Najpopularniejszy w Polsce blog z kategorii food&travel

24 godziny w chlewie

Na takie okazje jak ta sytuacja, stworzyłam sobie osobną kategorię: smaczKKi. Będzie to galeria pomyłek, anegdot i innych tego typu sytuacji, które przy okazji zwykłych notek raczej nie ujrzałyby światła dziennego. Smacznego.

Rzecz miała miejsce w pewnej restauracji w Sopocie, uznawanej za trochę lepszą. I byłoby to wszystko zrozumiałe w środku lata, kiedy Monciakiem przewalają się wściekłe tłumy, ale nie w styczniu, przy zajętych może kilku stolikach.

Taka sytuacja:

Wchodzę na szybki obiad, ubrana jestem tak jak zwykle, czyli dżinsy, bluza, kurtka. Co prawda na nogach mam drogie sztyblety, ale dla niewprawnego oka buty, jak buty. Wita mnie kelner na oko 50+. Nim jeszcze zajmę miejsce przy stoliku wypalam, że chcę coś na szybko, najlepiej sałatkę, bo jest piękna pogoda i nie chcę marnować słońca. Pan pyta czy cezar może być, więc rewanżuję się pytaniem o prowieniencję drobiu, chcąc się upewnić, czy nie pochodzi z przemysłowej hodowli. W odpowiedzi słyszę coś w rodzaju: „Yyy… co? A skąd niby ma być kurczak jak nie z przemysłowej hodowli?”, zaś w oczach widzę lekką pogardę dla mojego nędznego stroju, wydumanych wymagań i potencjalnie chudego portfela.

Nie chce mi się wdawać w gadkę i tłumaczyć, że antybiotyki do spółki z hormonami nie sa moim ulubionym pożywieniem, chcę na szybko zaspokoić głód i wyjść, więc proszę o menu. Jak to w tej knajpie – jest krótkie, zatem błyskawicznie decyduję się na gulasz z żubra, jako że ten produkt potencjalnie może być w miarę czysty i wystarczy go tylko podgrzać. To drogie danie, jedno z najdroższych w karcie, kosztuje 56 zł. I oto staje się cud. Kelner natychmiast zaczyna odnosić się do mnie z szacunkiem, gnie się w ukłonach, miód leje mu się z ust, a cukier w kostkach sypie z oczu.

W tym momencie, tuż obok mojego lewego ramienia pojawia się pani w wieku podobnym do wieku kelnera. Wygląda zupełnie normalnie, ale lekko krzyżuje nogi i kręci pupą. Sikać jej się chce, po prostu. Kulejącą polszczyzną z wyraźnym rosyjskim akcentem pyta kelnera, czy może skorzystać z toalety. Nie, nie może. Prosi, bardzo, bardzo prosi, kilka razy. Nie, wynocha, to nie miejski szalet, słyszy w odpowiedzi. Pani spuszcza głowę, odwraca się i zasmucona wychodzi. Kelner znów magicznie zmienia maskę i przymilnie przeprasza mnie za scenę, której byłam świadkiem, kręci przy tym głową i cmoka, dając do zrozumienia, że tyle chamstwa na tym świecie.

Mam do siebie duży żal, że nie wykazałam się refleksem. Powinnam zaprosić tę panią do swojego stolika, kelnera wysłać po herbatę dla niej, a ją samą do toalety. Mój błąd, następnym razem będę szybsza. Nie mam w sobie zgody ani na dwulicowość, ani na brak elementarnych ludzkich odruchów.

A tego pana zamykamy na 24h w chlewie, niech spędzi trochę czasu z kolegami i przemyśli swoje zachowanie.

Magda