ul. Zwycięzców 57, Warszawa
Drogi pamiętniczku, znów popełniłam grzech nieumiarkowania… Nie moja wina, nie moja wina, nie moja bardzo wielka wina, tylko Tomka Kapturkiewicza, który szefuje kuchni Z57.
Zabieg z nazwą (inicjał ulicy i numer) jest z jednej strony wtórny, jak zresztą zauważył pewien dżentelmen o słusznej talii, bo wykorzystany już wcześniej przez R20. Z drugiej jednak strony pozwala bez pudła trafić pod właściwy adres, a ta część Zwycięzców nie jest knajpianym zagłębiem, więc nie mam nic przeciwko.
Wybierając tego dnia miejsce na popas niespecjalnie sugerowałam się tym, co mówią internety. Owszem, wiedziałam że powstało Z57, ale to właściwie wszystko. Na początek, zupełnie bez związku z czymkolwiek, wybrałam mariaż muli Mariniere z bekonem i chili (29 zł.), który okazał się być znakomitym wstępem, bowiem były to jedne z lepszych muli, jakie jadłam w Warszawie. Nie dość, że przygotowane idealnie, to jeszcze podkręcone bekonem i ostrą papryczką do punktu, w którym niczego nie jest zbyt wiele lub zbyt mało. Wystarczająco wyraźne w smaku, by nie przejść obok nich obojętnie i wciąż na tyle łagodne, by smaki się nie tłumiły.



Współtowarzyszka pochłonęła jeszcze świetne w swej prostocie gnocchi z szynką parmeńską i rukolą (26 zł.)…









W momencie płacenia rachunku już wiedziałam, że zasłużyli na piątkę, więc przyznałam się, że piszę i zostawiłam kelnerowi naszą wlepę, którą traktuję jak rodzaj rekomendacji. I już, już zbierałyśmy się do odlotu, wtem! Dwóch miłych panów właścicieli wychynęło zza drzwi, wręczając mi butelkę białego wina. Trochę niezręczna sytuacja. Miła, owszem, bo tego dnia prowadziłam, więc nie nacieszyłam się napitkiem, ale jednak wciąż niezręczna. Panowie, czy gdybym nie pisała o knajpach, to też bym ją dostała? Właśnie.
Jednakowoż paśnik w Z57 jest pierwszorzędny, więc z winem czy bez, polecam!
Magda












4 Responses
Przecież wcale nie „zamknięte”…?