw do pizzy kupicie tutaj | Zestaw do siekania ziół tutaj | Miskę na sałatę tutaj | Deskę z miseczką tutaj

 

Wszystkie smaki Gruzji

Wiecie ile w tym roku wyszło książek kulinarnych? Podpowiem Wam: zyliard. A wiecie ile jest naprawdę wartych uwagi? Kilka, może kilkanaście. Wiem, bo wszystkie przechodzą przez moje ręce. „Kaukasis” to kolejna książka Olii Hercules, autorki absolutnie bestsellerowej „Mamuszki”. I „Kaukasis” także ma ten potencjał. Jest pięknie wydana, utrzymana w spójnym klimacie gotowania z Gruzinami, w gruzińskich kuchniach, takich prawdziwych i niedoskonałych, z czasem obtłuczonym kafelkiem. Znajdziecie tu przepisy na wszystkim znane klasyki, ale również całą masę przepisów na dania, o których prawdopodobnie nie mieliście pojęcia.

Oprócz smaków, które nęcą warto zwrócić uwagę na zdjęcia. Nie są przestylizowane i cukierkowo słodkie, wprost przeciwnie. Są prawdziwe, naturalne i takie blisko ludzi. Ujmuje mnie ta książka i sprawia, że chcę wrócić do Gruzji. Podpowiem Wam, że na księgarnianych półkach warto też zwrócić uwagę na dwie pozycje: „Leksykon smaków” Niki Segnit, książkę określaną mianem „arcydzieła” czy wręcz „biblią smaków”, mam ją w wersji angielskiej, teraz jest po polsku oraz przepiękną „Italię do zjedzenia” Bartka Kieżuna, która nawiasem mówiąc przypomniała mi, że we Włoszech zostały mi jeszcze tylko dwa regiony do zwiedzenia! Pisząc książkę o Włoszech nie wpadłabym na to, żeby zebrać w jednym miejscu najbardziej klasyczne i charakterystyczne potrawy dla każdego regionu i do tego okrasić je paroma przewodnikowymi informacjami o samym miejscu. A Kieżun wpadł. I świetnie.

„Kaukasis” do kupienia tutaj | „Leksykon smaków” tutaj | „Italia do zjedzenia” tutaj

 

Garnki na resztę życia